Ekonomia

Podatki, głupcy!

 Jeśli wziąć pod uwagę teorię, istnieją dwie koncepcje absolutnego szczęścia, przynajmniej z punktu widzenia ekonomii. Jedna zakłada, że środki produkcji należą do państwa, ono zaś z kolei zatrudnia i płaci, ile uważa za stosowne, w zamian udostępniając wszelkie dobra po umiarkowanej cenie bądź całkiem za darmo, w ten sposób redystrybuując wartość dodaną. I tę koncepcję nazwano socjalistyczną. Nie udała się. Druga zakłada, że zatrudniają ci, co potrafią zorganizować pracę, i mają na to środki – a skąd, to ich słodka tajemnica, wartość dodaną zaś dzielą sprawiedliwie – część sobie, część pracownikowi, część na kontynuację działalności. W zamian pracownik – w założeniu – dostaje więcej niż w socjalizmie, ale nic nie dostaje po umiarkowanej cenie bądź całkiem za darmo. Musi sobie radzić sam, dysponując tym, co dostał. Ta druga koncepcja też nigdzie się nie udała, nawet nie wiem, czy ktoś jej próbował. Bo jest równie utopijna, jako że żaden właściciel środków produkcji nie oddaje swojemu pracownikowi rzetelnie obliczonej części wartości dodanej, a tylko taką jej część, jaką uważa za niezbędną, by pracownik wrócił mu następnego dnia na stanowisko.

Z tą utopijnością ludzie radzą sobie na różne sposoby, by przeżyć. Najpowszechniej stosowanym sposobem jest – w uproszczeniu – wtórna dystrybucja dochodu poprzez rozmaite podatki, wymuszana przez państwo. Ponieważ pracownik nie otrzymuje wszystkiego, co wypracował, część należnych mu pieniędzy zabiera pracodawcy państwo, pod groźbą kary, choć wygląda to tak, jakby zabierało samemu pracownikowi, co z lubością podkreślają pracodawcy. Załóżmy jednak przez chwilę, że państwo rezygnuje z podatków, utrzymując się z własnej pracy, czyli otrzymując pieniądze wyłącznie za bycie państwem, a więc za świadczenie rzetelnych usług społeczeństwu. Czy wtedy pracownik otrzymałby od pracodawcy całą wypracowaną wartość dodaną?

Nie. W interesie pracodawcy nie leży przecież uczciwy, co podkreślam, podział tej wartości. W jego interesie leży taki podział, by zapłacić jak najmniej a uzyskać w zamian jak najwięcej. Tak twierdzi nie tylko ekonomia, ale tak chcą również prawa ludzkiej natury, z którymi trudno się nie zgadzać. A więc w tej idealnej sytuacji, w której państwo nie pobiera żadnych podatków, pracownik też nie otrzymałby tyle, by stać go było na prąd, gaz, wodę, żywność, ubranie, czynsz i by jeszcze, przy okazji, mógł odłożyć na emeryturę, albo, alternatywnie, wychować robiące pod siebie dzieci, zobowiązane w przyszłości do jego utrzymania, gdy już sam zacznie robić pod siebie. Pracodawca płaciłby mu nadal tylko tyle, by utrzymać go na granicy przeżycia, bo martwy pracownik to przestój w produkcji i przyroście dochodu. Pomijając koszty pogrzebu, które oczywiście musiałby pokryć sam pracownik, więc gdyby pracodawca był grabarzem, byłby to jakiś pomysł. Podobnie jak w przedwojennej Łodzi bywał właścicielem robotniczych mieszkań i osiedlowych sklepów, realizując tym samym ideę zamkniętego obiegu gotówki.

Stąd więc konieczność redystrybucji, czyli podatki. I wyznaczania płacy minimalnej, czyli takiej, za którą – jak uważam – można przeżyć w określonym społeczeństwie w nieupokarzających warunkach. To zaś powoduje skazę na idealnym wizerunku systemu.

