Polska królestwem? A może…

Pomysł jednego z polityków, żeby ogłosić obecnego prezydenta państwa Królem Polski wzbudził chwilowe zakłopotanie, co rozsądniejszych przedstawicieli elity, zaciekawienie kilkunastu dziennikarzy, śmieszność gawiedzi oraz prawdopodobnie miło podłechtał potencjalno-królewskie “ja”. Idea uczynienia z naszego państwa Królestwa z władcą obieralnym, a nie dziedzicznym wcale nie jest obca znacznej części społeczeństwa, wystarczy przypomnieć o zwolennikach pomysłu intronizacji “Chrystusa na Króla Polski”. W tym kontekście panu Bronisławowi Komorowskiemu trudno jest konkurować, być może właściwszą formą byłoby spersonifikowanie w Bronisławie I – szym jakichś cech Chrystusa i ukoronowanie go – jako dwu pak – dwa w jednym? Może to by była najbardziej opłacalna opcja, zyskująca największą popularność w różnego rodzaju “idiotele” lub “wyślij debilu SMS-a”?  Ledwo początek, a już nie da się nie ironizować z pomysłu, zastanówmy się wspólnie czy jednak taki pomysł miałby posłuch i co byśmy na tym zyskali? Być może królestwo jest jakąś alternatywą dla widma “IV tej RP”, umożliwiając nam przeskok do nowego bez oglądania się na wszystko to, co się nie udało w III RP? Rozważmy to, zatem.

Polska przestała być królestwem w momencie, gdy Stanisław August Poniatowski został zmuszony do abdykacji, przejęcie korony przez Romanowów zawsze było traktowane, jako uzurpacja, zniszczenie regaliów przez prusaków dopełniło czarę goryczy. Nie było państwa, nie było jego symboliki, kajzerowska rada regencyjna była efemerydą okupantów niezdolną do niczego, potem znaczna część tradycji królewskiej została wymazana z kart historii wraz z pożarem Arsenału podczas Powstania w Warszawie w 1944 roku. Dlatego nie mamy, do czego wracać, nic w warstwie formalnej ani nawet symbolicznej nie łączy naszego obecnego państwa z jego wielkim poprzednikiem.   O początkach odzyskiwania państwowości warto poczytać tutaj, nie ma tam nic nadzwyczajnego o idei Króla dla Polaków. Tworzona na bagnetach Rzeczpospolita miała pozostać republiką, niestety tylko do czasu majowego zamachu, po którym ustrój państwa uległ przepoczwarzeniu w quasi demokratyczny.

Odnosząc naszą sytuację do potrzeby Króla, trudno jest w ogóle w tych kategoriach myśleć, albowiem chyba mało, kto ze współobywateli wyobraża sobie sytuację, w której miałby kłaniać się i ślubować np.. Bronisławowi I – szemu wierność? W imię, czego? Na jakiej podstawie? Czy stalibyśmy się mniej wolni? Jako poddani Bronisława? A może wprowadzenie takiej relacji uzdrowiłoby stosunki w państwie, bo przyzwyczajony do libertyńskich ideałów obywatel przestałby się stawiać władzy. Współczesne monarchie mają jedną podstawową zaletę, jest nią trwałość stosunków władzy, konserwująca podstawy społeczeństwa – jego rdzeń. Innymi słowy, monarchia jest doskonałym sposobem na definiowanie elity, nie wchodzi do niej nikt, kogo nie ma przy dworze. Czy to sprawdziłoby się w naszym państwie? Czy traktowalibyśmy Króla Polski na poważnie? A przede wszystkim, czy taki Król, a inaczej dożywotni Prezydent byłby dla nas autorytetem? I tu się zaczynają problemy, albowiem niezwykle trudno jest w dzisiejszych czasach o autorytety, zdolne zawładnąć umysłami wszystkich członków społeczeństwa. Elekcja byłaby niezwykle trudna, nawet nie tylko w kontekście samej kampanii wyborczej – no, bo trudno sobie wyobrazić inny model wyboru Króla niż w wyborach powszechnych, ale z pewnością rozłożyłaby nam państwo już, jako sam proces na dość długi czas. Przecież wybór władcy byłby najważniejszym wydarzeniem politycznym! Bardzo szybko wróciłyby czasy wolnych elekcji sterowanych przez ośrodki zewnętrzne i wielkich krajowych wielmożów, których potomkowie właśnie upominają się o odzyskanie majątków.

