Kultura

Pierwszy dzień

rgbstock.com Autor: Sanja Gjenero (lusi)

Dzień dobry kochanie

Przywieźli ją rano. Wystraszona przekroczyła lekko utykając na lewą nóżkę próg drzwi. Szeroko rozwarte oczy z przerażeniem patrzyły na świat. Nerwowo zaciskała i rozwierała lewą rączkę. Palce bielały, gdy składała ją w piąstkę. Jeden z palców, najmniejszy w żaden sposób nie zginał się przy tym, odstając od dłoni pod nieco dziwnym kątem.

– Dzień dobry kochanie – powiedziała do dziewczynki.

Ta nic nie odpowiedziała. Stanęła na środku niepewna co dalej. Gdyby mogła, z pewnością uciekłaby i pognała schodami na dół. Nie mogła jednak. Policjant zagradzał całym sobą jedyną drogę ucieczki.

– Proszę, tu jest książeczka zdrowia, ubranka, trochę zabawek i kilka drobiazgów z domu. Poradzi pani sobie?

– Tak, dziękuję.

– Proszę uważać, gryzie.

– Aha.

Wyszedł. Drzwi głucho zatrzasnęły się za nim. Dziewczynka wzdrygnęła się przestraszona. Nie było odwrotu. Nie było ucieczki z tego obcego jej domu, przed tą nieznaną jej kobietą. Przywarła mocno plecami do ściany jakby szukając w niej pociechy, oparcia, jakby chcąc zlać się z jej kolorem, wtopić się w nią, zniknąć.

– Choć Aguś, zdejmiemy kurteczkę.

– Nie! Nie! Nie! – rozległo się histeryczne wołanie.

Gdy kobieta wyciągnęła do niej powoli rękę, ta natychmiast odskoczyła. Zaczęła uciekać na oślep. Wyminęła w panicznym biegu stojącą i lekko zdezorientowaną niewiastę nim ta zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować. Wpadła do kuchni, potrąciła stojący niewinnie na środku taboret. Poślizgnęła się iż hukiem wyrżnęła w kaloryfer. Zaniosła się przeraźliwym płaczem.

Kochać to zawsze być razem

1994-12-10
Łódź

i nigdy już więcej samemu
choćby nawet niekiedy osobno
to jednak nigdy samotnie

kochać to znaczy
zawsze być z Tobą
kochać to już nie ja ani nie Ty
kochać to zawsze my

kochać to żyję nie ja
to we mnie żyjesz Ty
kochać to żyję nie sobie
kochać to żyję dla Ciebie

kochać to znaczy
Tobie być darem
zawsze już razem
choćby i na odległość
kochać to my i Bóg
kochać to nie mieć i nie brać
lecz być dawać przyjmować
dzielić się choćby biedą
kochać to służyć
z miłości śpiewać

Adam Gabriel Grzelązka

Wyrwane włosy

Gdy próbowała ją podnieść z ziemi, szarpała się i wiła. Nadal płakała. Próbowała wgryźć się w przytulającą ją dłoń. Momentalnie na czole począł wykwitać siniak i rosnąć guz. Objęła ją mocno ramionami, by nie mogła się wyrwać i upaść na podłogę, a jednocześnie w jakikolwiek sposób ugryźć, co nie było wcale takie łatwe. Wróciła na korytarz i przysiadła na ławie.

– No już, cicho. Ciiiii. Już wszystko dobrze. Zaraz przestanie boleć.

Szarpała się. Próbowała kopać swoimi chudziutkimi nóżkami. Długo trwało, nim w końcu opadła z sił i pozwoliła gładzić się delikatnie po główce. Włosy miała w nieładzie, ni to bardzo długie, ni krótkie. Jakby jej ktoś co poniektóre pasemka niedawno poprzycinał, inne pozostawiając od dawien dawna nieskracane. Miejscami miała puste placki. Najwyraźniej sama lub ktośkolwiek inny jej powyrywał tutaj włosy. Prawdopodobnie ktoś, bo w opisie, jaki dostała wyczytała wiele przerażających słów o domowej przemocy. Pod włosami dawało się wyczuć liczne strupki. Jedne ledwo już odczuwalne, inne całkiem jeszcze świeże.

Przestała wyć. Nadal płakała. Łzy lały się z niej strumieniami. Czuła, jak przemięka jej bluzka i łzy stróżką spływają na plecy. Mijały kolejne długie chwile. W końcu przestała się wyrywać i pozwoliła nawet delikatnie otrzeć sobie twarz suchą czystą chusteczką. Natychmiast pojawił się na niej tłusty czarny ślad. Łzy wyżłobiły na twarzy bruzdy w pokrywającym ją brudzie. Jej ciało roztaczało zbutwiałą duszącą woń wilgoci, spalenizny, tytoniu i czegoś jeszcze, co trudno było zidentyfikować.

Powoli zdjęła jej kurteczkę. Rozwiązała i ściągnęła buciki. Spodnie stawiały nieco oporu, ale głównie dlatego, że mała w żaden sposób nie pomagała, a wręcz całą jakby zesztywniała przerażona. Nie płakała już, ale szlochała bezgłośnie. Powietrze świstało w jej ustach wciągane krótkimi gwałtownymi wdechami i wypiszczane równie gwałtownie po chwilowym bezdechu.

