Paradygmat rozwoju

Odrobina rozważań na temat aktualności gospodarczego patriotyzmu

 Przez 22 lata transformacji byliśmy i nadal jesteśmy karmieni papką, w której jak mantrę różni ekonomiści i spece od globalizacji – bardzo często będący autentycznymi autorytetami w zakresie ekonomii lub zarządzania gospodarczego – przekonywali nas, że po pierwsze gospodarka się globalizuje, a po drugie kapitał nie ma narodowości, – ponieważ udaje się tam gdzie jest mu lepiej, to znaczy tam, gdzie może wypracować wyższe zyski przy akceptowalnym poziomie ryzyka.

Jest to jeden z wielu mitów rządzących naszymi zachowaniami gospodarczymi, ale niestety jest to mit najbardziej szkodliwy, – ponieważ totalnie nieprawdziwy, ale tak obrosły w wyznawców, że nie ma możliwości nie tylko go skutecznie krytykować, ale natychmiast każdy, kto się mu przeciwstawi otrzymuje łatkę ekonomicznego oszołoma rodem z ciemnogrodu. Potęga mainstreamowych mediów, jako dominujących środków masowego przekazu informacji jest bezwzględna. Strażnicy poprawności zaimplementowanych w naszym myśleniu błędnych dogmatów ekonomicznych w żadnej mierze nie pozwolą na nawet najmniejsze przebłyski innego sposobu myślenia.

O ile do ujawnienia się wielkiego kryzysu w 2008 roku i jego negatywnych implikacji dla globalnej gospodarki, a tym samym objawienia wielkiego zbiorowego kłamstwa, na którym opiera się fikcyjna zachodnia ekonomia – można było zrozumieć, że podtrzymywanie ww. mitów w polskiej dyskusji publicznej ma sens, to obecnie jest to nie tylko szkodliwe, ale przede wszystkim naiwne i głupie.

Problem jest o wiele głębszy niż dla wielu się wydaje, ponieważ liczni „eksperci” i wszelakiej maści autorytety – nie tylko straciły wygodne korytko, ale cała ich dotychczasowa doktryna po prostu wzięła w łeb i nie ma żadnego zastosowania. Innymi słowy nie ma przełożenia pomiędzy dotychczasową teoretyczną ekonomią – twierdzącą, że postęp i rozwój zapewnią gospodarczy dobrobyt i supremację zachodu – nawet, jeżeli całą produkcję outsoursuje się do Chin – na praktykę. Dowodzi tego wszechpostępujący na zachodzie kryzys, który nie dotyczy tylko i wyłącznie sfery wielkich finansów, ale w ogóle zachodniego stylu życia i obowiązującego paradygmatu rozwoju. Nie da się budować kraju o zrównoważonym rozwoju, jeżeli coraz większa część społeczeństwa znajduje się poza rynkiem – tzn., nie znajduje pracy zdolnej do zaspokojenia oczekiwanej przez nich a zarazem pożądanej z punktu widzenia makroekonomicznego konsumpcji.

Całe rzesze młodych bezrobotnych w krajach zachodu pokazują, że dążenie za wszelką cenę do rozwoju gospodarki opartej na wiedzy – bez wiedzy, przekładającej się realnie na zmianę trybu życia i funkcjonowania szerokich rzesz zbiorowości nie ma sensu i jest kłamliwą doktryną ekonomiczno-społeczną prowadzącą do otarcia ludzi z godności, jaką jest w stanie zapewnić im tylko praca. Z pewnością słuszny i możliwy jest marsz w kierunku społeczeństwa, które nie musi pracować w tradycyjnym rozumieniu tego pojęcia, – ponieważ będzie w stanie zapewnić określonej ilościowo ilości osobników stosunkowo wysoki poziom życia. Niestety czas dojścia do tego stanu to kwestia z pewnością, co najmniej jednego lub dwóch pokoleń, współcześni nadal będą gnębieni przez zgrozę bezrobocia i widmo braku środków utrzymania do końca swoich dni. Maszyny i roboty nie zastąpią człowieka w gospodarce nawet jeżeli, bardzo byśmy tego chcieli. A koszty społeczne wynikające z pozostawienia całych rzesz społeczeństwa na uboczu ekonomii – są nie do odtworzenia.

