Polityka

Pogrzebano OFE: 230 głosów w tym dwa posłów niezależnych

 Proszę bardzo oto się stało, pogrzebano OFE w pełnej krasie. 230 głosów za, w tym 228 głosów posłów koalicji rządzącej i dwa głosy posłów niezrzeszonych – Ryszard Galla i Jarosław Jagiełło szczegóły [tutaj]. O ile w przypadku pana Galli sprawa jest oczywista, w naszym porządku parlamentarnym od zawsze przyjęte jest, że posłowie mniejszości narodowych – wybrani na warunkach preferencyjnych dla mniejszości narodowych – w głosowaniach głosują zgodnie z wnioskiem rządu RP, natomiast pan Jagiełło startował z listy PiS, ale jest niezrzeszony.

Liczy się to, że koalicja sama nie ma już większości – nie była w stanie przeprowadzić tak ważnego głosowania własnymi siłami. Z PO nie głosowała pani Krystyna Poślednia, a z PSL wstrzymał się pan Andrzej Dąbrowski. W ten oto sposób widać, że rząd bez pomocnej z klucza mniejszości niemieckiej i wolnych elektronów sejmowych nie miałby szans przepchnąć tej reformy i to pomimo niepełnego głosowania PIS i przy wściekłym głosowaniu przeciwko tych, którzy odeszli z PO.

Koalicja jest już na granicy, właśnie dlatego sprawa na Dolnym Śląsku będzie wyciszona, ponieważ odejście kolejnych posłów oznacza już przerażenie u inwestorów i mocodawców tego rządu w Polsce, nie mogą sobie pozwolić na dalsze wolty i odejścia – bez względu na wszystko, muszą przetrwać do wyborów jeżeli chcą przynajmniej myśleć o ich totalnym nie przegraniu – jak AWS i Buzek w pamiętnych wyborach, w których Naród powiedział tym partaczom stanowcze i niestety nie definitywne NIE.

Swoją drogą jest to zadziwiające, że tak ważną reformę uśmiercono dzięki poparciu posła mniejszości narodowej i posła niezrzeszonego, który wszedł na miejsce po innym koledze a startował z listy PiS. Czy to nie jest żałosne? No dobrze, przynajmniej śmieszne? Na siłę usiłujemy poszukać jakiegoś plusa, jakiegoś czynnika pozytywnego – a tu niestety niczego takiego nie ma, rząd spieprzył wszystko i pogrążył kraj w długach – pieniądze wydawały ministry celebrytki nie znające się na działach administracji państwowej za które odpowiadały. Zadłużenie wzrosło totalnie, podatki wzrosły – ale nikt nie widział problemu, byliśmy zieloną wyspą. Dzisiaj mówi się, że tego raka jakim było OFE trzeba było odciąć. No i stało się – o przyszłości emerytur 38 mln Polaków zadecydował poseł mniejszości niemieckiej? I Poseł w sumie z przypadku? Wspaniale!

To się nazywa rządy Polaków w Polsce, ot to planowanie strategiczne, to rozważanie za i przeciw, ta dyskusja ekspercka, której przysłuchiwał się cały kraj, te niekończące się rejtanowanie w Sejmie! Jak niesłychanie łatwo jest przerobić ten kraj i zrobić na co tylko ma się ochotę?

Zastanówmy się zatem nad czymś innym, bo ZAWSZE trzeba jednak próbować wyciągać naukę nawet z najtrudniejszej i najczarniejszej lekcji, a dzisiejszy dzień należy do czarnych dni polskiego parlamentaryzmu, kiedy to maszynka do głosowania zwana Sejmem i parlamentarzystami w trosce o swoje własne raty kredytów – zagłosowała jak kazał pan premier. Otóż zastanówmy się proszę państwa nad zmianą ustroju na wodzowski, czy jak kto woli – autorytarny, bo przecież de facto z takim mamy do czynienia – ustrój partyjny w naszym kraju wyewoluował do stanu popierania wodza, wielkiego przywódcy, który jest praktycznie omnipotentny i bez którego woli nic się nie dzieje. Dla zachowania pozorów demokracji można zdecydować się na powrót do sprawdzonego mechanizmu kolegialności w postaci Rady Państwa – niech prezydent, premier i marszałek sejmu – rządzą, niech będą najwyższą egzekutywą. Działająco wespół – z mocą ustawy – a Sejm niech tylko ich akty prawne zatwierdza lub odrzuca, jeżeli zdobędzie 231 głosów.

No bo dlaczego nie? Sejm niech się zbiera dwa razy do roku – przed świętami i przed wakacjami, poza tym wtedy i tylko wtedy, jak Rada Państwa sobie życzy. Ile można by oszczędzić na funkcjonowaniu tej niepotrzebnej przechowalni ludzi zbędnych!

Czy nasza demokracja straciłaby cokolwiek jakby rządził nami taki triumwirat? Nawet jakby rządził sam premier? Czy coś by się zmieniło? Może nawet byłoby lepiej, ponieważ silny premier nie musiałby się liczyć z Sejmem i zachciankami posłów, a już na pewno z ich lobbingiem, żebractwem, szantażami i próbami wpływania na decyzje poszczególnych ministrów. Być może zatem byłoby rzeczywiście lepiej, w tym znaczeniu, że rozliczalibyśmy premiera bezpośrednio – w wyborach, a nie pośrednio przez zachowanie pozorów demokracji parlamentarnej, która jak widać nie jest w stanie przeprowadzić nawet poważnej dyskusji, wysłuchać opinii własnych ekspertów. Szkoda słów, nie potrzebujemy takiej pozornej demokracji – posłowie powinni się wstydzić. Jak Senat to łyknie jak rybkę, a łyknie bo nie ma innego wyjścia, to tylko potwierdzi swoją nieprzydatność – to żadna izba zadumy narodowej, to raczej izba dorabiania do emerytury, niezłe składki muszą tam płacić! No i biura finansują, fajna sprawa – biuro w centrum miasta, gdzie można z kolegami wypić powiedzmy kawę, a wnuczek może pograć na komputerze! Cudowna sprawa! Potem już tylko prezydent, też nie spodziewajmy się szału – wyjmie pióro i podpisze, będzie po sprawie – koalicja trwa, rząd rządzi, premier – jest w zasadzie już prawie dyktatorem, bo co powie baranom i nieudacznikom to się dzieje, materializuje i nikt mu się nie jest w stanie przeciwstawić.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.