O „pasożytowaniu” rodzin bezdzietnych i wielodzietnych na społeczeństwie

Jeżeli w szczycie kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego wywołujemy temat szkód jakie wywołuje bezdzietność w społeczeństwie, to znaczy że naprawdę coś z naszą publicystyką jest nie tak. Nie dlatego, bo to czysty temat zastępczy. Wręcz przeciwnie, to ważne zjawisko, jednakże z przyzwoitości wypada nazywać je inaczej niż niektóre środowiska prawicowe. Problem polega na tym, że nie da się udowodnić bezpośredniego związku pomiędzy spadkiem dzietności, a członkostwem Polski w Unii Europejskiej. Więc to ważny temat, ale na inny czas.

Jednakże przyjrzyjmy się temu zagadnieniu, które naprawdę wcale nie jest takie błahe jak większość tematów zastępczych w rodzaju standardowej “żyrafy” lub naszego ulubionego “rekina grenlandzkiego”, nie wspominając już o nowych gwiazdach błękitnych ekranów – “lemurach”!

Mamy zatem dwa przeciwstawne zjawiska: bezdzietność i wielodzietność. Oba wywołują społeczne, gospodarcze i polityczne skutki. Na marginesie można zauważyć, że prawdopodobnie wywołują także skutki w psychice niektórych osób zajmujących się tą problematyką.

Społeczne szkody jakie wywołuje bezdzietność, jak należy dorozumieć – na życzenie, czy też z wyboru, w istocie sprowadzają się do kurczenia społeczeństwa oraz zmiany rozkładu kosztów utrzymania dzieci i osób starszych (generalnie niepracujących) przez ogół.

Niektórzy twierdzą, że jeżeli się nie ma dzieci, nie ponosi się na nie kosztów i nie zapewnia się państwu swojego wkładu – w procesie zastępowalności pokoleń – jest się “mniej” użytecznym i pożytecznym obywatelem. To zdanie jest prawdziwe, jeżeli uznamy, że obowiązkiem obywatela wobec państwa jest rodzenie (płodzenie) dziecka, a państwo opiera się na dogmacie rozwoju liniowego, w skrócie – „im nas więcej tym lepiej”. Z punktu widzenia części przedstawicieli polskiej publicystyki, takie osoby – unikające posiadania dzieci – są społecznie bezużyteczne, a na pewno mniej użyteczne niż osoby decydujące się na wielodzietność. Wynika to z ekonomii, tacy członkowie i członkinie społeczeństwa – nie posiadając dzieci nie wydają pieniędzy, a na starość mogą chcieć od państwa opieki, której nie zapewnią im ich własne dzieci, ani bezpośrednio ani pośrednio płacąc podatki. Nie będziemy komentować jak prymitywnie naiwne jest takie myślenie – każdy ma prawo do swoich poglądów, wygłaszaniem ich sam wystawia sobie świadectwo.

Społeczne szkody jakie wywołuje wielodzietność również istnieją. Teoretycznie, bowiem w modelu standardowym za optimum możemy uznać, że celem ludzkiego życia jest prokreacja – przekazanie genów kolejnemu pokoleniu. W tym celu ludzie łączą się w pary, a niektóre postępowe genderowe feministki udają się do banków nasienia po plemniki do celów inseminacji własnej. Dzieci oczywiście mają także znaczenie ekonomiczne, albowiem kosztują. I to, co najmniej podwójnie, najpierw kosztują rodziców, a dodatkowo kosztują państwo, czyli także rodziców. Często w rodzinach wielodzietnych dochodzi do tego, że takie rodziny stosunkowo łatwo ubożeją, jeżeli nie są dostatecznie zamożne. Wymagają wspierania przez państwo, co oznacza, że inni – w tym osoby posiadające dzieci, nie posiadające dzieci, jak również nie mogące ich posiadać – dotują poprzez podatki osoby posiadające ich wiele, ale spełniające wymogi pomocy społecznej, czy też po prostu korzystające z udogodnień dla rodzin wielodzietnych. Proszę pamiętać, że nic nie jest za darmo, zawsze za usługi publiczne ktoś płaci. Państwo kapitalistyczne charakteryzuje się tym, że pieniądz przekazuje wartość, konsumuje ostateczny beneficjent.

Istotą “szkody” w przypadku bezdzietności jak i wielodzietności jest nierównowaga. Jedni i drudzy zachowują się niestandardowo, wobec modelu neutralnego zakładającego odtwarzalność pokoleń czyli 2+2 – to znaczy dwoje rodziców, ma co najmniej dwoje dzieci, co w ogólnym zestawieniu wyników przeciętnych dla całości populacji oznacza zachowanie stanu ilościowego społeczeństwa w rachunku pokoleń

Oczywiście dla wszystkich normalnych i myślących rozsądnie ludzi nie jest to “szkoda” w znaczeniu “straty narodowej”. Owszem jakąś “szkodę”, “stratę” – w wyniku zastosowanych preferencji – niedoboru, czy też nadmiaru na pewno ponoszą uczestnicy takiej “gry” obu rodzajów, jednakże trudno jest z tego powodu kogokolwiek stygmatyzować. Poza tym, to oni sami decydują, czy jest im z tym źle, bardzo źle lub inaczej.

Przede wszystkim ważna jest wolność jednostki. Jej podstawą jest swoboda zachowań seksualnych, w tym również zachowań seksualnych mających na celu prokreację. Dotyczy to głównie kobiet, których prawa MUSZĄ BYĆ CHRONIONE, TO ZNACZY PRAWO DO ZAJŚCIA W CIĄŻĘ LUB NIE. Sejm nie może decydować o obowiązku zapładniania!