Trzeba to powiedzieć w sposób jednoznaczny – kosztem globalizacji, jaki płacą zachodnie w tym w części nasze społeczeństwo – jest zmniejszenie populacji, ponieważ wielu współczesnych po prostu nie jest stać na założenie i utrzymanie rodzin. Osoby o niższych kwalifikacjach – mające ograniczony dostęp do oferty rynku pracy nie mają możliwości planowania swojego życia w sposób dający rękojmię dochowania się potomstwa, albowiem przeważnie nie jest stać ich na samodzielne utrzymanie się – pomimo pracy. Jest to tzw. zjawisko „biednych pracujących”. Oczywiście można uznać argument, że „mogli się uczyć”, ale należy zadać sobie pytanie – czy wszyscy w gospodarce mogą być lekarzami, adwokatami, inżynierami, architektami itp? Przecież to jest niemożliwe, a nawet takie myślenie jest w istocie szkodliwe i aspołeczne.

Celem zarządzania gospodarczego powinno być takie stworzenie zależności pomiędzy przeciętnym dochodem z tytułu przeciętnej pracy a kosztami funkcjonowania w systemie, żeby każdego, kto pracuje ustaloną za przeciętną ilość godzin – w sposób przeciętny – było stać na przeciętny poziom życia umożliwiający przeżycie i prokreację bez lęków o przyszłość – wedle realiów życia „z dnia na dzień”, lub „z miesiąca na miesiąc”. Nie chodzi o to, że wszystko jest za drogie – ceny wyznacza rynek, w tym tak się składa, że jest to rynek globalny, – ale czy musimy sprowadzać wszystko z Chin – decydując się w konsekwencji na stosunkowo duży poziom bezrobocia?

Zastanawiającym jest, dlaczego w Polsce pomimo istotnego postępu w rozwoju cywilizacyjnym nie udało się stworzyć systemu, w którym przeciętnie zarabiający człowiek, mógłby utrzymać się i myśleć o rozwoju – poprzez np. studia, założenie rodzinny, prokreację itp. Przecież utrzymanie się na powierzchni nawet z tzw. średniej krajowej w dużym mieście graniczy z cudem.

Zdolność kredytowa Polaków ma się nijak do ich rzeczywistych rozporządzalnych dochodów, a nawet jak się komuś uda otrzymać kredyt hipoteczny to jest on praktycznie najlepszym środkiem antykoncepcyjnym, jaki można było w naszych realiach wymyśleć. Polska i zachodni świat się w praktyce przez to zwija – najlepiej świadczy o tym ujemny współczynnik dzietności naszych rodzin (1,4 to mniej niż 2 a dziecko ma przecież dwoje rodziców).

 Potrzebujemy nowego modelu rozwoju, który pozwoliłby nam wyzwolić czynniki powodujące, że w krajach zachodu znowu zaroi się od dzieci – i nie będą to dzieci żyjących ze szczodrej pomocy socjalnej obcych kulturowo i cywilizacyjne imigrantów! W najgorszym wypadku, przynajmniej w Polsce powinniśmy zdobyć się na coś więcej niż ślepe i głupie naśladowanie zachodniej ścieżki rozwoju – przy odrobinie zdrowego rozsądku uda się nam uniknąć ich błędów.

Oczywiście narzekanie i złorzeczenie na zachód do niczego nie prowadzi, jeżeli jest się od niego uzależnionym. Jako państwo potrzebujemy narodowo zorientowanych koncentracji finansowo-gospodarczych, które byłyby zainteresowane lokowaniem w kraju nadwyżek z uzyskiwanej renty kapitałowej – tak, żeby Polacy zarabiali coraz więcej, wymyślając, produkując i konsumując produkty własnej pomysłowości i zaradności. Jest to jedyny sposób na odniesienie międzypokoleniowego sukcesu gospodarczego, zwłaszcza w kraju, który przez ostatnie 200 lat działał w obliczu braku podmiotowości lub jej znacznego ograniczenia na rzecz zewnętrznych sił.

