Historia

Plac Wielkiej Armii Napoleona a racja stanu następcy Księstwa Warszawskiego

 Historia jest brutalna i pokazuje swoje szkaradne oblicze najbrutalniej narodom, które nie szanują własnej historii a w szczególności, które nie wyciągają z niej żadnych logicznych wniosków.

W ostatnich dniach w Krakowie dawny parking dla autokarów, obecnie elegancki miejski plac komponujący się, jako element miejskiego systemu informacji dla turystów – w bezpośrednim sąsiedztwie Wawelu otrzymał nazwę „Plac Wielkiej Armii Napoleona”. Towarzyszyła temu należyta oprawa, orkiestra w historycznych mundurach, bardzo ciekawa wystawa na Wawelu, wojewoda, władze samorządu miasta i inni oficjele, w tym dostojny gość z naprawdę „najwyższej półki” – Valery Giscard d`Estaing – były prezydent Francji. Świadczy to o wielkiej wadze, jaką Francja przywiązała do tego wydarzenia, gdyż to nie jest burmistrz jakiegoś tam miasteczka, choćby nawet Paryża, ale sam prezydent wielkiej republiki, z tradycjami! Jedną z tych tradycji jest właśnie mit napoleońskiej Francji – wielkiej idei wspólnej Europy pod berłem francuskiego monarchy – jedynowładcy, łączącego w sobie tradycję starorzymską i nowofrancuską – postrewolucyjnego imperium wielko miejskiej burżuazji. Tejże wielkiej i dumnej Francji były prezydent otwierał nasz mizerny ex-parking dla autokarów poświęcony jak można przeczytać na stojącej tam tabliczce – Wielkiej Armii Napoleona.

Uściślijmy, samorząd Miasta Krakowa (on nadaje nazwę mocą uchwały Rady Miasta) składa w ten sposób hołd pamięci instytucji, jaką był aparat wojskowy – zbrojne ramię Francji Napoleońskiej – armii wielkiego paneuropejskiego cesarza, który co tu dużo mówić, pomimo rozkładania przed nim i jego „oficjerami” nóg przez panie z najlepszych domów wystrychnął naszych przodków na (hmmm)! Zakpił z tysięcy Polaków, którzy przelewali krew za w istocie imperialną Francję (w tym tych na Haiti) i zbył milczeniem prośby i błagania o restytucję Królestwa Polskiego, gdyż drogie były mu szable Niemców i Austriaków, poza tym niczym krwawy demiurg grał naiwnością Polaków – wysługując się ich głupotą przed carem! W ostateczności zgodził się na małe kadłubkowe państewko nazwane jedynie księstwem i to warszawskim z litości dla swojego marszałka – księcia Józefa Poniatowskiego, (który przy okazji opisywanej uroczystości dostał na grób kwiaty). Oczywiście sielanka naszych przodków nie trwała długo, Wielka Armia dostała tak mocno po głowie, że do Księstwa Warszawskiego wróciły mizerne resztki, osłaniane zresztą głównie przez najbitniejsze jednostki polskie, które jako jedne z niewielu doskonale zdawały sobie sprawę, czym jest walka na kresach I-szej Rzeczpospolitej i jakim problemem jest tam logistyka. Szybko czar prysł, skończyła się era cesarza, który po prostu oszukał Polaków (pogląd obecny w oficjalnej polskiej historiografii), a wielu oj naprawdę wielu – zapłaciło straszną cenę za marzenia o wolności z nadania francuskiego jedynowładcy Europy.

Z perspektywy czasu nie potrafimy nawet ocenić, jaką masakrą była klęska Napoleona na wschodzie – nie palimy świeczek na grobach żołnierzy Wielkiej Armii, którzy zamarzli lub padli z głodu po drodze, albowiem albo ich ciała rozszarpały psy, albo pochłonęły bagna lub na wieczną niepamięć skazali miejscowi przeważnie prawosławni chłopi (łatwo sobie wyobrazić jak). Dla ówczesnej Europy ten cios był czymś większym niż nawet dla Niemców Stalingrad, albowiem zakończył jakiekolwiek marzenia elit o nowym porządku, bardzo szybko wróciło stare na bagnetach, już wówczas naprawdę niepokonanej armii rosyjskiej. Nie da się tych faktów należycie ocenić bez nawet prostych studiów materiałów historycznych, ale nie tych bazujących na romantycznej wizji „Wojny i pokoju”, ale na brutalnych realiach zwłaszcza następstw tej porażki. Wówczas to na wschodzie Francja pogrzebała swoje imperialne marzenia o czymkolwiek w Europie, płacąc zresztą za to straszną cenę.

