Polityka

Podwójne standardy są „standardem” w polityce międzynarodowej

 Polskojęzyczne mainstramowe media obiegło zdziwienie zachowaniem części niemieckich i zachodnioeuropejskich polityków w sprawie nieudanego bojkotu Ukrainy, w związku z uwięzieniem byłej premier tego kraju i organizacją Euro 2012. Podniosły się głosy nielicznych obserwatorów, stwierdzające, że krytykowanie Kijowa za sprzeniewierzanie się zasadom demokracji jest niczym innym jak wpychaniem Ukrainy wprost w rozwarte ramiona Kremla.

Tu i ówdzie uniosły się pomruki świętego oburzenia, wskazujące na krzywdę dziejącą się Julii Tymoszenko, na korupcję, na kneblowanie opozycji, na rzekome nieprzygotowanie Ukrainy do przeprowadzenia imprezy itd. Wszystko to zostało przedstawione, jako wyjątkowo perfidne w ustach polityków niemieckich, popierających pogłębione relacje Niemiec i całej Unii Europejskiej z Rosją, której także jest daleko do demokracji i praw człowieka w rozumieniu zachodnioeuropejskim.

Tydzień przed nagłośnieniem tych protestów nasz kraj gościł potężnego gościa z dalekiego wschodu – premiera Chińskiej Republiki Ludowej Wen Jiabao. Wówczas nieomal nikt nie burknął nawet słowa, co prawda protestowała mała grupka osób upominających się o Tybet, ale generalnie nikt nie śmiał nawet pisnąć, że ma do czynienia z krajem rozumiejącym na swój indywidualny sposób kwestię praw człowieka, wolności, krytyki politycznej, cenzury itd. Co ciekawe milczenie trwało nie tylko w Polsce, ale także w tych niezmiernie piszczących na Ukrainę Niemczech. Nawet nasz prezydent w sposób abstrakcyjnie niezrozumiały zwrócił się: „(…) do ukraińskich sił politycznych z apelem o podjęcie działań i jak najszybsze wyeliminowanie z ukraińskiego prawa przepisów anachronicznych, sprzecznych z europejskimi standardami, umożliwiających skazywanie na karę więzienia za decyzje polityczne. Zaznaczył, że jego apel jest podyktowany troską o utrzymanie europejskiej szansy dla Ukrainy.” Równie dobrze mógłby apelować do wiewiórek w południowym Kongo o zjadanie mniejszej ilości orzeszków ziemnych! Alternatywnie coś równie abstrakcyjnego jak terraformowanie Marsa. To wydarzenie bez precedensu, wskazujące jak dalece oderwane od rzeczywistości są obecne władze Polski. Ale nie myślcie państwo, zauważyły to prawicowe i nacjonalistyczne media ukraińskie, Kijów udzielił nam odpowiedzi na zasadzie „odstosunkujcie się”, albowiem to nie Polaków sprawa.

Jeżeli porównamy problematykę tzw. standardów demokratycznych i podejścia do tego zagadnienia przez Polskę i Niemcy widać, że nasze kraje niejako specjalizują się w niemówieniu o problemach, lub wskazywaniu dziury w całym. Polska upatrzyła sobie sąsiedzki „reżim” na Białorusi, stosunkowo silnie, ale nieporadnie wspierając tamtejszą opozycję. Natomiast Niemcy wyspecjalizowały się w dualizmie poznawczo-oceniającym, wszystkiego, co znajduje się od Mińska na wschód. Wybiórcze traktowanie standardów Moskwy to stała niemiecka specjalność. Berlin konsekwentnie od lat nie wyraził nigdy zdecydowanego sprzeciwu przywołującego Rosję do porządku, a przynajmniej wskazując na jakikolwiek standard, którego przekroczenie będzie oznaczać zmianę jego polityki. Nie miało to miejsca, przynajmniej od czasów, kiedy władzę nad Rosją zyskał pan Putin.