Docelowo powinniśmy zmierzać w kierunku posiadania narodowych korporacji – zdolnych do konkurowania z największymi graczami i do zarządzania istotnymi w makro skali strumieniami przepływów gospodarczych. Drugim niezwykle istotnym elementem naszego rozwoju powinno być wzmocnienie tego, co mamy i co działa, – czyli stosunkowo dużego jak na warunki europejskie sektora Małych i Średnich Przedsiębiorstw. Wymaga to odpowiedniego uporządkowania rynku, tak żeby przedsiębiorstwa te miały łatwiejsze możliwości funkcjonowania oraz nie były narażone na niszczącą – a jedynie stymulującą konkurencję z poza UE. Import i konkurencja zewnętrzna może być traktowana jedynie w kontekście aspiracyjnym, a nadrzędnym paradygmatem wszelkich działań administracyjnych w sferze gospodarczym powinno być stymulowanie i stwarzanie warunków do lokowania w kraju i rozwoju produkcji – a dokładniej jakiejkolwiek produkcji, albowiem na samych usługach nie da się zbudować zrównoważonej i stabilnej gospodarki. Trzecim niezwykle istotnym elementem planowanej triady gospodarczej powinno być wysoce wydajne i elastyczne rolnictwo krajowe, które może stać się prawdziwą polską lokomotywą gospodarczą, ponieważ produkcja żywności i jej globalny eksport ma wymiar strategiczny. Jest to tylko i wyłącznie kwestia poczynienia odpowiednich inwestycji, zmian w prawie i przygotowania odpowiednich mechanizmów umożliwiających masowy eksport na rynki potrzebujące w zasadzie nieograniczonych ilości żywności – jak Rosja, Indie, Chiny i inne kraje borykające się albo z trudnym klimatem, albo z przeludnieniem i niewydolnością własnego rolnictwa.

Reasumując, jedynie zmiana paradygmatu ogólnego może spowodować, że wejdziemy na ścieżkę rozwoju przekraczającą szklany sufit naturalnych ograniczeń naszego rozwoju. Dźwignią gwarantującą generowanie stałego dochodu dla całej gospodarki w naszych warunkach może i powinno stać się wysoko wydajne rolnictwo, nakierowane na globalny eksport wysoko przetworzonych płodów rolnych. Sposobem na zapewnienie łączności ekonomicznej z krajami UE, a zarazem wysoką elastyczność gospodarcza krajowej ekonomii jest rozwój sektora MSP, – jako drugiego filara krajowej ekonomii. Natomiast sposobem na zapewnienie rozwoju w rozumieniu ścieżki państw zachodnich – i jedyną metodą na zapewnienie nam znaczenia na gospodarczej mapie świata jest tworzenie własnych konglomeratów gospodarczych, zdolnych do globalnego eksportowania własnych marek. Jeżeli nie wykorzystamy tego modelu rozwoju – nadal w sposób naiwny wierząc w „gospodarkę oparta na wiedzy” obudzimy się za kilka lat z rzeszą bezrobotnych i milionami głodujących emerytów w 20-kilko milionowym społeczeństwie…

Można postawić tezę, że ostatnie 22 lata rozwoju i prosperity – kosztowały nas więcej w znaczeniu utraconych szans i zmarnowanego potencjału niż marnotrawstwo w okresie PRL.

2 komentarze

  1. Bardzo słusznie,
    tylko pytanie gdzie jest siła polityczna – jakieś zrzeszenie ludzi, która chciałaby to zaimplementować w Polsce.?

  2. Właśnie na tym polega słabość naszego kraju, ponieważ rozsądnie mówi tylko jeden gość na mało znanym think tanku !!!! Trzeba to zalajkować na fejsie i wykopać na wykopie !!!!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.