Paradygmat rozwoju

Polacy niestety się nie bogacą, przynajmniej nie wszyscy!

 Maintreamowe media w swojej nieskończonej bezczelności pałają żądzą chorobliwego wmawiania Polakom, że żyją na zielonej wyspie, co aktualnie przyjmuje formułę zbioru tez o stopniowym bogaceniu się Polaków i podwyższaniu się ogólnego poziomu życia. Nie mają tu znaczenia żadne argumenty ani przyjęty sposób wnioskowania, słupki i cyfry można interpretować w sposób dowolny, statystyka to bardzo wdzięczne poletko dla różnego rodzaju radosnej twórczości. Z pewnością warunki życia w Polsce generalnie się poprawiają, jednakże to wcale nie znaczy, że Polacy się bogacą lub lepiej się im tu żyje.

Być może rzeczywiście ktoś się bogaci, ale są to, co najwyżej niektórzy Polacy i to przeważnie ci, którzy już się wzbogacili i mają się całkiem dobrze. W kraju funkcjonuje stała grupa zamożnych przedstawicieli elity, którzy doskonale się mają we własnym towarzystwie i strzegą swojej kastowej pozycji. To właściciele środków produkcji i wąska klasa zarządzających nimi. To oni stoją na czele społeczeństwa nadając ton jego ekonomicznemu wymiarowi, równolegle sprawując władzę nad resztą współobywateli, którzy u nich pracują jak również w nieco innym wymiarze, ale także swojego rodzaju władzę – nad tymi, którzy u nich nie pracują, ale są ich klientami.

Generalnie wielkość tej grupy można szacować na nie więcej niż 15% społeczeństwa, przy czym jest ona wewnętrznie bardzo zróżnicowana i niejednorodna – a sam czubeczek ma już nie tylko polskie albo nie ma już polskiego paszportu! Są w niej warstwy bogacące się szybciej, bardziej i o wiele intensywniej od innych, przy czym dominująca część bogactwa pozostaje u kilku procent tej grupy, reszta jest bogata bardziej na kredyt niż z posiadanego majątku, ale generalnie interes się kręci do póki reszta społeczeństwa go utrzymuje kupując, pracując, opłacając, – napędzając gospodarkę swoją pracą, oszczędnościami i konsumpcją.

W istocie system społeczno-gospodarczy, jaki mamy w Polsce to klasyczna piramida, jednakże wyglądająca niesłychanie śmiesznie, albowiem baza jest bardzo szeroka i niezwykle płaska na środku wystaje bardzo ostry, ale nie wysoki szpikulec nieco rozszerzony u podstawy. Należy to interpretować, jako typowe dla krwiożerczego kapitalizmu stadium wstępnej koncentracji kapitału w bardzo wąskim wymiarze uprzywilejowanej elity.

Reszta społeczeństwa próbuje jakoś związać koniec z końcem, starając się utrzymać się na powierzchni lawirując pomiędzy comiesięcznymi opłatami, nagłymi przypadłościami a także zdarzającymi się przerwami w otrzymywaniu dochodów. Duża część społeczeństwa wydaje pieniądze tylko na żywność, opłaty i kredyty – przekleństwo współczesnych Polaków, stanowiące doskonałe źródło dochodu z kapitału – dla wąskiej elity. Stąd też, bardziej niż o bogaceniu się Polaków powinno się mówić o różnicy stanu posiadania pomiędzy zmuszonymi do zapożyczania się, a pożyczającymi. Być może wówczas dopiero takie zestawienie byłoby nieco bardziej społecznie wiarygodne, a samo publikowanie zestawień bogactwa wąskiej elity tylko drażni ludzi i niczemu nie służy.

Problemem jest efektywność naszej gospodarki. Wiadomo, że elita się doskonale wyżywi, dominująca większość naszych władców funkcjonuje już na poziomie porównywalnym lub wyższym do adekwatnej pozycji społeczno-zawodowej na zachodzie. Wynika to z naturalnych procesów koncentracji i kontroli, które są charakterystyczne dla wszystkich formacji post-feudalnych, w tym w szczególności – kapitalistycznej. Ponieważ jako gospodarka produkujemy mniej i nie mamy tak dużych zwrotów z kapitału jak zachód – nasz tort jest o wiele mniejszy do podziału, poza tym nie ma ani dodatkowych ciastek, ani nikt nie postawi darmowych pączków. Dlatego dobrobyt elit wymusza ograniczenie konsumpcji szerokich rzesz społeczeństwa. Jest to realizowane poprzez utrzymywanie stosunkowo niskiego poziomu płac, a gwarantowane przez stosunek poziomu płac do poziomu cen, w tym w szczególności produktów podstawowych – wyznaczających możliwość funkcjonowania w ogóle.

Niestety jesteśmy w spirali niemocy, nie można podwyższyć pensji bez wzrostu efektywności, bo to oznacza zawsze jedno – inflację, no chyba, że rząd wybrałby puste półki. Wzrost efektywności jest ograniczony przez szereg czynników jak niska innowacyjność, niska wartość dodana naszej produkcji i usług, licencje, konieczność spłacania renty na rzecz właścicieli kapitału itd. Zmiana, poprawa, czy też lepsze wykorzystywanie każdego z tych i wielu innych czynników produkcji – może przyczynić się do wzrostu dochodowości i zwiększenia efektywności. Niestety ciężko o tym marzyć, albowiem marnujemy nawet proste rezerwy w rodzaju włączenia społecznego szerokich rzesz społeczeństwa – żyjących z transferów społecznych, a zdolnych do pracy.