A wcześniej? Zachód oburzył się na Libię wspierając obalenie wieloletniego dyktatora tego kraju, obecnie oburza się na Syrię, podobnie jak wcześniej na Irak, – ale jakoś nikt nie śpieszy się do zmierzenia w polu z uzbrojoną po zęby armią syryjską… Poza tym, swoje zrobiła dyplomacja i polityka demonstracji siły Federacji Rosyjskiej. Proszę się zastanowić, które miejsce mają w naszych mediach wiadomości z Syrii? Osoby dociekliwe niech poszukają w anglojęzycznych mediach informacji z tego kraju. Informacje nadawane przez RT a BBC różnią się diametralnie. Co ciekawe, media zachodnie nie pokazują morza krwi, wiemy po dramacie Iraku, że różnie można relacjonować „wybuch bomby”, jeżeli jest to mała notka informacyjna to i tak super. Podwójne standardy stają się „standardem”, podobnie postępują także USA, dla których prawdziwym sprawdzianem jest polityka bliskowschodnia oraz Bałkany – zapomniane bombardowania NATO. Przypomnijmy sobie powody, które doprowadziły do bombardowania Serbii, w sieci jest stosunkowo mało informacji. Warto ówczesne rosyjskie reakcje zestawić z reakcjami a raczej brakiem reakcji USA po wybuchu niedawnego konfliktu rosyjsko-gruzińskiego. Różnica jest taka, że w 1999 roku, Kreml miał mniejsze możliwości oddziaływania medialnego, jednakże jawnie upominał się o Belgrad. W 2008 roku, gdy zakute w stal rosyjskie kolumny pancerne toczyły się w stronę stolicy Gruzji mieliśmy festiwal nieporozumień i niedomówień. Prawdopodobnie nic nie pokazuje podwójnych standardów zachodu lepiej niż stosunek mocarstw do Gruzji w trakcie i zaraz po wygaszeniu konfliktu. Gruzini „zaatakowali”, dostali po nosie. Dopiero pełnoskalowa inwazja Rosji wywołała inicjatywę dyplomatyczną zachodu i poważne rozmowy z Putinem o interesach. Wniosek? Nikt się o nas nie upomni, jeżeli wpadniemy w problemy – nie ważne czy z powodu własnej polityki, czy w wyniku prowokacji. Najważniejszą kwestią dla nas, jest wprowadzenie do świadomości opinii publicznej na całym świecie, że Polska jest częścią zachodu. Niestety to prawdopodobnie wszystko, co mamy, jeżeli chodzi o naszą obronę. Wypadnięcie z tego koszyczka to koniec marzeń o pokoju i dobrobycie.

Obserwując ostatnie zachowanie Kanclerz Merkel i jej politycznych popleczników – ujawnia się pewna niebezpieczna tendencja w niemieckiej polityce zagranicznej. Prawdopodobnie Berlin odpuścił Europę na wschód od linii Curzona wyznaczającej obecnie mniej więcej naszą granicę wschodnią. Nawet Rumunia i Bułgaria są mało ważne, prawdopodobnie nie otrzymają przywileju Schengen. Europa prawdopodobnie zrozumiała, że musi się skoncentrować na samej sobie i umacnianiu swoich struktur a nie na wzroście poprzez ekspansję. Inaczej nie można wytłumaczyć kompletnego braku zainteresowania forsowaną przez Polskę z pewną pomocą Szwecji politykę wschodnią Unii, jej pełna porażka była spowodowana słabością polskiej prezydencji, o której nawet rząd panów Tuska i Sikorskiego prawdopodobnie chce jak najszybciej zapomnieć. Jeżeli tak naprawdę jest, że Niemcy a zarazem de facto Unia odpuściła wschód, to nie jest to nic innego niż realizacja starej niemieckiej koncepcji Mitteleuropy, jednakże w zminimalizowanym wydaniu – ograniczonym do utrwalania znajdujących się już w posiadaniu zdobyczy. Prawdopodobnie kręgi decyzyjne z Niemiec uznały, że jesteśmy wystarczającym społecznym-militarnym-politycznym i gospodarczym buforem, izolującym „rzymską” część Europy od jej bardziej azjatyckiej części. Jeżeli w perspektywie kolejnych 50 lat mielibyśmy odgrywać taką rolę – to i tak nieźle, aczkolwiek nie całkiem bezpiecznie. Chyba, że celem tego podziału wpływów w Europie, który się właśnie dokonuje na naszych oczach jest uzupełnienie potencjału Rosji w celu wzmocnienia jej przed możliwym konfliktem z Chinami?

Abstrahując od dalekowzrocznych celów strategicznych zachodniej polityki, nie ulega wątpliwości, że Niemcy realizują ponad naszymi głowami jakiś scenariusz. Jeżeli to tradycyjna figura niemieckiej polityki wschodniej to, w zasadzie nie mamy wyboru, albowiem słabość naszego niby-państwa jest tak przerażająca, że trudno sobie wyobrazić w tej chwili zmianę polityki i odejście od dogmatu „sojuszu” i włączenia w struktury zachodu, wyznawanego przez postsolidarnościowe elity. Musimy sobie uświadomić, że nie stać nas na mocarstwowość, a o neutralności w tej części kontynentu to być może mogą pomyśleć Czesi, Słowacy, Szwedzi, ale nie my, ten luksus wyklucza geografia.

