Polityka

Politycznie dopuszczalne zachowanie wobec przyszłego okupanta – granice polskości

 Upadek państwa sanacyjnego w wyniku przegrania wojny błyskawicznej w 1939 roku był olbrzymim zaskoczeniem dla społeczeństwa. Dominująca część narodu żyła w przeświadczeniu, że ówczesna Rzeczpospolita była potęgą, może niewiodącą w regionie, ale zdolną do samodzielnego stawiania oporu Rosji lub Niemcom, a przy wsparciu sojuszników do przynajmniej nie przegrania wojny z każdym z tych państw z osobna. Był to skutek propagandy władz sanacyjnych, jak również nonsensownej polityki zagranicznej, ze względu, na którą sami uwierzyliśmy we własną propagandę w kwestii stosunków z Niemcami. Zajęcie Zaolzia przypieczętowało „poczucie mocarstwowości”, no bo przecież zrobiliśmy to ramię w ramię z kanclerzem 1000-letniej Rzeszy Niemieckiej! Naprawdę klęska wrześniowa była szokiem, czymś niesamowitym dla społeczeństwa, które obudziło się nagle w warunkach okupacji po odrzuceniu sanacyjnej szopki – wzmacnianej tzw. gwarancjami, za które przyszło bardzo drogo zapłacić. Wówczas w 1939 roku – uwolnione od represji sanacyjnych społeczeństwo polskie zaczęło się politycznie określać – przede wszystkim wrogo wobec opcji niemieckiej, nie było kolaborantów. Jednakże na tym jedność się kończyła, albowiem już bardzo szybko okazało się, że nie ma jedności, co do kwestii okupacji sowieckiej, która zresztą do dzisiaj nie jest uznawana za równoważną wobec niemieckiej – przez znaczną część społeczeństwa.

To był 1939 rok, społeczeństwo poddawane wieloletniej manii wielkości zbudziło się w nowych warunkach – oderwane od rzeczywistości i w obliczu ludobójstwa. Jak byłoby współcześnie? Jak sprawy wyglądałyby dzisiaj? Wyobraźmy sobie sytuację, że nagle na części lub całości terytorium panują władze okupacyjne – wrogie nam Polakom i mające tylko jeden cel – stopniowe oczyszczenie tego terytorium z Polaków. Jak w takich realiach miałoby zachowywać się dzisiejsze społeczeństwo – biorąc pod uwagę współczesne podziały polityczne, rolę Kościoła Katolickiego, związków zawodowych, posiadaczy własności, w tym tych z zagranicy. W jakiej sytuacji byśmy się dzisiaj znaleźli i czy potrafilibyśmy się określić politycznie wobec zagrożenia zewnętrznego oraz potencjalnych polskich prób budowy państwa podziemnego?

Rozpocznijmy od kwestii zasadniczej, czyli czy byłaby możliwa w ogóle współpraca konspiracyjna pomiędzy różnymi środowiskami naszej współczesnej polityki? Odpowiedź na to pytanie musi być jednoznaczna – zdecydowanie tak, albowiem po pierwsze liderzy znają się doskonale z okresu stanu wojennego i konspiracji przeciwko władzom PRL, a po drugie – wszystkie znane osoby, które nie chciałyby współpracować na rzecz okupanta prawie na pewno natychmiast zostałyby wyeliminowane i okupant zaimplementowałby społeczeństwu nowe – pośrednie elity, kierunkujące jego uwagę polityczną na kwestię łagodnej kolaboracji tj. tolerowania władzy okupacyjnej w zamian za formalny spokój. W ten sposób okupant mógłby spokojnie i po cichu eliminować codziennie odpowiednią ilość Polaków, mając ukierunkowaną uwagę ogółu społeczeństwa na sprawy związane z zapewnieniem przetrwania ekonomiczno-biologicznego – nieco ułatwionego przez okupanta pod warunkiem przestrzegania zasad.

