Wojskowość

Po co nam okręt desantowy?

Jakiś czas temu, miałem okazję przeczytać tekst Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego zatytułowany Zasady wykorzystania Wojska Polskiego w zagranicznych misjach ekspedycyjnych. Autor podzielił w nim wszelakie możliwe zagraniczne misje naszych Sił Zbrojnych na dwie główne grupy: obronne – prowadzone w polu bezpieczeństwa Rzeczypospolitej i ofensywne, do których zaliczył między innymi działania, w których brali udział polscy żołnierze: od Bośni i Hercegowiny, na Afganistanie kończąc.

W artykule podano przesłanki, wynikające z pragmatyki w polityce zagranicznej, po spełnieniu których, Polska powinna godzić się na udział w ekspedycjach ofensywnych. Ja chciałbym jednak skupić się na wyszczególnionych zasadach samych działań, usankcjonowanych wcześniej już podjętą decyzją polityczną.

Zasadą pierwszą jest konieczność uzmysłowienia sobie celu działań, którym nie zawsze musi być rozwiązanie przy udziale sił zbrojnych jakiegoś problemu w stosunkach międzynarodowych, gdyż czasami wystarczy samo stworzenie wrażenia zaangażowania.

Zasadą drugą powinno stać się dążenie do minimalizacji kosztów finansowych, wobec czego ekspediować należy w pierwszym rzędzie siły lekkie, tak by już same koszty transportu nie czyniły przedsięwzięcia nieopłacalnym.

Zasada trzecia, wynikająca z dążenia do minimalizacji strat własnych, każe nam nastawić się raczej na udział we wstępnej: bądź to demonstracyjnej, bądź bojowej fazie operacji, gdzie wobec zdecydowanej przewagi interwentów, straty własne na ogół są małe, a nawet żadne. Należy unikać uczestnictwa w późniejszych działaniach stabilizacyjnych czy okupacyjnych, gdyż te najczęściej są kosztowne, męczące, prowadzą do niepotrzebnych strat, a stając się coraz mniej medialne (bądź przeciwnie – medialne, ale z akcentem na negatywne aspekty) zaprzeczają w swej istocie zasadzie pierwszej. Ze swej strony dodam, że kolejną zasadą powinno stać się zapewnienie Polsce praktycznej możliwości decydowania o momencie wejścia i wyjścia z misji, bez oglądania się na dostępność transportu sojuszniczego.

Od tego momentu tok myślenia: Autora i mój rozchodzą się. O ile, bowiem Pan dr Żurawski vel Grajewski nie dostrzega w takich przedsięwzięciach zastosowania dla Marynarki Wojennej, mnie jej rola wydaje się, jeśli nie kluczowa (acz w niektórych rodzajach misji – wręcz wyłączna), to przynajmniej równa z innymi rodzajami Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej. Postaram się to wyjaśnić na przykładzie jednego z okrętów, którego pozyskanie założono w koncepcji rozwoju Marynarki Wojennej do roku 2030 – uniwersalnego okrętu desantowego – oficjalnie: Okrętu Wsparcia Działań Połączonych, ukrytego pod kryptonimem “Marlin”.

We współczesnych strategiach państw europejskich przyjmuje się niemal za dogmat, konieczność zapewnienia siłom zbrojnym możliwości prowadzenia działań na obszarach oddalonych od kontynentu nawet o 5-7 tysięcy kilometrów. Podobne odległości pojawiają się w natowskiej koncepcji out of area, oraz założeniach unijnych misji petersberskich. Działania takie wymagają przerzucenia w krótkim czasie znacznych ilości ludzi i sprzętu w odległe rejony. W polskiej literaturze przedmiotu można spotkać się z szacunkami dowodzącymi, że godzina lotu ciężkiego samolotu transportowego kosztuje około 25 tysięcy Euro. Ponieważ lot w obie strony może zająć nawet 20 godzin, winduje to cenę przerzutu 50 ton ładunku do kwoty pół miliona Euro. Natomiast koszt wyczarterowania cywilnego kontenerowca lub statku ro-ro, to od 7,5 do11,5 tysiąca Euro za dobę. Zatem koszt czarteru statku na rejs do punktu odległego o 7 tysięcy kilometrów (i drogi powrotnej) wynosi około ćwierć miliona Euro. Nawet, gdybyśmy tą kwotę przemnożyli wielokrotnie pamiętając, że trzeba opłacić załogę, koszty paliwa i paskarskich ubezpieczeń od pobytu w strefie działań wojennych, otrzymujemy sumę stanowiącą nikły ułamek kosztów transportu lotniczego. Przykładowo piętnaście tysięcy ton wyposażenia można bez trudu zabrać na niewielki statek, a do przewiezienia tej samej masy potrzeba dziesięciu ciężkich samolotów transportowych latających codziennie przez miesiąc.