NIC NIKOMU DO TEGO – CO OBYWATELKA X. ROBI ZE SWOJĄ MACICĄ LUB CZEGO NIE ROBI, PODOBNIE CO ROBI OBYWATEL Y. LUB CZEGO NIE ROBI ZE SWOIM “APARATEM ROZRODCZYM”! Chyba bardziej łopatologicznie nie da się tego naświetlić?

Jeżeli ktokolwiek w naszym społeczeństwie, czuje się upoważniony do grzebania ludziom w ich rozporkach, to należy się zastanowić nad wprowadzeniem sankcji karnej, za tego typu zachowania, ponieważ to jest nic innego jak nawoływanie do wprowadzenia represyjnego przymusu państwowego.

Dla ludzi złej woli, trzeba spróbować wytłumaczyć to w ten sposób, żeby chociaż mieli szansę zrozumieć, że w społeczeństwie zdarzają się ludzie, którzy mają inne priorytety w życiu niż wyraża je powszechnie ogół lub nie mają żadnych priorytetów, ewentualnie w ogóle nie podejmują się pewnych spraw. Przecież żeby wprowadzić “bykowe” zgodnie z naszą Konstytucją (równość), to stosowną opłatę musieliby płacić też mnisi i mniszki. Oczywiście byłaby to jawna kpina z ich życiowych wyborów.

Co natomiast mieliby powiedzieć ludzie mający problem z płodnością, np. ukrywający go pod zasłoną zobojętnienia – wykazywania powierzchownie braku zainteresowania dla sprawy dzieci, podczas gdy w rzeczywistości tego dziecka pragną?

Poruszanie tak ważnych spraw, dotyczących swobody, wolności wyborów życiowych każdego człowieka jest szczególnie trudne. Bardzo boli to, że niektórzy publicyści pozwalają sobie na jawne szarganie uczuć tak wielu członków naszego społeczeństwa, tylko dlatego ponieważ intensywność życia seksualnego spowodowała u nich wielodzietność! To jest skandal intelektualny świadczący o jakimś stopniu nie rozumienia na czym polega współistnienie w społeczeństwie!

Reasumując, oto mamy kolejny temat zastępczy – niemiłosiernie spłaszczony i zdewaluowany przez jednego, czy też już kilku publicystów. Wielka szkoda, że osoby wielodzietne uzurpujące sobie prawo do mówienia innym jak mają żyć. To bolesne dla osób bezdzietnych – z wyboru, czy też z powodów innych, w tym medycznych – są to “porady” stygmatyzujące. Niesprawiedliwe, bo z powszechnych podatków są finansowane ulgi dla wielodzietnych rodzin, szkoły, przedszkola, studia, opieka lekarska i inne.

Nie można patrzeć na społeczeństwo z perspektywy skutków używania własnego przyrodzenia! To naprawdę jest bezczelne, pomijając już kwestię zwyczajnej publicystycznej uczciwości, ale po prostu wstyd jest nazwać kogoś „gorszym” dlatego, bo nie ma dzieci. Osoby bezdzietne są tak samo wartościowe w społeczeństwie jak osoby wielodzietne. Tak samo należy im się troska państwa i pomoc na starość, chociażby dlatego bo ich podatki wsparły wydatki państwa na ulgi w rodzinach wielodzietnych. Cywilizowane państwo demokratyczne nie zagląda ludziom do łóżek, rozporków, staników, czy też nawet – co jest ostatnio modne – nie zwraca uwagi, czy przychodzą ogoleni na koncert czy nie!

5 thoughts on “O „pasożytowaniu” rodzin bezdzietnych i wielodzietnych na społeczeństwie

  • 13 maja 2014 o 09:59
    Permalink

    Ciekawe czy Pan Krakaeur ma dzieci, co z pewnością ma wpływ na jego poglądy …
    Ok, nie chcą mieć dzieci, ich sprawa, ale na emeryturze niech nie liczą na pomoc i pieniądze państwa, które może mieć pieniądze tylko z pracy której brak obywateli, czyli obecnych dzieci nie zapewnia.
    Tak naprawdę ci obecni pasożyci liczą że bedą ich utrzymywać dzieci wychowywane obecnie przez innych.
    Na całe szczęście system ten niedługo się wywróci i wrócimy do modelu, posiadane dzieci zapewniają utrzymanie na przyszłość.

    Odpowiedz
    • 13 maja 2014 o 10:31
      Permalink

      Szanowny Panie – zaspokajając pana ciekawość, jeżeli rzeczywiście uważa pan osobistą sytuację autora jako istotną w kontekście popełnionego tekstu – informuję w jego imieniu że wedle posiadanej przez niego wiedzy, jeszcze na wczoraj wieczór – nie miał. Webmaster Józef

      Odpowiedz
    • 13 maja 2014 o 16:51
      Permalink

      Przez wszystkie lata pracy (a było tego sporo) płaciłam składkę na ZUS, co się stało z moimi składkami proszę spytać rządzących.
      Znam wiele przykładów, gdzie to nie dzieci utrzymują rodziców a właśnie starzy rodzice (emerytury wypracowali w czasach PRL) utrzymują swoje młode dzieci, gdyż te są bezrobotne.

      Odpowiedz
  • 13 maja 2014 o 15:44
    Permalink

    Całkowicie zgadzam się z treścią artykułu, zatem nic nie dodaję gdyż będę się powtarzała.

    Odpowiedz
  • 13 maja 2014 o 18:58
    Permalink

    Znam tez sporo sytuacji, kiedy to starzy rodzice,
    dziadkowie, są “instytucją” wspomagającą młodych –
    bezrobotnych.
    Kiedyś takich form zależności, nie było.
    Istnała tez taka “forma podatku.”…

    http://pl.wikipedia.org/wiki/Bykowe

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.