Ekonomia

Oprocentowanie przymusowe

 Różnice pomiędzy oprocentowaniem pieniądza w ramach stopy podstawowej Narodowego Banku Polskiego, ceną jaką płaci się na rynku za dostęp do dużych transz pieniędzy która jest wyższa najwyżej o 1%, czyli 3-4% a finalną ceną kredytu udostępnianego na rynku dla osób fizycznych (16-26%) są szokujące. Dodatkowo w odniesieniu do ceny jaką banki płacą do depozyty – możemy mówić o co najmniej 100% przebiciu ceny pomiędzy depozytem a kredytem.

Jest oczywistym, że wolność gospodarcza i swoboda zawierania umów nie może nikogo ograniczać w prawach do zawierania umów. Zwłaszcza umów o kredyt, gdzie strona pożyczająca pieniądze – nieznajomemu ponosi ryzyko kredytowe. Premią za to ryzyko jest odpowiednio wysokie oprocentowanie, czyli cena płacona przez kredytobiorcę.

Przeciętna cena kredytu odzwierciedla przeciętny poziom ryzyka. Nie da się w żaden racjonalny sposób wyjaśnić, dlaczego banki dokonują tutaj – wielokrotnego przebicia ceny jaką muszą zapłacić za kapitał w NBP. W naszym kraju nie ma wojny domowej, ludzie nie umierają na ulicach, system prawny aż nadto zabezpiecza prywatną własność, w tym dochodzenie roszczeń bankowych. Banki nie mają żadnego problemu z egzekucją swoich wierzytelności – na podstawie własnych oświadczeń. Od ręki mają na dłużnika stryczek w postaci swoich własnych tytułów egzekucyjnych. Bank w Polsce jest absolutnym panem życia i śmierci, może zniszczyć niesolidnego klienta. W dodatku praktycznie bezkarnie. Powstaje zatem pytanie – dlaczego przebicie jest takie duże? Nie uzasadnia tego ilość niespłacanych kredytów!

Odpowiedź na samowolę i nieskrępowanie dowolności praktyk bankowych jest jedna – na naszym rynku usług bankowych panuje jedynie pozorna konkurencja, czy też inaczej mówiąc – zwyczajny oligopol, piękna, klasyczna i wszystko mająca zmowa cenowa. Wszystkim graczom na rynku komercyjnym opłaca się wysoki poziom przebicia (cen) za swoje usługi. Tu nikogo nie interesuje dobro klienta, czy też stan gospodarki. Banki muszą jakoś realizować swoje gigantyczne zyski, a gdzie w czasie kryzysu można jeszcze w Europie tyle procent rocznie zarobić? Wyobrażacie sobie państwo – prawie nie ma inflacji, a za kredyt trzeba zapłacić dwadzieścia kilka procent! Kiedyś się to nazywało lichwą i była za to kara. Dzisiaj się to nazywa wolnym rynkiem finansowym i nikogo nie interesuje to, że obywatele tego państwa zdychają z głodu – ponieważ muszą płacić tak złodziejskie odsetki.

Zastanawiające – ile zyskałaby nasza gospodarka, jeżeli mielibyśmy kredyty konsumpcyjne oprocentowane na między 5 a 10 %? I to przez te wszystkie lata niskiej inflacji, czyli przynajmniej okres naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Ile więcej kupilibyśmy telewizorów, samochodów, mieszkań, komputerów! Ile więcej zapłacilibyśmy podatku VAT i akcyzy! Ile więcej byłoby zleceń! Jak bardzo by to przełożyło się na rynek pracy! W efekcie jaki mielibyśmy PKB przez ten czas? Czy w okresie największej prosperity przebilibyśmy 10%? Czy w ogóle balibyśmy się kryzysu? Może najgorsze co mogłoby nas dotknąć to tylko spowolnienie, czyli to co właśnie się dzieje?

Niestety możemy sobie tylko gdybać. W ogólnym rachunku narodowych porażek, nieszczęść i nieudanych posunięć – właśnie się kumulują efekty głupich decyzji politycznych i gospodarczych sprzed lat, kiedy to na fali neoliberalnej prywatyzacji dokonaliśmy totalnej wyprzedaży wszystkiego. Ochoczo sprzedaliśmy też banki no bo wiadomo, że kapitał nie ma narodowości! Dzisiaj właśnie te banki realizują sobie na nas zyski w imieniu swoich właścicieli, już dawno zarobiły na to co inwestorzy ponieśli na koszty prywatyzacji.

Oczywiście banki mogą się zasłaniać całymi modelami wyliczeń – profilami ryzyka i dowolną „magią” czy też mówiąc wprost – inżynierią finansową i buchalterią. Banki zawsze udowodnią, że kredyt po prostu tyle kosztuje ile kosztuje, bo tyle kosztować musi. Należy zacząć nazywać rzeczy po imieniu, oligopol musi się skończyć. Potrzebujemy zwiększenia konkurencyjności sektora poprzez np. wpuszczenie na rynek kapitału z poza układu głównych graczy – przykładowo z Federacji Rosyjskiej. Dodatkowo ponieważ i to może nie pomóc – potrzebujemy systemowego przymuszenia interesariuszy do stosowania zasad wyznaczonych przez państwo. Niestety ten rynek trzeba regulować, ponieważ inaczej to złodziejstwo nigdy się nie skończy, może tylko przyjęcie Euro mogłoby spowodować zmniejszenie jego skali, jednakże też nie ma tego gwarancji.

Więc jeżeli jeszcze kiedyś jacyś sprytni PR-owcy będą do państwa przemawiać z ekranów waszych telewizorów o tym jak to niedobrze jak się krzywdzi „biedne” banki, to sobie proszę sprawdzić na dowolnym portalu usług finansowych różnicę pomiędzy kredytem a depozytem a następnie stopę podstawowa NBP. To prosty – bardzo skuteczny test mówiący wszystko o naszym państwie i skali wolności ekonomicznej jaką mamy.

Powtórzmy – nazwijmy rzeczy po imieniu – złodziejstwo musi się skończyć.

One Comment

  1. Pieniądz to też towar.
    Nieumiejętność HANDLOWANIA pieniądzem, w tym wirtualnym pieniądzem – dała z jednej strony KRACH a z drugiej FORTUNĘ cwaniakom.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

one × three =