Z ośrodków liczących się politycznie nie pozostałoby nic i nikt, kto nie chciałby jednoznacznie opowiedzieć się krytycznie przeciwko dotychczasowym władzom polskim. Jest możliwe, że przeciwnik pozyskałby część środowisk i liderów – utrzymującego się podziału politycznego, którzy dla zapewnienia spokoju społecznego – poszliby na formalną współpracę z okupantem. Równolegle przygotowując działania konspiracyjne, jednakże to wszystko i tak byłoby sterowane przez nieprzyjaciół, albowiem we współczesnych realiach elektroniki i możliwości np. przenikania ludzkich myśli – nic się nie ukryje i nie ma możliwości prowadzić konspiracji, tam gdzie nieprzyjaciel się tego spodziewa.

Powstaje bardzo istotna próżnia – a w niej 38 milionów pytań – jak obywatele państwa bez oficjalnie działającego rządu, poddani władzy okupanta mają odnosić się do kwestii okupacji i odzyskania niepodległości?

Co jest szczególnie ważne, obowiązywanie dotychczasowego prawa nie może trwać dłużej niż władza, która je legitymuje. Nawet, jeżeli okupant zdecydowałby się na utrzymanie tymczasowo wybranego wycinka porządku prawnego, to i tak nie mamy obowiązku go przestrzegać. Z jednej strony stare państwo przestaje istnieć wraz z utratą suwerenności nad terytorium a z drugiej, jako ludność podbita nie mamy obowiązku słuchać się okupanta. Powstaje próżnia, jakiekolwiek twierdzenie, że w momencie, kiedy znika państwo polskie – nadal jego obywateli obowiązują jego prawa to fikcja, albowiem państwo, które nie było w stanie zapewnić sobie przetrwania nie ma prawa pasożytować na prześladowanej przez okupanta ludności. Koniec – Finis Poloniae est! Społeczeństwo ma prawo na nowo samookreślić, a przynajmniej dążyć do samookreślenia swojego bytu, nie musi oglądać się na wytyczne starych elit, które doprowadziły do klęski kompromitując się.

Jak w takiej rzeczywistości określić dopuszczalne granice zachowania wobec przyszłego okupanta – podkreślmy, de facto granice polskości? Przede wszystkim nie jest nigdzie napisane, że ludzie mają ponownie chcieć Rzeczpospolitej i nie mogą jawnie zacząć popierać okupanta, zwłaszcza, jeżeli byłby to okupant utrzymujący warunki humanitarne i gwarantujący nie mniej praw jednostkowych niż średnia w Unii Europejskiej? Musimy wziąć pod uwagę na serio taki scenariusz, że część społeczeństwa, w tym mniejszości narodowe mogą chcieć mieć po prostu dość polskiej nieudolnej administracji i naszego byle jakiego państwa, które i tak nie jest (było) uznawane przecież przez część polskiej sceny politycznej i społeczeństwa! Czy taką postawę należy uznać jednoznacznie negatywnie za kolaborację, a nawet zaprzedanie się? Czy też po prostu należy pozwolić ludziom żyć, tak jak tego chcą? To jest bardzo poważny dylemat, który i tak będzie do rozstrzygnięcia w przypadku dalszej integracji europejskiej i regionalizacji dotychczasowych państw narodowych. Nagle mogą powstać takie warunki, że społecznościom regionalnym może się bardziej opłacać porozumiewać bezpośrednio z „rządem” w Brukseli niż w Warszawie – i co? Poślemy tam czołgi? Zresztą które? Te, co już dostaliśmy od Niemców, czy też te, o które byśmy dopiero poprosili? Bez względu na to jak to abstrakcyjnie brzmi powinno podziałać otrzeźwiająco na głupowatych polskich polityków niezdolnych do głębszej myśli analitycznej.