Wszystko się lepiło i śmierdziało. Postanowiła jednak nie rozbierać jej w całości od razu. Chciała dać jej nieco czasu na oswojenie się z nową sytuacją i nowym miejscem. Pomogła małej wciągnąć spodnie od dresów. Przy okazji miała okazję dojrzeć liczne sińce na obu nogach oraz czerwony stary ślad na prawym udzie, coś jakby ślad od niewielkiego żelazka. Łza spłynęła jej po policzku. Na stópki założyła jej nowiuteńkie paputki. Delikatnie postawiła na podłodze.

Mała wczepiła się w nią dłońmi. Nie chciała puścić rękawa, do którego przywarła. Trwały tak w bezruchu przez kilka minut. Jedna siedząc pochylona na ławie. Druga stojąc przy niej z głową złożoną na ręku, z palcami zaciśniętymi do białości na rękawie. Żadna się nie odzywała. Szloch ustał zupełnie, oddech wyrównał się, uspokoił, znormalniał.

Świetlna zabawa

W końcu zaczęła się rozglądać z nieukrywaną ciekawością dookoła. Puściła rękaw. Ręce zgięte w łokciach trzymała nieco wyciągnięte w górę. Palce rozwarte. Stała w tej dziwacznej pozie patrząc swymi wielkimi jeszcze wilgotnymi oczkami wchłaniając to nowe miejsce, w którym tak nagle się znalazła. Postąpiła kilka kroków. Przekrzywiła głowę w bok kładąc ja niemal na swym ramieniu i zajrzała do kuchni, gdzie poprzednio wpadła na oślep. Przewrócony taboret nadal spoczywał leżąc na środku. Odwróciła się. Poszła w stronę drzwi. Gdy była już blisko, stanęła nagle jak wryta. Wysoko nad nią rozbłysnął plafon uruchomiony fotokomórką. Nie tyle się wystraszyła, co wyglądała na kompletnie zaskoczoną. Stała tak absolutnie nieruchomo z rozwartą buzią i zadartą głową do góry. Stała i patrzyła bez ruchu się na lampę tak długo, że w końcu ta ponownie zgasła. Przez jej twarz przebiegła kolejna fala zdziwienia. Kompletnie zaskoczona nadal się nie ruszała z miejsca, tylko patrzyła w ciemną tym razem lampę sufitową. Po niemożliwie długiej chwili, nadal nie ruszając się z miejsca, rozejrzała się dookoła kręcąc jakby bezradnie głową. Ruch ten jednak najwyraźniej był poza zasięgiem czujnika, lampa bowiem nie zapaliła się powtórnie.

Odwróciła się i postąpiła krok ku kuchni. W tym momencie znów znalazła się w polu widzenia czujnika i lampa nieoczekiwanie ożyła zalewając wszystko swą jasnością. To zaskoczyło ją ponownie. Stanęła gwałtownie obracając głowę do tyłu i patrząc znów na owo źródło światła.

Wyciągnęła niezgrabnie dłoń w stronę świecącej się lampy i odwracając głowę w stronę kobiety nadal siedzącej na ławeczce zapytała:

– Yyyy?

– To jest lampa. Sama się zapala gdy do niej podchodzisz. I sama gaśnie, gdy się nie ruszasz.

Mała popatrzyła na nią przeciągle. Potem skierowała wzrok na źródło światła. Potem znów na kobietę. I tak kilkukrotnie. Odeszła kilka kroków, stając niemal przy kobiecie i zastygła w bezruchu patrząc w stronę drzwi. Widać było, że na coś czeka. To czekanie wyrażała jej cała twarz. Jakby w niej skamieniało. Zastygło. Zaczaiło się.

Bieg ku światłu

Lampa zgasła. Dziewczynka stała nadal nieruchomo. Niespodziewanie rzuciła się biegiem w stronę drzwi. Po trzech krokach lampa znów rozświeciła lekki półmrok korytarza. Dzieciaczek aż zapiszczał z radości. Próbowała zatrzymać się tak gwałtownie, że nieomal się przewróciła na zimną posadzkę. Wyraźnie uradowana spojrzała w górę. Wyciągnęła przed siebie dłonie, zamachała nimi bezładnie w stronę lampy. Wróciła pośpiesznie w stronę kobiety. Tym razem podeszła blisko, tak blisko, że plecami oparła się o jej kolano. Znów zastygła nieruchomo. Skamieniała. Czekała. Wyczekiwała.

Lampa zgasła. Tym razem nie pobiegła, lecz zaczęła powoli iść. Dokładnie po trzech krokach zajaśniało światło.

– Yyyy! – wykrzyknęła z zachwytem.

Niemal od razu zawróciła mocno wpierając się plecami w nogę kobiety. Ta przejechała jej palcami po głowie. Początkowo mała jakby chciała od tego uciec, przed tym gestem się uchylić. Po chwili jednak dała się jeszcze raz przeciągnąć palcami po splatanych włoskach. Cały czas skoncentrowana wpatrywała się w korytarzowy plafon.

Gdy ciemność powróciła, zaczęła iść. Bardzo powoli. Ostrożnie. Zatrzymując się co krok. Do momentu, gdy czujnik wykrył jej ruch i odpowiednio zareagował. Pobiegła w tył wtulając się plecami w kolano. Spoglądając kobiecie w oczy przez ramię powiedziała swoje „Yyyy” pokazując przy tym swą brudna rączką na swoje włoski. Najwyraźniej domagała się głaskania. Co też kobieta zrobiła.

Poznań, 2016.03.31
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 komentarze

  1. Przeczytałem,i….nóż w kieszeni – “otwiera się”!

  2. Bardzo przejmujące.

    Okazuje się, że “obok nas” istnieje również takie życie.

    Pięknie opisane, cierpliwość jako cnota główna.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.