Soft Power

Początek nowej wspaniałej historii… potrzebujemy zarządzania wizerunkiem kraju!

 W dniu dzisiejszym całe nasze państwo i zaangażowana politycznie część społeczeństwa pokazało, w jakim oderwaniu od spraw codziennych żyje. Najważniejszym wydarzeniem dnia dla 40 milionowego państwa stała się omyłka percepcyjna w wypowiedzi szefa światowego mocarstwa, teoretycznie z nami zaprzyjaźnionego.

Politycy na wyścigi zaczęli ubiegać się w deklaracjach potępiających, zabrakło jedynie wypowiedzenia wojny, ewentualnie zwyzywania pana Obamy od „czarnuchów”, „asfaltów”, oczywiście „żydów” no, bo czemu nie? Przecież ewidentnie sobie zasłużył! Jak zasugerował lider naszej prawicowej opozycji – absolwent Harvardu nie popełnia takich błędów. Jak mógł nie wiedzieć, że obozy koncentracyjne zlokalizowane w Polsce, nie były wytworem naszego państwa, naszej myśli państwo-twórczej? To przecież nasi wspaniali sąsiedzi, będący filarem globalnej cywilizacji zbudowali na naszej ziemi te cuda! Jak można o tym nie wiedzieć? Przecież to kpina z Polski i Polaków, na żywo przed kamerami transmitującymi sygnał do domów milionów ludzi.

Przejęzyczył się, zapomniał, posłużył wprowadzonym do jego percepcji stereotypem i już z wręczania „Medal of Freedom” zrobił się nad Wisłą niesmak. Nie ważne jak to się stało i kto zawinił, ale stało się – powstał nowy niebezpieczny fakt negowania właściwego sprawstwa holocaustu. Jeżeli komuś się wydaje, że to „wspaniała okazja”, żeby uregulować tą kwestię w odbiorze międzynarodowej opinii publicznej, a Obama się pokaja i przeprosi świat, Żydów i Polaków za swój błąd. Sprawę nagłośnić, – bo skoro myśli się pierwszy obywatel świata, to jest to okazja do nagłośnienia problemu – to się bardzo i głęboko myli, albowiem ostatnią sprawą, jakiej nam potrzeba jest jakiekolwiek kojarzenie z jakąkolwiek zbrodnią. Po tysiąckroć nie! Żadnych skojarzeń Polski z żadnymi przykrymi wydarzeniami! Tak się nie buduje wizerunku kraju!

Przyglądając się tej problematyce nieco baczniej, trudno ulec wrażeniu, że tak do końca to nie wiadomo czyje to były te obozy. Nazistowskie? Hitlerowskie? Niemieckie? Polskie? Rosyjskie? I tu zaczynają się problemy. Niestety. Obserwując ewolucję tego zagadnienia w czasie i w różnych krajach, trudno nie ulec wrażeniu, że z czasem nastąpiła stopniowa degradacja samej idei holocaustu i związanych z nim wydarzeń. Degradacja to oczywiście nic innego jak podważanie dokonania samej zbrodni, czego niedawno dopuścił się nawet Prezydent Iranu. A wydarzenia z tamtych okresów, w ogóle mało, kto już pamięta, w tym znaczeniu, że pomimo potężnego wysiłku państwa i organizacji żydowskich, dla wielu ludzi mówienie o zagładzie i męczeństwie żydów przychodzi na tyle łatwo, że pomijają sprawców – pozwalając na funkcjonowanie w świadomości powszechnej teorii o wielo-sprawstwie i o oderwaniu rzeczywistego sprawstwa od niemieckiej formacji narodowo-państwowej, przy absolutnym nie negowaniu tego faktu.