Pracodawcy zawsze będą krzyczeć, że pracownicy chcą za dużo, pracownicy zaś zawsze będą krzyczeć, że dostają za mało. Wymyślono więc zasady, które ich wzajemne stosunki mają cywilizować. A więc wyznaczono czas pracy, czas wypoczynku, sposób i poziom wynagradzania. Ktoś tego musi pilnować, bo inaczej doszłoby do rewolucji, jak już dochodziło i w rezultacie do anarchii, jak właśnie dochodzi tam, gdzie górą są albo jedni (pracodawcy) albo drudzy (pracownicy). Tym kimś jest państwo i jego prawo. Utrzymywane z podatków. To państwo także dotuje pewne usługi, których nie chcą dotować, poprzez wysokość płacy, pracodawcy. Oczywiście zawsze można powiedzieć, że państwo wydaje za dużo. Ale państwo jest przynajmniej przejrzyste. Wiadomo z grubsza ile dostaje i ile wydaje. Mamy też jakiś wpływ na jego sterników, których sobie, w założeniu, dowolnie wybieramy. Czy to samo można powiedzieć o pracodawcy, od którego zależy nasz biologiczny byt?

U pracodawcy tajemnicą jest i dochód, i to, ile kto od niego dostaje. To bardzo szerokie pole do najrozmaitszych manipulacji. Idealny system, skoro już nie każdy może być swoim własnym pracodawcą, polegałby więc na tym, by pracodawca był równie przejrzysty jak państwo. Nie upierałbym się przy wyborze przez pracowników właściciela firmy, ale to rzecz do dyskusji – są bowiem precedensy. Warto byłoby jednak co miesiąc wiedzieć, ile pracodawca zarobił, ile roztrwonił na pracowników, w tym na siebie, a ile zainwestował.

Bardzo trudno wycenić wartość człowieka. Nie wydaje mi się jednak uczciwe, i skłonny jestem się przy tym poglądzie upierać, gdy jeden członek społeczeństwa zarabia miesięcznie 100000 jednostek, podczas gdy inny członek tego samego społeczeństwa, jego bliźni – nie bójmy się tego słowa – zarabia tylko 1000 jednostek czegokolwiek. Bo oznacza to, że jeden osobnik – nie jego praca przecież – wart jest sto razy więcej niż drugi. A przyjąłem tu, jako człowiek dobroduszny, nierealnie umiarkowaną rozpiętość. Biorąc pod uwagę cenę chleba, masła i warzyw, a także cenę niezbędnego w naszym klimacie dachu nad głową – skalkulowaną pod możliwości tego pierwszego, musimy stwierdzić, że na skutek tej dysproporcji jeden marnotrawi środki, drugi zaś by przeżyć musi kraść, albo, jeśli religia kradzieży mu zabrania, z frustracji podpala sklepy, bo przykazania nie podpalaj nie przewidziano. Mimo że ten pierwszy nie przeżyłby dnia bez pracy tego drugiego. Dodajmy: w świecie, w którym opłacie podlega wszystko, od wydzielania CO2 po załatwianie potrzeb fizjologicznych. Od poruszania się samochodem po pozostawienie go w stanie spoczynku. Nie masz wyjścia – płać za wszystko, nawet za to że istniejesz. Być może dlatego, że nie przewidziano przykazania: nie będziesz pobierał opłat za wszystko, za co tylko się da. Może było zbyt długie, by je wyryć na kamiennej tablicy, ale, do diabła, myślmy czasem samodzielnie.

Czy to oznacza, że postuluje się w tej sytuacji jakiś socjalizm? Socjalizm, pomijając ten drobiazg, że się nie sprawdził, nie jest także ideałem, a to z powodu oczywistej sprzeczności między wolnością a równością, której w żadnej mierze nie łagodzi braterstwo. Jak wiemy, braterstwo pracodawcy i pracownika to najbardziej utopijna fikcja wśród fikcji i najbardziej fikcyjna utopia wśród utopii. Braterstwo więc w państwach realsocjalizmu zastąpiono służbami specjalnymi, zupełnie zresztą tak samo jak w państwach realkapitalizmu, ale tu podobno na mniejszą skalę. W co osobiście wątpię. Wliczając ochroniarzy, to służb kompensujących niedostatki braterstwa mamy nawet więcej niż w socjalizmie.

Cóż więc nam pozostaje, by natura nie sprowadzała ludzi do roli ekonomicznych drapieżników walczących – jedni o przetrwanie, inni o coraz większy luksus? Na razie wymyślono tylko podatki. Wcale nie charakterystyczne dla socjalizmu. Państwo jako jedyny właściciel środków produkcji znakomicie się bez nich obywało, choć i tak upadło. Równowaga w naturze bierze się jednak z walki przeciwieństw. Tak więc socjalizm był w historii niezbędny, choćby po to, by ucywilizować kapitalizm. Ten bowiem, gdy zabrakło mu alternatywy, na powrót dziczeje i się wynaturza. A walcząc już tylko z podatkami, kopie swój własny grób.

nemo

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.