Ekonomia

Odważna decyzja Rady Polityki Pieniężnej

 Podstawą prawną funkcjonowania Rady Polityki Pieniężnej będącej specjalnym organem Narodowego Banku Polskiego są art. 227 ust. 2 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej oraz art. 6 i kolejne Ustawy o Narodowym Banku Polskim. Radzie przewodniczy Prezes NBP, a jej 9 członków jest powoływanych na 6-cio letnią kadencję po 3-ech przez: Prezydenta, Sejm i Senat.

Zgodnie z art. 12 Ustawy o NBP, Rada Polityki Pieniężnej: ustala corocznie założenia polityki pieniężnej i przedkłada je do wiadomości Sejmowi równocześnie z przedłożeniem przez Radę Ministrów projektu ustawy budżetowej, składa Sejmowi sprawozdanie z wykonania założeń polityki pieniężnej w ciągu 5 miesięcy od zakończenia roku budżetowego, ustala wysokość stóp procentowych NBP, ustala zasady i stopy rezerwy obowiązkowej banków, określa górne granice zobowiązań wynikających z zaciągania przez NBP pożyczek i kredytów w zagranicznych instytucjach bankowych i finansowych, zatwierdza plan finansowy NBP oraz sprawozdanie z działalności NBP, przyjmuje roczne sprawozdanie finansowe NBP, ustala zasady operacji otwartego rynku.

W dniach 6-7 listopada br., odbyło się posiedzenie Rady, na którym zgodnie z oczekiwaniami ekonomistów postanowiono obniżyć stopy procentowe NBP od 8 listopada br., o 0,25 pkt. procentowego do poziomu dla: stopy referencyjnej 4,50%; stopy lombardowej 6,00%; stopy depozytowej 3,00%; stopy redyskonta weksli 4,75% – w skali rocznej.

Są to bardzo ciekawe zmiany, albowiem inflacja oscyluje w okolicach 4% a to jest i tak o wiele powyżej celu inflacyjnego, jaki RPP sama sobie ustaliła do osiągnięcia (2,5%), a pomimo tego już dochodzi do luzowania stóp procentowych.

Decyzja Rady oznacza przede wszystkim więcej pieniądza na rynku, albowiem nieco łatwiej będzie o kredyt, gdyż jego oprocentowanie dla wszystkich powinno spaść. Banki komercyjne są uzależnione od stóp procentowych NBP, który pełni rolę ostatecznego pożyczkodawcy. Jeżeli więc bank narodowy decyduje się taniej pożyczać, – czyli taniej wycenia pieniądz niż dotychczas, to znaczy, że albo spodziewa się ryzyka obniżenia inflacji ze względu na spadek ilości i prędkości zjawisk gospodarczych na rynku, z ewentualną grozą deflacji na horyzoncie, albo jest to ostatnia deska ratunku dla kurczącej się gospodarki, albowiem już prawie nikt w tym kraju nie dostaje kredytów.

Decyzji RPP nie można uznać za śmiałą, czy też epokową – bardziej za niezrozumiałą, albowiem już do prawdy nie wiadomo, co się dzieje w kręgu tych mędrców i czemu ma ich polityka służyć, albowiem przypomnijmy niedawno postąpili wręcz odwrotnie – a oznaki spowolnienia są widoczne gołym okiem, co najmniej od roku. Jeżeli Rada zgodnie ze swoją misją ma zamiar antycypować zjawiska inflacyjne, to powinna stosowne decyzje podjąć odpowiednio wcześniej – właściwie już w 2010 roku, wówczas silny impuls kredytowy mógłby podźwignąć gospodarkę, w tym znaczeniu, żeby nadać jej wiatru w żagle. Natomiast to, co dzieje się obecnie to jedynie dmuchanie smutnych starszych panów i pań w żagiel, którzy łudzą się, że swoim chuchaniem rozruszają gospodarczą łódź – nie pozwalając opaść żaglom.