Nie budzi więc chyba u nikogo zdziwienia, tendencja do posiadania okrętów wojennych, które samą swoją obecnością na danym akwenie, potencjałem zaokrętowanego lotnictwa i desantu, są w stanie wymusić lub wywalczyć możliwość wykorzystania odległych portów, bądź przyczółków na wybrzeżu, a która od dwóch dekad obejmuje coraz szersze grono państw, nie kojarzonych dotąd, jako potęgi morskie. Okręty takie mogą dostarczyć na miejsce, siły i środki niezbędne do przeprowadzenia wstępnej operacji na lądzie i zabezpieczenia dogodnej przystani dla przyjęcia wsparcia, nie potrzebując przy tym zgody państw trzecich na przemieszczanie. A brak takiej zgody już nie raz pomieszał szyki architektom przedsięwzięć militarnych i specom od logistyki. Również, podejmowane przez siły zbrojne i służby zmilitaryzowane misje o charakterze humanitarnym, często wymagają posiadania odpowiednich jednostek, mogących w razie potrzeby stanowić bazę dla śmigłowców ratowniczych i barek transportowych, a jednocześnie dysponować szpitalem.

Rozpiętość wielkości, możliwości transportowo-bojowych i ceny takich jednostek, jest bardzo duża.  Trafiają się olbrzymy jak hiszpański Juan Carlos I, który kosztował nieco poniżej pół miliarda Euro, ale może w zamian zabrać blisko tysiąc żołnierzy, batalion czołgów, blisko dwie dziesiątki śmigłowców i samolotów skróconego startu i lądowania. Są też jednostki skromniejsze, powstałe na bazie projektów cywilnych, jak nowozelandzki Canterbury, kosztujący podatnika z antypodów mniej niż równowartość osiemdziesięciu milionów Euro. W każdym jednak przypadku wydatek odpowiadający kosztom: od pełnomorskiego okrętu patrolowego po średniej wielkości fregatę, podnosi możliwości i prestiż decydującego się na niego państwa. Na naszym kontynencie, dołączenie do grona ich posiadaczy planują w niedalekiej przyszłości Portugalia i Niemcy.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że okręt taki w naszych warunkach powinien zostać zbudowany jedynie z przeznaczeniem do udziału w misjach. Jeżeli wielozadaniowość takiej jednostki założy się już na etapie projektu, będzie użyteczna również w przypadku wojny obronnej na Bałtyku. I nie chodzi tu wcale o upychanie na okręcie, choć miejsca na to nie braknie, specjalistycznego uzbrojenia, czy zaawansowanej elektroniki. Kluczem do wielozadaniowości staje się przystosowanie do przyjęcia, obsługi, a dla części również hangarowania, śmigłowców, jakie mają znaleźć się w arsenale polskich sił zbrojnych: zarówno morskich (zwalczania okrętów podwodnych i nawodnych, ratowniczych), jak i stanowiących na co dzień wyposażenie lotnictwa i armii: transportowych i szturmowych. Takie niekonwencjonalne łączenie zdolności bojowych lotnictwa różnych formacji stosuje się coraz częściej, a nawet wprowadza, jako nowy standard również w krajach, które w odróżnieniu od Polski, stać na specjalistyczne śmigłowce dla wszystkich rodzajów sił zbrojnych.

Drugim elementem wyposażenia, czyniącego okręt bardziej “bojowym”, powinny się stać wszelkiego rodzaju pojazdy bezzałogowe. One również powinny zostać wzięte wprost z planowanego arsenału Marynarki Wojennej, a nie budowane specjalnie z dedykacją dla niego. W ten sposób jednostka nabyłaby, w pewnym zakresie, zdolności do dalekiego rozpoznania, zwalczania min, a w przyszłości również okrętów podwodnych systemami bezzałogowymi. Jeżeli ktoś uważa te postulaty za oderwane od rzeczywistości, to przypominam, że wymóg dysponowania takimi samymi możliwościami został zapisany w opublikowanym przez MON w początkach lipca Request for Information dla nowych okrętów patrolowych, które mają być kilkukrotnie mniejsze i z założenia stanowić najtańszy typ jednostek zmodernizowanej Marynarki Wojennej.