Jeżeli na ten obraz nałożymy pełzającą inflację, która jako procent składany przez ostatnie 10 lat przekroczyła 40% początkowej wartości pieniądza, to po porównaniu np. płacy przeciętnej, płacy minimalnej i przeciętnych transferów społecznych i socjalnych – do ich wzrostu przez ten okres – widać, dlaczego jesteśmy biedni. Uwaga, nie biedniejsi, albowiem generalnie dobrobyt, jako taki i poziom rozwoju cywilizacyjnego kraju się podniósł, jednakże nadal nie ma tutaj przełomu oznaczającego samo napędzający się wzrost.

Jeżeli mamy w perspektywie kolejnych 10 lat mówić na serio o bogaceniu się Polaków to rząd powinien opracować strategię poprawy efektywności gospodarki i włączenia społecznego, tak żeby każdy, kto może – pracował, motywowany korzyściami ekonomicznymi z pracy. Działać trzeba szybko – przed 2015 rokiem taki dokument powinien być przygotowany wraz z metodologią jego wprowadzenia, ponieważ już za 5 lat odczujemy pierwsze tąpnięcie w procesach starzenia się społeczeństwa. Jeżeli nie opamiętamy się zawczasu – później będzie już tylko gorzej lub tragicznie.

Sukces działań rządu na tym polu oznacza, że obecnie bogaci muszą liczyć się z nieco bardziej elastycznym sposobem podziału bogactwa niż dotychczasowy. Ponieważ nie mamy wolnych kapitałów, do akumulacji należy wykorzystać to, co jest dostępne. Nie oznacza to, że należy zacząć przykręcać śrubę podatkową bogatym a te pieniądze transferować dla biedniejszych, – bo tego wymagają od nas np. zasady solidarności społecznej w ramach społeczeństwa itp. Bogaci doskonale wiedzą, że to jednak nastąpi, albowiem za 10 lat w tym kraju będą potrzebne każde pieniądze dla finansowania potrzeb rosnących transferów socjalnych. Dlatego też, inwestowanie z trudem wypracowanej górki – musi być bardzo rozsądne, nie będzie już drugiej szansy. Jeżeli teraz nie wypracujemy podstaw do wzrostu efektywności już w najbliższym czasie – będziemy mogli tylko ciąć i oszczędzać. Dlatego może nie warto dusić podatkami „bogatszych”, niech inwestują – a trzeba jedynie ograniczyć marnotrawienie środków na zbędny blichtr i luksus. Oznacza to potrzebę nałożenia odpowiednich podatków akcyzowych na zewnętrzne przejawy luksusu, – czyli „od posiadania”.

3 komentarze

  1. Żeby by bogatym, wystarczy mniej wydawać.
    Po kilkudziesięciu latach pojawi się bogactwo, nawet przy średnich dochodach.

  2. Polacy się nie bogacą a biednieją bo faktyczna inflacja jest o wiele wyższa niż to podaje GUS na podstawie swojego koszyka który jest sztuczny i nie ma odzwierciedlenia w realnym życiu. Ja bym ją szacował na przynajmniej 10 procent w skali rocznej.

    • Panie “gumish” – oczywiście byłby pan usatysfakcjonowany gdyby GUS czy Eurostat publikowali wskaźnik inflacji CPI czy HCIP na podstawie pańskiego indywidualnego koszyka dóbr i usług… pan raczy żartować…
      Znane jest zjawisko zaburzenia indywidualnej percepcji inflacji spowodowane, jak wskazują badania, m.in. tym, że: więcej uwagi zwraca się na wzrost cen, bardziej zauważalne są zmiany cen produktów kupowanych często za gotówkę, mniej zauważalne są zmiany cen produktów kupowanych rzadko oraz opłacanych z konta, inflację liczy się w skali jednego roku, a pamięć ludzka sięga dalej…
      Pańska “inflacja indywidualna” może być i 10 % albowiem zharmonizowany wskaźnik cen konsumpcyjnych (HICP) oblicza się – według ujednoliconej metodologii Unii Europejskiej przez kraje członkowskie – na podstawie przeciętnego koszyka towarów i usług, który jest wypadkową wydatków wszystkich gospodarstw domowych w danej gospodarce; są jednak gospodarstwa, które z powodu swojej struktury wydatków doświadczają inflacji wyższej niż przeciętna, przez co silniej ją odczuwają (np. przy stosunkowo silnym wzroście cen benzyny poziom inflacji indywidualnej w przypadku osób jeżdżących samochodem może przewyższać HICP, ponieważ ich wydatki na benzynę są wyższe od przeciętnych.
      Myślę sobie, że statystyki GUS są coraz lepsze, a w każdym razie stosowane przez GUS metodologie są tożsame z tymi “europejskimi” (Eurostat) co daje szansę na wzajemne porównania stanów rzeczy w krajach UE… I warto pamiętać, że przy korzystaniu z danych GUS, najczęściej mówimy o prawdzie “statystycznej”, którą należy rozumieć i ostrożnie interpretować.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

17 − 4 =