My Polacy powinniśmy na tamte wydarzenia patrzeć w sposób racjonalny i pragmatyczny a nie jak romantyczni i bezmyślni głupcy, którzy pomachaliby sobie szabelkami w obcych mundurach – marząc o wolnej Polsce, bez zważania przy tym na podeptanie wolności Hiszpanów, Haitańczyków, częściowo Włochów. To ma znaczenia, albowiem, jako darmowy sojusznik Wielkiej Armii daliśmy tylko krew w zamian mając jedynie złudzenia no i w konsekwencji cierpienie. Dlatego właśnie powinniśmy bardzo pragmatycznie podejść do tego symbolu militarnej władzy cesarza – jedynowładcy, który przewidział dla nas jedynie rolę małego księstwa na wschodzie, nawet bez Krakowa, – bo o to miasto Poniatowski musiał stoczyć wcześniej wojnę z Austriakami (na szczęście wygraną). Nie musimy dzisiaj być równie głupi, co nasi ówcześni przywódcy, będący popłuczynami wielkiej magnackiej samowoli, którzy upatrywali w Cesarzu Francuzów – czegoś na kształt męża opatrznościowego. Wszyscy znali francuski i było im wszystko jedno, co się tak naprawdę dzieje, albowiem majątki pozwalały im na utrzymywanie życia na wysokiej stopie w Paryżu, czy gdzie tam chcieli. Polska służyła tym ludziom głównie, jako pole do realizacji własnych interesów. Jednakże nawet to nie zostało im dane.

Kierując się racją stanu naszego państwa narodowego, następcy prawnego Księstwa Warszawskiego, nie powinniśmy w żadnej mierze hołubić aparatu militarnego obcego państwa, które bezwzględnie wykorzystało naiwność, głupotę i służalczość naszych dawnych elit. Zwłaszcza, że przypominane wydarzenie nie ma żadnego istotnego związku z Krakowem, jako takim, poza kontekstem czysto militarnym, a co, jak co ale Kraków zwłaszcza w bezpośrednim otoczeniu Wawelu powinien być dla szanujących się, (chociaż minimalnie) Polaków miejscem świętym.

Jeżeli już przychodzi komuś do głowy nadawanie historycznie istotnych nazw, politycznie nieobojętnych dla sąsiedniego imperium, od którego jesteśmy energetycznie uzależnieni, (albowiem imperium to zupełnie na poważnie organizuje obchody upamiętniające swoje zwycięstwo nad tą samą Wielką Armią) – to nazwa powinna wyrażać coś więcej niż bezrefleksyjną cześć dla obcej machiny wojskowej. O wiele bardziej polityczną i zarazem po prawdzie historycznej zbliżającą się do poszanowania naszej racji stanu nazwą byłoby coś w rodzaju „Poległym w walkach Wielkiej Armii Napoleona”, wówczas faktycznie byłaby to nazwa po pierwsze polityczna, a po drugie oddająca cześć ludziom, którzy zginęli w wojnie za ambicje jednego człowieka i popierających go elit – po wszystkich stronach konfliktu! Kwiaty obok byłego prezydenta Francji, mógłby składać także konsul Federacji Rosyjskiej, a tak to mamy kolejną rzecz, która się Rosjanom w Polsce (i to w jakże wymownym miejscu) spodobać nie może (pamiętajmy o tym, chociaż nas tego nie uczą na lekcjach historii, że dla Rosjan – upraszczając – Napoleon w zasadzie równa się Hitlerowi). A już tak w ogóle na marginesie, jak wygląda upamiętnianie cudzej armii w epoce pokoju, którego tak bardzo potrzebujemy? Chodzi o samą zasadność upamiętniania machiny wojennej a nie np. pamięć żołnierzy? No, ale mniejsza z tym, stało się, popełniono tą rzecz – dziwi jedynie, że z całego grona naprawdę wybitnych osobistości obecnych na tym wydarzeniu nikt się nie zorientował i nie zgłosił uwag? No, ale tak jest w Polsce, która pod tym względem przejęła najgorsze wzory administracji francuskiej – gdzie jest oficjalna władza tam nie ma już wolności i absolutnie nie ma miejsca na myślenie, albowiem przecież wiadomo, kto płaci za profesorskie etaty!

Wstyd!

Wstyd dla Krakowa!

Wstyd dla Polski!