Skoro tak duża jest rozbieżność w wielkości, a szczególnie cenach takich jednostek, często nazywanych okrętami projekcji strategicznej to, jaki okręt zbudować? Proponuję zacząć od minimum. Byłby to ograniczony gabarytowo kadłub, oparty konstrukcyjnie na jednostkach cywilnych, optymalizowany pod kątem niskich kosztów eksploatacji. W pierwszym rzędzie należałoby, zbudowanej na nim jednostce, zapewnić możliwość prowadzenia i dowodzenia pozahoryzontalnymi operacjami desantowymi z użyciem śmigłowców, łodzi półsztywnych, niewielkich barek i kutrów szturmowych zakładając, że cięższy sprzęt zostanie, w razie potrzeby, wyładowany na opanowanym wcześniej nabrzeżu. Drugim warunkiem minimalizacji kosztów byłaby pełna unifikacja uzbrojenia i elektroniki z planowanymi okrętami patrolowymi. Elementem trzecim, wymagającym oderwania kierunku myślenia od utartych kanonów, byłaby rezygnacja z dedykowanych desantowi morskiemu sił lądowych (poza ewentualnie pododdziałem amfibijnym, szkolonym głównie w kierunku opanowania infrastruktury miejskiej i portowej, oraz korzystaniu z szybkich łodzi), a szersze wykorzystanie potencjału jednostek aeromobilnych, zmotoryzowanych i specjalnych, których część mogłaby zostać przeszkolona w działaniu z okrętów.

W opisany w artykule sposób, za cenę niższą niż koszt budowy korwety, jesteśmy w stanie uzyskać uniwersalną jednostkę, która odrobi “pańszczyznę” w wielonarodowych zespołach NATO, w razie potrzeby zapewni transport i bazę wypadową dla sił interwencyjnych bez konieczności stacjonowania na obcym terytorium i w porównaniu do obecnych rozwiązań poprawi zabezpieczenie przed atakami terrorystycznymi. W potrzebie udzieli minimum wsparcia ogniowego i obrony przeciwlotniczej, a w nieszczęściu zapewni opiekę medyczną. Na tym jednak jej rola się nie kończy gdyż, często przecież puste, kajuty mogą stać się domem dla podchorążych w trakcie ich szkolenia na morzu. W razie potrzeby obrony “polskiego morza” jednostka, dzięki śmigłowcom i bezzałogowcom, z dnia na dzień, bez przeróbek może stać się dodatkowym okrętem eskortowym.

Aby tak się stało, trzeba tylko przełamania irracjonalnej polskiej niechęci do dużych okrętów i odrzucenia szablonów w myśleniu o ich wykorzystaniu.

Skrócony odnośnik do tekstu: http://wp.me/p1RMxj-3BJ

11 komentarzy

  1. Wierny_czytelnik

    Podejście do problemu bardzo ciekawe i kompleksowe tak jak na standard oferowany na łamach Obserwatorapolitycznego przystało, ale nie zgadzam się z tezą generalną. W naszym wydaniu tak duży okręt byłby białym wielkim słoniem na bałtyku wystawionym na strzały hipersonicznych rosyjskich rakiet woda woda lub powietrze woda.
    W cenie takiego czegoś można wybudować dwa Gawrony w wariancie pierwotnym a nawet z nowocześniejszym uzbrojeniem i wyposażeniem, one są nam bardziej potrzebne niż pływająca platforma do układania zwłok na pokładzie i pod pokładem. Aczkolwiek nie neguję potrzeby posiadania tego typu – okrętu najlepiej w wydaniu takim jak na zdjęciu – jakbyśmy byli bardziej bogaci. Tymczasem nie oszukujmy się – taki pokład kosztowałby nas skasowanie jednego Okrętu Podwodnego.

    • Bardzo dziękuję za komentarz !
      W trzech punktach nie zgadzamy się ze sobą.
      Pierwszy związany jest z tym, że jednostka taka została już dla PMW zaplanowana. Po raz pierwszy pojawiła się w znanej szeroko “Koncepcji…” opublikowanej przez MON 29 marca 2012 pod nazwą Okrętu Wsparcia Operacyjnego. Nie ma jej co prawda w opublikowanych wyjątkach z grudniowego planu modernizacji technicznej SZ, ale pojawia się w wielu oficjalnych wypowiedziach, choćby urzędników MON, czy dowódcy PMW. Zatem mój tekst, jest nie tyle nawoływaniem do budowy takiego okrętu – co, mimo trudności finansowych wydaje się przesądzone – ale wskazaniem na możliwości jego praktycznego wykorzystania, odbiegające od standardowej definicji okrętu desantowego.
      Punkt drugi związany jest z zarzutem tworzenia “białego słonia”. Rzeczywiście tworzenie jednostek występujących w egzemplarzu pojedynczym, podnosi najczęściej koszty przedsięwzięcia. Stąd propozycja, by wzorem choćby Nowej Zelandii, wykorzystać kadłub stanowiący modyfikację typu komercyjnego, a wyposażenie zunifikować maksymalnie z okrętami patrolowymi. Zarzut małej odporności takiej jednostki, jest oczywiście trafny, ale proszę zauważyć, że dyskutujemy o okręcie, który w czasie działań wojennych prowadzonych na Bałtyku z dużą intensywnością, znajdowałby sie niejako w “drugiej linii” przejmując np. ochronę najbardziej od przeciwnika oddalonego portu, zwalniając z tej funkcji okręty zdolne do uderzeń rakietowych.
      Punkt trzeci związany jest z kosztami. Wyjaśnię to bardzo obrazowo. Wyobraźmy sobie, że na zasadzie koktajlu (abstrahując od tego, że za niektóre elementy okrętu, takie jak choćby: kadłub i napęd płacimy wtedy podwójnie) łączymy ze sobą: tani okręt transportowy (przykładowo “Canterbury”) i najbardziej obecnie zaawansowany technicznie i najdroższy okręt patrolowy (przykładowo holenderski “Holland”). Cena takiego miksu wyniesie wtedy ok. 270 mln USD, czyli … tyle samo, lub mniej, niż dowolnej korwety (w miarę) wielozadaniowej.