Niestety, mleko się wylało – nie ma w gospodarce kredytu, nie ma go też dla gospodarstw domowych. Kaganiec kredytowy – w postaci wytycznych dla banków został nałoży w sposób tak ostry, że dominująca część społeczeństwa straciła zdolność kredytową – przy tych samych dochodach. W ten sposób bardzo skutecznie ograniczyliśmy krajową konsumpcję, chroniąc się przed morzem złych kredytów, jednakże olbrzymim kosztem społecznym. Krach w budownictwie mieszkaniowym nie byłby tak koszmarny, gdyby nie szopka wokół kredytów dewizowych. Brak zasad kosztuje, niestety źle się dzieje, jeżeli ceną zabawy w finansową inżynierię jest ludzkie życie.

Jeżeli faktycznie gospodarka jest już na równi pochyłej, to RPP będzie dalej obniżać stopy, w celu pobudzenia akcji kredytowej. Będziemy to obserwowali z zapartym tchem, bo nagle dzięki spowolnieniu gospodarczemu, może się okazać, że inflacja spadnie do prawie zera, a kredyty potanieją do maksymalnie niskiego poziomu, wyznaczanego głównie przez ryzyko kredytowe, a nie administracyjnie wyceniany koszt pozyskania pieniądza przez rynek. Nie ma, co jednak marzyć o takich skrajnościach jak w niektórych państwach zachodnich, gdzie de facto przez pewien czas mieliśmy do czynienia z ujemnymi stopami procentowymi banku centralnego, albowiem były one niższe od inflacji, czyli pożyczając pieniądze – teoretycznie można byłoby od razu odnotować zysk w postaci premii inflacyjnej (mniej do oddania niż się pożyczyło) z taką sytuacją mieliśmy do czynienia już w sierpniu 2011 roku w Szwajcarii (odnotowano tam ujemne stopy procentowe).

Trzeba pamiętać, że z punktu widzenia zwykłego ciułacza inflacja jest złem w czystej postaci. Jest to w uproszczeniu wzrost ogólnego poziomu cen w gospodarce, czyli tak nielubiana przez polityków „drożyzna”. Jej efektem jest zwiększanie się cen wszystkiego, co kupuje się za pieniądze. Przyczyn może być wiele – najgroźniejszą jest nadpodaż pieniądza w gospodarce, czyli występowanie pieniądza bez pokrycia. W naszych realiach inflacja jest głównie napędzana złą sytuacją na rynkach światowych oraz wzrostem cen głównych „motorów” inflacji w postaci paliw, żywności i innych mediów uznawanych za wydatki sztywne – niezbędne do ponoszenia przez gospodarstwa domowe. Na szczęście wydatki rządu są pod kontrolą.

Śmiesznie będzie, jeżeli w wyniku obniżania stóp przez NBP nie nastąpi spadek cen kredytów (oprocentowania), będzie to dowód na skrajnie kolonialne eksploatowanie naszej gospodarki przez zachodnie banki, które „górkę” oszczędzaną na tańszym pieniądzu będą chciały same skonsumować, nie pozwalając społeczeństwu odczuć poprawy sytuacji. Niestety jest to scenariusz, którego można się spodziewać, jeżeli nie będzie impulsu politycznego do największego krajowego detalisty, żeby ten rozpoczął masową akcję kredytową – niejako zmuszając rynek do wyścigu w akcji kredytowej, najlepiej opartej o cenę kredytu, czyli obniżanie jego oprocentowania.

Czasami niestety tak bywa, że inflacja potrafi zaskoczyć, dlatego zawsze lepiej jest być w stosunku do niej ostrożnym i podejrzliwym, gdyż jest to najgorsza rzecz, jaka może się nam w gospodarce rynkowej przydarzyć. Wbrew pozorom nie cieszy się z niej też rząd albowiem, co prawda systemowo na tym korzysta, ale to co zyskuje, traci na podwyższeniu kosztów obsługi zadłużenia zagranicznego.

Reasumując – w ciekawych czasach żyjemy, najważniejsze gremium finansowe w kraju podejmuje decyzję oczekiwaną przez rynek, ale wbrew własnej strategii dążenia do realizacji celu inflacyjnego.

One Comment

  1. Raczej stawiam na to, ze celem obnizki jest refinansowanie bankow (jak to pod koniec artykulu jest zaakcentowanie), a nie poprawienie doli Kowalskiego z kredytem.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.