Społeczeństwo

Polacy boją się wspólnot mieszkaniowych

 Polacy boją się wziąć za siebie odpowiedzialność, czego najlepiej dowodzą zebrania wspólnot mieszkaniowych – lokatorów budynków zamieszkiwanych przez wiele rodzin/osób w nieruchomości wspólnej. Obowiązujące w tej mierze przepisy czynią z sąsiadów wspólnotę, to zmusza ludzi do uczestniczenia w jej życiu – zarazem skutecznie ograniczając to prawo spadkobiercom, zanim nie dopełnią spraw spadkowych.

Ludzie zdani na samych siebie – nie rozumieją, że dana nieruchomość jest ich własnością i od ich decyzji i od ich zdolności finansowych będzie zależał jej stan. Często – zwłaszcza u osób starszych dominującym zachowaniem przejawianym stadnie – jest przekonanie, że „administracja’ sprawy jakoś załatwi. Nie rozumieją istoty wspólnoty mieszkaniowej i swojej współodpowiedzialności za jej działania i skutki finansowe podejmowanych decyzji. Dla wielu – socjalizm jeszcze się nie skończył. Naturalnie uprzywilejowani pod tym względem są oczywiści mieszkańcy spółdzielni mieszkaniowych, albowiem tam zachowały się struktury – zarządzające całością substancji mieszkaniowej w sposób gwarantujący zachowanie „jakiegoś” standardu. Często większego nić oferują to wspólnoty mieszkaniowe – borykające się z sytuacją ludzi, którzy przez długi okres czasu nie płacą za czynsz i nie dokładają się do wspólnoty, – ponieważ nie chcą lub nie są w stanie.

Wiele zależy także od osób zawodowo administrujących nieruchomościami – niestety jest tutaj bardzo wiele nadużyć i nieprawidłowości. Często administratorzy wręcz sterują losem danej wspólnoty – tak przygotowując uchwały, że zawsze są one korzystne dla nich i nie pozostawiają cienia wątpliwości, kto tak naprawdę rządzi we wspólnocie. Ze względu na charakter – przymusowości relacji często dochodzi do upokarzających sytuacji, kiedy trzeba otwierać drzwi znienawidzonemu sąsiadowi, albowiem leje się woda – a tenże domowym sposobem z upoważnienia oszczędnej wspólnoty – dokonuje naprawy własnej wadliwej instalacji na koszt wszystkich – jawnie kpiąc z właściciela nieszczęsnego mieszkania.

Ludzie często płaca czynsz i opłaty przynależne, myśląc, że z tego tytułu coś się im należy. Nic bardziej mylnego – w momencie, gdy brakuje środków na koncie – mieszkańcy wspólnoty muszą się złożyć z własnych środków – nikt nie przyjdzie im z pomocą, poza wyspecjalizowanymi funduszami na termomodernizację nie ma żadnych szans. Jesteś właścicielem – płać, ale jedynie współdecyduj. Przypominają się czasy głębokiego socjalizmu, z ta różnicą, że dzisiaj płaci się realnymi pieniędzmi mającymi znaczną wartość.

Niestety problemu wspólnot mieszkaniowych nie da się w żaden inny sposób skutecznie rozwiązań, ponieważ w jakiś sposób musi przeważać interes wspólny, czyli musi być przymus do płacenia i do godzenia się z wolą i w ten sposób definiowanym interesem większości właścicieli i mieszkańców.

W naszym interesie jest powołanie specjalnych organów – np. samorządowych – uprawnionych do kontroli prawidłowości funkcjonowania tego typu wspólnot, których jednakże esencją istnienia jest ograniczanie prawa własności poszczególnych właścicieli lokali. Nie można pozwolić na sytuację, w której większość – będzie stale zmuszać mniejszość do świadczeń i tolerowania pomysłów podsuwanych przez sprytnego administratora nieruchomości, który wpakuje wszystkich w kredyt – w celu realizacji udoskonaleń, – na których w istocie zarobi on lub polecona przez niego firma. Tego typu nadużyć, wedle mechanizmu – w pełni zgodnego z prawem w skali państwa są prawdopodobnie dziesiątki tysięcy. Państwo zupełnie wycofało się z tych kwestii – pozostawiając je samym sobie – a niezadowolonym, z jakości i sposobu zarządzania współwłaścicieli skazując na drogę sądową, ewentualnie prokuratorską na zasadach ogólnych.

To bez sensu – tak nie można dłużej funkcjonować, albowiem nagle okazuje się, że panem życia i śmierci – czyjegoś losu jest biuro obsługujące nieruchomości, którego sprytny właściciel – doskonale zna przepisy i ma wypróbowane sposoby powstępowania w każdej możliwej sytuacji. Nie można dłużej pozwolić na to, że mieszkańcy – mający często rację są skazani na dyktat tylko, dlatego bo większość woli nieświadomie – podnosić ręce głosując za.

3 komentarze

  1. Stach Głąbiński

    Problem jest. Na razie jednak zakwestionuję sens zdania: “Nie rozumieją … swojej współodpowiedzialności … Dla wielu – socjalizm jeszcze się nie skończył”, z którego wynika, że wg Autora treścią “socjalizmu” jest roszczeniowość bez współodpowiedzialności. Jest to przekonanie dość rozpowszechnione, lecz błędne. Powstałe m. in. z doświadczeń ostatnich lat PRL-u. Otóż paradoksem tej formacji ustroju Polski jest, że w początkowym okresie jej istnienia, gdy władze w sposób drastyczny łamały zasady socjalizmu, w społeczeństwie prawidłowe pojmowanie tych zasad było dość częste, natomiast, gdy po 1956 roku władze stały się bliższe socideałowi, w społeczeństwie roszczeniowość tak się rozpowszechniła, że usiłowania zaprowadzenia jakiejtakiej samodyscypliny okazały się nieskuteczne. Pamiętam jak w Żyrardowie robotnicy, gdy na ulicach jeszcze przepędzano hitlerowców, bez oglądania się na zapłatę pracowali w fabryce i chronili ją przed szabrownikami. Pamiętam wiele innych przykładów współodpowiedzialności, które jednak z biegiem czasu zdarzały się coraz rzadziej. Jak do tego doszło, to osobny i obszerny temat.

  2. W tym sporze rację ma @Krakauer.
    Ludzie naprawdę JESZCZE nie rozumieją tego, że bycie właścicielem/ współwłaścicielem pociąga za sobą większą ODPOWIEDZIALNOŚĆ i aktywność – opartą na wiedzy.
    Inaczej się nim być przestaje, m.in. pozwalając przekazać swoje faktyczne prawa właścicielskie jakimś cwaniakom.
    Może za kolejne pokolenie, jak obecne poniesie straty …

    • Stach Głąbiński

      Oświecony nie zrozumiał mojego posta: nie kwestionuję potrzeby odpowiedzialności, lecz twierdzę, że jej brak nie ma nic wspólnego z socjalizmem

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.