  2. Z zaciekawieniem przeczytałam powyższy tekst.
    Witam serdecznie i ciepło nowego Autora na portalu, gratulując udanego tematu i prosząc o więcej.

  3. Szanowny Panie Robercie!

    Świetny tekst, nic dodać nic ująć – wcale nie musi pan polemizować z przywoływanym autorem, pana dzieło jest zupełnie odrębne i dotyczy wycinkowego problemu w stosunku do oryginału. Serdecznie gratuluje i cieszę się że będzie pan z nami współtworzył Obserwatorapolitycznego.pl

    Serdecznie pozdrawiam k.

  4. Dziękuje za wnikliwe podejście do tematyki polskiej obronności. Cieszy mnie kolejny debiut na łamach Obserwatorapolitycznego.
    Pozdrawiam

  5. inicjator_wzrostu

    Dlaczego tylko jeden okręt desantowy?
    Może od razu dwa?

    • Dlatego, że o jednym jest mowa w planach. A posiadanie drugiego wymaga (a przynajmniej czyni pożądanym) wcielenia do służby jednostek z nim współpracujących. Wszystko rozbija się o budżet. Będzie to w naszej flocie nowinka, więc zanim pomyślimy o kolejnym, warto nauczyć się korzystać z pierwszego. Ale w przyszłości -droga wolna.

  6. mroczny i sprawiedliwy

    Zgadzam się z autorem, jest tylko jeden zasadniczy problem z polską marynarka wojenną. Mianowicie brak wizji i planu jak ma wyglądać za kilka, kilkanaście lat, bo co ekipa to zmiana planów i “od nowa Polska Ludowa” oraz generalny paraliż decyzyjny. Przecież polska armia nie istnieje po to aby bronić, lub zaatakować wroga a po to aby około 100 tys. ludzi miało fajne posady z wieloma przywilejami. Nie zapomnę widoku brzuchatych żołnierzy na defiladzie w Warszawie dwa lata temu. Ja nie mam złudzeń co do naszej tzw. armii.

    • Jeśli chodzi o wizję armii, to właśnie od około półtora roku zdaje się powstawać jedna i w miarę spójna, a wszystko wskazuje na to, że w tej kwestii osiągnięto jakieś ponadpartyjne porozumienie, bo o dziwo nikt nie protestuje (poza dyskusjami nad zasadnością reformy systemu dowodzenia) przeciw planom, czy strukturze zakupów przewidzianych na następne 10 lat. To dobrze, bo pozwala mieć nadzieję, że ktokolwiek tym Krajem będzie rządził, zachowa ciągłość działań strategicznych. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że te ambitne(jak na współczesne warunki europejskie)plany, nie rozbiją się o kolejne kryzysy finansowe i łatanie dziur w finansach kosztem wojska, jak w tym roku. Wydaje mi się, że jest jakieś ciche przyzwolenie na planowane zbrojenia. Co do brzuchatych żołnierzy. No cóż, polska armia między 1945, a 2003 nie prowadziła żadnych działań wojennych. A te 60 lat to czas na trzy pokolenia żołnierzy wśród których stopniowo zmniejszał się odsetek pasjonatów wojska, a zwiększał tych którzy szli tam tylko dla szybkiej emerytury. Od dziesięciu lat realna możliwość, że zostanie się powołanym w rejon walk powoduje, że proces się odwraca. Ale do takiego samooczyszczenia, potrzeba jeszcze co najmniej kolejnej dekady. Mimo wszystko wydaje mi się, że na tle innych armii krajów postkomunistycznych, nie wyglądamy najgorzej:)

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.