Wniosek generalny z dublowania standardów jest stosunkowo prosty – koncentrujmy się na produkowaniu, przetwarzaniu i sprzedawaniu maksymalnej ilości dóbr (produktów i usług), bez względu na to, komu i co sprzedajemy, albowiem nie ma nic ważniejszego niż być państwem silnym i bogatym, bo tylko takie, może wyrażać wiążące międzynarodowo opinie. Nie ma dla nas bardziej efektywnej drogi do wzbogacenia się niż pozostawanie i umacnianie struktur zachodnich nawet, jeżeli oznaczałoby to dobrowolną utratę formalnej niepodległości. Odrębną kwestią jest to, jak te zachodnie struktury będą za kilka lat wyglądać. Nie ma się, co oburzać na świat, zwłaszcza na sąsiednich Ukraińców. Akceptujmy rzeczywistość taką, jaką ona jest, sprzedając, kupując… bogacąc się. Kto kogo trzyma i w której kolonii karnej nie ma dla nas żadnego znaczenia, tak długo jak długo pozostajemy mentalnie i formalnie częścią zachodu, a że o statusie „zaplecza” to już głównie nasza wina.

2 komentarze

  1. Niemcy zawsze realizuja tylko jedna polityke – swoja wlasna. O tym, ze zabezpieczaja scenariusz na wypadek ewentualnego rozmontowania UE oraz niezbednego wtedy przeorientowania na Rosje pisalem kilka miesiecy wczesniej. Niemcy to jest powazny kraj majacy genetycznie zapisane dbanie o wlasny interes narodowy. Problem z Chinami moim zdaniem maja zarowno Rosja jak i Stany Zjednoczone (udzial Ameryki w miedzynarodowym handlu sukcesywnie spada i to glownie na korzysc Azji), natomiast Polska powinna bezwzglednie w strone Chin cieplo spogladac liczac szczegolnie na wspolprace gospodarcza. Jest to sprzeczne z tym czego oczekiwalby nasz obecny wielki brat, ale powtarzam to nie jest polski problem.
    Neo-anarchia szlachecka w nowym, solidarnosciowym wydaniu od roku ’89 niestety doprowadzila do tego, ze obecnie nie ma wyjscia jak przykleic sie do Niemiec i liczyc na to, ze reszta Europy poradzi sobie z zakotwiczeniem naszych zachodnich sasiadow w opcji unijnej, o czym zdecyduje oczywiscie rachunek ekonomiczny jaki przecietny Szmidt za Europe bedzie musial zaplacic.
    Obecnie obserwowana w polskim sejmie wojna plemienna jest doskonalym obrazem tego, gdzie administratorzy III RP maja interes narodowy, liczy sie tylko dorwanie do wladzy i dokopanie przeciwnikowi i dotyczy to kazdej opcji.
    Wolta w sprawie Ukrainy prezesa PiS i nawolywanie do bojkotu, ewidentnie sprzecznego z polskim interesem, jest kolejnym przejawem postepujacej demencji starczej.
    Najciekawsze pytanie dla mnie osobiscie to na jakie scenariusze rozwoju sytuacji miedzynarodowej przygotowane jest obecnie nam radosnie panujace PO, jesli na jakiekolwiek? W sprawie wojska przynajmniej sprawa jest jasna – zolnierzy oddeleguje sie do odmawiania “Pod Twoja obrone”, no i moze Najswietsza Panienka pomoze.
    Czy w pozostalych kwestiach istotnych dla istnienia Panstwa takze mozna liczyc na znane polskie “jakos to bedzie”? Smieszne to i straszne to.
    Pozdrawiam.

  2. Stach Głąbiński

    Rzadko zdarza mi się całkowicie zaprzeczyć krakauerowi, co muszę uczynić tym razem. Inne są bowiem kryteria osądzania rządów aspirujących do członkostwa w Unii Europejskiej, inne dla pozostałych. Poza tym jest nieprawdą, że nie możemy liczyć na solidarność europejską. Nie jest ona czymś idealnym, ale jej ograniczoną, lub nawet ułomną, ale istniejącą realność widać choćby w targach o pomoc finansową lub o uwzględnienie naszej zależności od energetyki węglowej. Nie można przypisywać wagi rozstrzygającej zdarzeniom przeczącym temu solidaryzmowi bez rozważenia zjawisk o innej wymowie. Nikt przecież nie kwestionuje poczuciu wspólnoty narodowej dzielnic Polski, gdy stanowi ona całość od tysiąca lat. Nie tak było w początkach istnienia naszej państwowości. Wystarczy poczytać kroniki Długosza, który opisuje bierność Wielkopolan wobec najazdu tatarskiego na małopolskę i lubelszczyznę, czy niejednokrotną obojętność Małopolan wobec wiarołomstwa Krzyżaków. Zdarzały się takie przypadki, lecz widoczne było, że te odruchy sobkostwa na tle ogólnym miały charakter i znaczenie jedynie incydentalne. Tak jest i teraz w UE.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.