Ekonomia

Odrodzenie przez ból stagflacji?

 Stagflacja jest bardzo “śmiesznym” zjawiskiem w ekonomii. W uproszczeniu, chodzi o jednoczesne występowanie inflacji i ograniczenia podaży dóbr na rynku. Czyli jest to sytuacja dużej podaży pieniądza w realiach stagnacji gospodarczej. Z czymś dokładnie takim mamy do czynienia w wyniku dużego luzowania ilościowego, które napompowało wszystkich posiadających aktywa. Oczywiście społecznym obliczem stagflacji są kolejki przed pośredniakami. Niektórzy mierzą stagflację specjalną miarą jaką jest stopa stagflacji stanowiąca sumę inflacji i stopy bezrobocia. Jednakże generalnie nie ma jednego stanowiska na temat jej przyczyn. Pojawiła się w latach 70-tych XX wieku na zachodzie po szoku naftowym, kiedy na rynku pojawiły się góry petrodolarów zarobionych na skokowych podwyżkach cen ropy przez OPEC zły na zachód za popieranie Izraela. Droga energia spowodowała wówczas zahamowanie gospodarki, która poszukując nowego poziomu równowagi – musiała wypłacać dostawcom ropy (głównie o nią chodziło) bardzo wysoką rentę ze względu na monopol naftowy nie do złamania w tamtym czasie.

Podobnie jest dzisiaj. Przez lata kryzysu banki centralne pompowały gospodarki albo zupełnie pustym pieniądzem z luzowania ilościowego jak w USA czy Japonii, albo niesłychanie tanim pieniądzem jak w Wielkiej Brytanii i Strefie Euro. Spowodowało to olbrzymie bańki spekulacyjne na aktywach, głównie tych niezbędnie zbywalnych jak surowce, albo łatwo zbywalnych jak akcje. Te pieniądze właśnie szukają nowych miejsc do inwestycji, z czym jest poważny problem, ponieważ bezpiecznych przystani dających dodatnią stopę z inwestycji nie ma zbyt wiele, w kilku krajach pojawiły się przecież nawet ujemne stopy procentowe, czyli trzymając pieniądze w banku – po umówionym okresie istnienia oddania w depozyt – zwracana jest niższa kwota od kwoty wpłacanej. Zyskiem inwestora ma być bezpieczne przechowanie kwoty pieniędzy. Jednakże to nie w Polsce, to w Szwajcarii, my płacimy już tylko 4 % średnio za depozyt w naszych obligacjach.

Ponieważ nawet w Polsce mamy formalny wzrost PKB przy wzroście bezrobocia, więc nie powinniśmy się dziwić, że będziemy mieli jako drugą falę uderzenia – wzrost inflacji przy spadku ilości towarów w obrocie. Winni są posiadacze nadwyżek kapitału, którzy – nieopodatkowani – szukają miejsc do ulokowania środków. Ponieważ pieniądze pokazujące się na rynku mają ograniczony krąg pochodzenia i są adresowane głównie w dobra inwestycyjne, to gospodarka nie dostaje postulatów popytowych skierowanych na konsumpcję. Pieniądze jednak są na rynku i agresywnie czekają na swoją okazję – przyczyniając się do generalnej inflacji.

Prawdopodobnie nie ma jednak wyjścia z tej sytuacji innego niż właśnie przejście przez ten ból stagflacji, ponieważ nadmiar pieniądza sam nie zniknie, chyba że udałoby się go ściągnąć z rynku w postaci np. obligacji publicznych lub jeszcze lepiej pomocniczo za pośrednictwem podatków. Wówczas skalę stagflacji można by ograniczyć lub nawet w praktyce zniwelować poprzez wzrost produkcji napędzany popytem kreowanym z pieniędzy wydatkowanych przez sektor publiczny. Oczywiście w bardzo ograniczonym zakresie, no bo wiadomo że gospodarka nie jest z gumy i rynek zawsze wyprzedzi wszelką kombinatorykę rządu mającą na celu nałożenie podatku inflacyjnego. Może się bowiem okazać, że stopy procentowe będą musiały wzrosnąć tak bardzo, że nie będzie nas stać na pożyczanie pieniędzy, bo nikt nie będzie chciał nam pożyczać tanio przy wysokiej inflacji.

Uwaga w warunkach stagflacji mogą rosnąć ceny nieruchomości, często w sposób zupełnie niewytłumaczalny. Zwłaszcza na tak płytkich rynkach jak nasz, gdzie po prostu nie ma w co pewnego zainwestować. Dlatego właśnie nieruchomości, ale nie wszystkie mogą bardzo dziwnie się zachowywać, gdyż proszę pamiętać, że popyt na nie będzie miał charakter inwestycyjny – to znaczy, że będą w nie pieniądze inwestowane dla chęci zysku a nie w celu zamieszkania. To olbrzymia różnica rodząca liczne konsekwencje, przede wszystkim w postaci ujawniających się baniek.

Ponieważ jednak poważny pieniądz będzie wolał od nas raczej odpłynąć niż inwestować w coś na siłę, zjawisko to powinno być raczej krótkotrwałe – to znaczy może dotyczyć dwóch lub trzech kwartałów i nie być odczuwalne przez ludność poprzez szczególny wzrost bezrobocia, a jedynie odnotowane w statystykach GUS, jako kolejne zjawisko ekonomiczne.

Przy czym – jak zwykle nie obejdzie się bez dewaluacji, raczej nie skokowej, ale podążającej za inflacją, ponieważ pieniądz nie lubi próżni. Jednakże, co prawda inwestowanie w dewizy byłoby bezpieczniejsze, to jednak nie będzie oznaczało bezpieczeństwa w znaczeniu zachowania wartości pierwotnej.

W wyniku stagflacji wszyscy będą biedniejsi, ponieważ ceny wzrosły a ilość dóbr nie przyrosła tak jak we wcześniejszych okresach.

One Comment

  1. inicjator_wzrostu

    Nie chcę stagflacji – to najgorsza z możliwych wersji kryzysu.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.