Bardzo szybko powstałoby szereg problemów, czy wybierać Króla w wyborach powszechnych? Tak, to jest przesądzone. Czy kandydatów na Króla weryfikować np. poprzez kilkuletni staż parlamentarny? Jak przeprowadzić samą kampanię, tak, żeby nikt nam jej nie oprotestował? Czy Król miałby przysięgać na Konstytucję i prawa Rzeczpospolitej? Wzorem artykułów henrykowskich? Mielibyśmy, zatem monarchię konstytucyjną? A co w przypadku, gdyby Król uznał, że jest pomazańcem i uzurpował do władzy absolutnej?  No i chyba najważniejsze pytanie, czy Król miałby przysięgać na Biblię?  Tu nie ma żartów, Król to Król! Generałowie zapewne by się ucieszyli z przemianowania na hetmanów, jednakże powstałby problem, z którym się nie zmierzamy, jako państwo od wojny 1920 roku – mianowicie czy, dążylibyśmy do odzyskania ziem zabranych nam przez Rosję, które obecnie wchodzą w skład niepodległych państw narodowych? Chyba raczej nie, albowiem nasze Królestwo bardzo szybko skończyłoby marnie.  O wiele lepiej jest pomyśleć o innym rozwiązaniu, mianowicie wybrać cudzoziemca na tron Polski i na tej podstawie uzurpować sobie prawo do tronu w państwie macierzystym, mamy w tym względzie smutne doświadczenia ze Szwedami, ale potop jeszcze nie jest pomszczony, więc może akurat nadarzyłaby się okazja?

A może popatrzmy na problem nieco inaczej. Może zamiast dywagować nad bzdurami o ponownym poddaństwie Polaków, zastanówmy się czy w ogóle w naszym ustroju potrzebujemy głowy państwa w takim charakterze, w jakim ona dzisiaj konstytucyjnie występuje? Przecież to jest sporo etatów i znaczny koszt, a generalnie poza funkcją reprezentacyjną i inicjacyjną na niewiele zdają się jego kompetencje – poza wetem, no, ale nie chodzi nam o konserwowanie systemu negatywnego, w którym popierane byłyby działania na nie. Potrzebujemy takiego przeformatowania ustroju, w którym władza wykonawcza byłaby władzą rzeczywistą i niepodważalną, naprawdę nic nie szkodzi, żeby kompetencje prezydenta wypełniał rząd! Zaoszczędzone w ten sposób pieniądze można przekazać np.. na wsparcie dla terapii nowotworowych lub inne cele, na które nigdy nie ma pieniędzy a byłyby społecznie użyteczne. Nie potrzebujemy strażnika żyrandola, nie potrzebujemy nadmiernej ilości urzędników! Dobrze, jeżeli prezydent odgrywa stabilizacyjną rolę w państwie, ale w naszym podzielonym społeczeństwie – prezydent zawsze będzie obcy dla części sceny politycznej. Zmniejszając ilość administracji czasami naprawdę warto jest zacząć od góry. Dlatego likwidacja urzędu prezydenta RP, prostą zmianą Konstytucji – mówiącą, że jego kompetencje przejmuje Prezes Rady Ministrów byłaby doskonałym posunięciem. Podobnie można by zrezygnować z kilku innych ciał, jak osławiona Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta – czy ludzie i państwo w jakikolwiek sposób odczuliby brak prezydenta i KRRiTV? Nie! Zatem nie ma przeszkód.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.