Pójdźmy dalej, co w przypadku gdyby część społeczeństwa pod okupacją wyłoniła własnych przedstawicieli, którzy w opozycji do dotychczasowych władz Polski – porozumieliby się z okupantem na temat ponownego odtworzenia najpierw autonomicznego potem niepodległego państwa polskiego np. w nowych granicach, ale za cenę niepodległości. Czy takie państwo potraktowalibyśmy tak jak Polskę PKWN? Obcą władzę? Narzuconą przez obcych i na obcych bagnetach? Jeżeli tak to, na jakiej podstawie? Marionetkowego rządu londyńskiego 2.0? Przecież to taka sama sytuacja jak po 22 lipca 1944 roku! I co mielibyśmy nie żyć w „takiej” Polsce? Jakie ma znaczenie, czy nasze granice wyznaczają pseudo sojusznicy, czy wróg – wprost je dyktując, wedle powszechnie uznawanej obecnie przez świat zasady – „ziemia za pokój” wobec państwa żydowskiego? Opadają argumenty? Tak proszę państwo – to na pewno jeszcze nie jest koniec historii. Może być jeszcze ciekawiej.

Zwłaszcza, jeżeli okupant lub okupanci, albo „fałszywy przyjaciel” i okupant na podstawie istniejących w Polsce podziałów doprowadziłby do powstania dwóch niezależnych ośrodków państwowych – kierowanych przez nienawidzących się liderów, mających podobne potencjały i nieprzejednanie wrogich. Co wówczas? Mielibyśmy dwie Polski? Dwa rządy w kraju i trzeci za granicą? Dyskutowalibyśmy o ewentualnym połączeniu się? Ile lat? Może kilka pokoleń? To byłby prawdopodobnie najboleśniejszy scenariusz, albowiem osłabiłby nas najmocniej. Zwłaszcza, że istniałaby realna możliwość rozgrywania Polaków przeciwko Polakom, jak za czasów niesławnych konfederacji, czy też wojen o polską sukcesję. Co byśmy zrobili? Musielibyśmy jakoś codziennie żyć, podobnie jak po wojnie domowej musiały codziennie żyć miliony ludzi w podzielonej etnicznie Bośni i Hercegowinie. Wojska ONZ, wojska okupanta, punkty kontrolne, przemyt, zorganizowana przestępczość, praca niewolnicza, skrytobójstwo, emigracja i praca na emigracji, jako główne źródła stabilnego dochodu – tak wyglądałaby nasza rzeczywistość powodująca, że przeciętny Polak lub Polska raczej nie miałby czasu na myślenie polityczne, a wszelka władza cywilna – miałaby podstawowe zadanie – dostarczyć media komunalne, żywność, zapewnić jakiś poziom bezpieczeństwa i najważniejsze – dach nad głową dla milionów uchodźców. To byłyby realne problemy a nie dywagowanie o materiałach użytych do stworzenia pancernej brzozy!

W każdym scenariuszu bardzo ważne byłoby zachowanie się Kościoła Katolickiego, który bezwzględnie byłby pod naciskiem władz okupacyjnych i organów międzynarodowych – do utrzymania w Polsce spokoju. W zależności od postawy hierarchów nastąpiłoby określenie granic tego, co uważamy za polski patriotyzm, albowiem żadna inna struktura nie byłaby w stanie wywrzeć wpływu na społeczeństwo – lub społeczeństwa polskie. Najgorsze, co mogłoby nas spotkać, to utożsamienie zdrady narodowej z przeciwstawieniem się oficjalnemu stanowiska Kościoła. Gdyż to z pewnością byłoby argumentem na rzecz naprawdę głębokich i bardzo trwałych podziałów. Natomiast problem władzy cywilnej nie rozwiązałby się sam, w mniejszym lub większym stopniu i mniej lub bardziej bezczelnie zostałaby narzucona lub podsunięta przez zewnętrzny czynnik wpływu. Nie można mieć złudzeń, okupacja oznacza dla nas ponowne przedefiniowanie płynnych granic racji stanu i narodowego samookreślenia się, a szybkimi krokami zbliżamy się do czasów nowych rozstrzygnięć – gdzie nie wszystkim będzie się podobać umacniający się gracz na głównym pasie natarcia każdej armii przemieszczającej się z zachodu lub wschodu Europy.