Nie chodzi tu o banalne uznanie niemieckiej winy i unikanie mówienia o Niemcach, a zamiast określenia narodu posługiwanie się słowem naziści lub hitlerowcy. To wszystko prawda, albowiem koncepcję obozów koncentracyjnych na terytoriach okupowanych i przyłączonych do Rzeszy wymyślili Niemcy, pod przewodnictwem Austriaka, – o czym nie można zapomnieć, a dominująca większość z nich była wyznawcami nazistowskiej ideologii implementowanej przez tegoż Austriaka – Adolfa Hitlera. Prawdą jest także dodawanie twierdzeń, że często akcją eksterminacji zajmowali się kaci rekrutujący się z innych narodowości, w tym przestępcy, mordercy, a także wielu prawdziwych lokalnych patriotów, którzy uwierzyli w wizję europejskiej jedności wedle Adolfa H. Co więcej, w niektórych przypadkach, ci nie niemieccy pomocnicy w zbrodni, byli bardziej „efektywni” od swoich panów i mistrzów! To się bardzo chętnie przypomina, głównie w Niemczech, a często upowszechnia wraz z mitem Wermachtu, jako rzekomo czegoś odrębnego od hitlerowskiej machiny zagłady, a przynajmniej nie równego SS. Z zrozumieniem należy patrzeć na niemieckie próby podejścia do własnej historii w sposób inny niż na kolanach, albowiem żaden kraj i żaden naród nie jest w stanie ciągle przepraszać za swoje zbrodnie – nawet najokrutniejsze. Jednakże, jeżeli słyszymy o planach upamiętnienia „wypędzonych”, w tym także faktu więzienia osób narodowości niemieckiej w „polskich obozach” koncentracyjnych – otwartych przez NKWD i jej polskich sługusów na terenie byłych hitlerowskich obozów zagłady np. w Auschwitz (w tym jego filiach), to w kontekście wpadki pana Obamy włos się na głowie jeży, albowiem mamy już do czynienia z manipulowaniem historią!

Całość zaczyna się układać w początek jakiejś nowej wspaniałej historii, w której tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi, kto z kim walczył i po co, ale wiadomo, że skoro obozy stoją w Polsce, to coś musieli w sprawie maczać Polacy. A co? Żeby się przekonać wystarczy obejrzeć jeden czy drugi hollywoodzki film, przedstawiający polskie dzieci lub polskich kolejarzy w różnych scenach sytuacyjnych kpiących lub wyzyskujących żydów stłoczonych w bydlęcych wagonach w drodze na śmierć – i już można mieć wyrobiony pogląd. To szalone niebezpieczeństwo, zwłaszcza w czasach nie czytania książek, gdy wiedzy dostarcza wszechwiedzący Dr Google!

Wnioski? Co najmniej dwa bezpośrednie i trzeci wynikowy. Po pierwsze spokojnie ze wszystkim! Po drugie należy bez względu na chęć oszczędzania Niemcom przykrości, albowiem słuchanie z ust potomków ofiar o tym, że ojciec był mordercom – to nic przyjemnego, – ale jednakże naprawdę należy mówić o niemieckich a nie faszystowskich lub hitlerowskich zbrodniach. Albowiem w ten sposób akcentujemy państwowe sprawstwo kierownicze i państwowo-narodową odpowiedzialność za poronioną ideologię austriackiego uwodziciela.

Równolegle należy podjąć działania prowadzące do budowy poważnego centrum polskiego soft power, które miałoby możliwość oddziaływania na globalną opinie publiczną i koordynowało troskę o wizerunek Polski za granicą. Uwaga – nie wizerunek rządu! Ale Polski i Polaków w oczach światowej opinii publicznej. Żeby było śmieszniej, to wcale nie musi być instytucja państwowa. Marketing, reklama, PR, media – mamy liczące się krajowe zasoby kadr i know how w tym zakresie. Kiedyś pan Mirosław Boruc miał śmiałą ideę powołania Instytutu Marki Polskiej, nawet udało się stworzyć spółkę, rozpocząć jakieś działania, ale całość nie rozkwitła, ze względu na brak publicznego i prywatnego wsparcia. A dzisiaj to się mści. Nie mamy podmiotu dbającego o wizerunek i PR – teoretycznie zadania te realizuje (koordynuje) Ministerstwo Spraw Zagranicznych no, ale czego się spodziewać po resorcie, którego szef jest zamożnym i wpływowym człowiekiem mającym więcej niż polski paszport…

2 komentarze

  1. Niepotrzebnie poruszony temat.
    I tak na świecie mylą nas z Holendrami.
    Po co się NADYMAĆ?
    A z kim od północy graniczy Nebraska?

  2. Najważniejszym wydarzeniem dnia dla DZIENNIKARZY stała się omyłka percepcyjna w wypowiedzi szefa światowego mocarstwa. Przeważająca część społeczeństwa ma to w du…e. Nie wiem skąd ten wniosek że całe nasze państwo tym żyje. Media podchwyciły temat i robią z tego tragedię. To tak jak z ostatnią powodzią w naszym kraju, gdyby patrzeć tylko w TV można było by sądzić że cały kraj był pod wodą.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.