Wstyd dla Polaków!

Precz z pamięcią Napoleona, który oszukał Polaków!

No i co tu dużo mówić, ale najdelikatniej jak można – „nie szanował” Ojca Świętego (ówczesnego)! (jeżeli by komuś nie wystarczyły argumenty narodowe).

Precz z … no właśnie? Zanim wzniesiemy kolejny okrzyk – czy aby przypadkiem nie szargamy już naszej oficjalnej pamięci narodowej? No, bo przecież Mazurek Dąbrowskiego to niby gdzie powstał? No, ale takie są skutki, jeżeli kłamstwa i półprawdy bezrefleksyjnie powtarzane rosną do rangi narodowych świętości przez lata, a naród nie wie nawet po 200 latach, że wówczas właśnie zaczęto się nim wysługiwać, wodzić na smyczy i kłaść na ołtarzu narodów, w imię „równości, wolności i braterstwa”. Nigdy nie dokonano rzeczowego rozliczenia z błędami przeszłości, tak jak po klęsce Napoleona nie rozumiano jego generałów, dlaczego nie chcieli pewnej listopadowej nocy przeciwstawić się tyranowi, tak też nikt nie rozumie, dlaczego sto lat później przyszło nam ponownie walczyć bez szans na wygraną, będąc wystawionymi przez sojuszników – po wielokroć. Bo tak właśnie jest, że Jałta zaczęła się już właśnie wtedy! To Napoleon jako pierwszy zdradził i potraktował jak zwykłe k….y zasłużonych dla niego i proszących go o zapłatę Polaków! Nie bójmy się mocnych słów, póki nie gipsują nam przed egzekucją gardeł – bo wtedy i tak będzie za późno! No, ale tak tu jest, nikt nigdy nie wyciąga z niczego wniosków, a mizerne połajanki dawnych panów traktuje się, jako historyczną konieczność lub w formie innej toksycznej papki wlewa się do głów już dzieciom.

Tym, co nie wierzą warto polecić porównanie – ile wojska Napoleonowi wystawiło mizerne i kadłubkowo nędzne Księstwo Warszawskie, którego elita miała w tym interes, a ile wojska była w stanie zebrać praktycznie ta sama elita kilkanaście lat wcześniej w dogorywającej Rzeczpospolitej. Naprawdę trzeba wyciągać wnioski z historii!

Do tego wydarzenia w ogóle nie powinno było dojść, chociaż być może upamiętnianie własnej głupoty jest po prostu potrzebne w naszym kraju? Przecież bez nazywania bezsensownych śmierci „potrzebną ofiarą na ołtarzu ojczyzny” nasze elity natychmiast straciłyby rację bytu.

Ale mniejsza z ty, pozostaje jedynie czekać aż historia znowu pokaże nam swoje szpetne oblicze w cieniu Placu Wielkiej Armii Napoleona. Można jedynie apelować do krakowian i turystów, żeby pod tym nieszczęsnym napisem zapalali znicze lub przynajmniej pukali się w czoło, bo inaczej komuś za jakieś może już 70 lat przyjdzie do głowy upamiętnianie bohaterów spod Stalingradu, którzy nosili mundur w kolorze feldgrau. W końcu to też była wielka armia, reprezentująca pewną wielką ideę, w swojej konstrukcji tożsamą z ideą napoleońską (panowanie nad kontynentem), ale z centrum przesuniętym nieco na wschód – tak prawie dokładnie w środek Europy. No a jakimiś tam Polakami, jako ludnością tubylczą, mówiącą w dziwnym niezrozumiałym języku i oddającym się jakimś dziwnym rytuałom nikt już zapewne nie będzie pamiętał, co najwyżej miejscowa prasa odnotuje głos sprzeciwu przedstawiciela autochtonicznej mniejszości…

One Comment

  1. Brawo Panie Redaktorze.Dziękuję ,że wreszcie ktoś nazwał po imieniu sprzedawczyków.Brakuje mi jeszcze podsumowania działalności Roosvelta,który nic nie zrobił w Jałcie,Moskwie i w Poczdamie w sprawie Polski,a polonię amerykańską zbywał tanimi obietnicami bez pokrycia,tylko przed wyborami. Nic się nie zmieniło do dzisiaj.Cała Europa jeździ do USA bez wiz ,a kolejni prezydenci obiecują się tym zająć,chociaż decyduje o tym senat a nie oni.Najbardziej widać to wtedy gdy USA potrzebuje mięsa armatniego.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.