My Polacy musimy to sobie uświadomić i zacząć wymagać od naszych obecnych elit konkretnych działań – gwarantujących bez względu na wszystko zachowanie niepodległości i tożsamości władzy państwowej z demokratycznie wyrażaną wolą narodu. To jest rdzeń wszelkiej myśli państwowej, nie ma nic ważniejszego w Polsce i dla Polaków! Dlatego należy wprowadzić do publicznej dyskusji kwestię wejścia przez Polskę w posiadanie broni masowego rażenia kilku typów oraz środków jej przenoszenia, gwarantujących konieczność liczenia się z posiadanym przez nas potencjałem przez potencjalnych przeciwników. Jeżeli ktoś tego nie rozumie lub w jakikolwiek sposób trywializuje kwestie bezpieczeństwa – powinien się dobrze zastanowić nad tym jak postrzega swój patriotyzm albowiem, – jeżeli nie Polska to co?

Musimy się śpieszyć, bo wszystko na to wskazuje, że prawdziwe scenariusze naszej przyszłości pisze już ktoś inny!

4 komentarze

  1. silni zwarci gotowi…
    a ja tu na OP czytuję o podobnyvch mrzonkach niepoprawnych fantastów i marzycieli: flocie podwodnej, bombie atmomowej, armii tak licznej i nowocześnie uzbrojonej że strach się bać puścić głośniejszego bąka poza granicami Najjaśniejszej Rzeczpospolitej

    A w międzyczasie wychodzi że polskie drogi, koleje oraz każda inna infrastruktura są w tyle za afrykańskimi, że jesteśmy tak biedni jak posowieckie leśne republiki nadbałtyckie, zaś synonim rumuńskiej nędzy za kilka lat ulegnie ostatecznej dewaluacji i zapomnieniu

    Jeżeli nie Polska to co?
    ano własnie, to Europa, to normalność i możność cieszenia się z życia.

    Zresztą nikt na polską niepodleglość się nie zamachnie, Z prostego powodu a raczej dwóch: primo, Polacy sami sobie robią bałagan, dzięki któremu przestają być parnerem politycznym dla kogokolwiek, secundo, za pzeproszeniem to nikt nie chce wdepnąć….

  2. Przez Zaleszczyki wiano tak szybko, ze 17 wrzesnia 1939 zapomniano nawet formalnie wypowiedziec wojne Sowietom, formalnie wiec wojny nie bylo. Wtedy nawet elity nie wiedzialy co sie dzieje, tym bardziej spoleczenstwo.

  3. Niesamowity tekst! przekraczający swoją epokę! Może nieco futurologiczny jednak potrzebny – takich tematów nie ma w żadnym innym polskim medium publicznym!

  4. no, to jest ciekawy problem. mieszkam w Polsce wschodniej, na prowincji, więc o rozwoju RP 3 w ostatnim ćwierćwieczu i o tym że polepsza mi się standard życia wiem wyłącznie z gazet i tv. na razie RP 3 nie inwestuje w infrastrukturę u nas, więc my inwestujemy głównie z naukę języków obcych naszych dzieci.

    wracając do meritum – miałbym, czy też nie miałbym prawo do uznania okupanta za swoje państwo jeśli ten okupant:
    1) w miejsce dzisiejszego “trądu w pałacu sprawiedliwości” wprowadzi PRAWO,
    2) zlikwiduje republikę “krewnych i znajomych królika”, (z całym systemem awansów kretynów na prezesowskie fotele)
    3) zaproponuje państwo przyjazne mnie,
    4) będzie dbał o równomierny rozwój wszystkich regionów?

    …. no właśnie?

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.