Paradygmat rozwoju

Polityka z istoty swojej natury powinna popychać sprawy do przodu

 Celem polityki jest zapewnienie rozwoju i sterowanie rozwojem . Takie oczekiwania mają dzisiaj wobec polityki chyba wszyscy, jednakże niewiele osób zdaje sobie sprawę z faktu, że polityka z samej istoty swojej natury powinna popychać sprawy do przodu. To znaczy, – co najmniej powodować pozytywne zmiany.

Polityka to sztuka rozwiązywania problemów, w tym najważniejszego – podziału DÓBR RZADKICH. Jeżeli sobie z tym radzi to już jest dobrze, dobrze to świadczy o samej polityce jak i realizujących ją ludziach.

To bardzo ważny wyróżnik, warto go sobie przyswoić i mieć w pamięci, żeby za każdym razem jak ma się do czynienia z jakimś nowym aktem politycznym umieć dokonać falsyfikacji.

Co się jednak dzieje, jeżeli polityka nie tylko nie służy zbiorowości, ale po prostu nie jest ukierunkowana na rozwijanie kluczowych problemów zbiorowości, co więcej – nawet ludzie ją uprawiający mają tego pełną świadomość, ale im to nie przeszkadza bo liczy się „tu i teraz” oraz „świńskie ogony”? Właśnie z taką sytuacją mamy do czynienia w praktyce w naszym kraju, gdzie politycy (w dominującej większości) wyalienowali się ze społeczeństwa i nie zajmują się problemem podziału dóbr rzadkich. Jednym sposobem na jaki takie osoby są związane z rzeczywistością, to troska o kolejną elekcję. Gdybyśmy byli państwem uporządkowanym, mającym długą tradycję demokratyczną, gdzie kolejne wybory byłyby w istocie głównie kontynuacją dotychczasowych rządów, albowiem sprawy w państwie biegły by właściwą drogą, to taki stan rzeczy można byłoby uznać nie tylko za naturalny, ale jeszcze za pożądany, ponieważ politycy nie psuliby działającego systemu, a jedynie działali korygując, wszędzie tam gdzie pojawiałyby się okazje do poprawy stanu istniejącego.

Niestety tak się rządzić Polską nie da, ponieważ nie tylko mamy szereg zapóźnień pamiętających czasy zaborcze, czy nawet jeszcze saskie, ale przede wszystkim pojawiają się nowe wyzwania będące wynikiem nieudolnie zaprogramowanych reform, które wydrenowały z kraju z trudem zakumulowane zasoby.

W naszym przypadku polityka musi być ścieraniem się różnych wektorów, często przeciwstawnych, ponieważ od decyzji podejmowanych obecnie zależy nasza przyszłość – co bardzo łatwo można zobaczyć na podstawie porównania różnic stanu istniejącego, a sprzed wielkich reform na początku transformacji. Przykładowo niestety w wielu miastach, w których zlikwidowano zakłady pracy – dalej nic nie powstało, nie ma żadnych alternatyw dla likwidowanych cukrowni, stoczni, czy innych przedsiębiorstw produkujących w PRL-u niezgodnie z rachunkiem ekonomicznym. Minęło ćwierć wieku i nic! Jeżeli się nie ma państwowej emerytury to pozostała jedynie praca na zmywaku w naszym siedemnastym województwie, gdzie już nas nie chcą!

Tymczasem pojawiają się już problemy dotyczące kolejnych pokoleń, pomijając pokolenia nienarodzone. Nie można mieć złudzeń co do stanu naszej gospodarki, nawet w nowych ratingach efektywności pracy jesteśmy nadal na szarym końcu porównań, a w generalnych podsumowaniach jesteśmy zdaje się szóstym krajem od końca w Unii Europejskiej pod względem zamożności.

Te stany muszą rodzić pytania o kierunki naszej polityki społeczno-gospodarczej, o jej priorytety i jej realizację. Godząc się z faktem, że mamy mieć małą stopę wzrostu, ponieważ przestrzeń do której przynależymy nie ma go prawie wcale – powinniśmy myśleć o takim skonstruowaniu polityk rozwojowych, żeby zmieniać strukturę naszej gospodarki w kierunku poprawy gałęziowej. Trzeba zajmować się bardziej takimi sprawami, które gwarantują wyższą stopę zysku z jednostki pracy i z jednostki zaangażowanego kapitału. Oczywiście nic nie poradzimy na to, że jesteśmy krajem niskich płac, jednakże stopniowo – powoli, działaniami administracyjnymi i rynkowymi można zacząć to zmieniać, przede wszystkim przeciwstawiając się możliwości otwarcia do Polski masowej imigracji ludzi z krajów jeszcze biedniejszych jak również obcych kulturowo, ponieważ tacy pracownicy będą stanowili konkurencję na rynku pracy dla Polaków, którzy w konsekwencji NIGDY lub dopiero w ostatniej fazie swojego życia odczują lekki wzrost dochodów. No, a to przecież nie o to chodzi, gdyby polska młodzież zarabiała na starcie co najmniej na poziomie średniej krajowej – mielibyśmy inną sytuację demograficzną.

Niestety płacimy straszną cenę za okres transformacji, opartej na błędnym postrzeganiu wyzwań klasowych. Neoliberalna doktryna ekonomiczna oparta na manipulacji w wyzysku, doprowadziła do katastrofy, ponieważ ludzi nie jest stać na zakładanie rodzin i posiadanie dzieci. Wąska elita nie zbawi kraju i na pewno go nie obroni, prędzej czy później będzie musiała podzielić się terytorium z co najmniej jednym sąsiadem, ale w czym problem dla kosmopolitów z kilkoma paszportami?

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

one × one =