Społeczeństwo

Odlegiwanie godzin w szpitalach to powszechna patologia?

 Poruszany już na naszych łamach problem finansowania lecznictwa publicznego niestety wymaga dalszego bicia na alarm. Sytuacja z jaką mamy do czynienia na co dzień w szpitalach jest trudna dla pacjentów, personelu i prawdopodobnie także dyskomfortowa dla lekarzy. Otóż bowiem dramatem są praktyki zmuszania ciężko chorych pacjentów do „zarabiania pobytem” czyli odlegiwania godzin pobytu w szpitalach, kiedy nie są wobec nich przeprowadzane żadne świadczenia medyczne – a jedynie kosztują publicznego ubezpieczyciela, który płaci za ich pobyt.

Takie przypadki to przestępstwo – publiczne oszustwo pod którym podpisują się lekarze i prawdopodobnie często ordynatorzy, jednakże w tym nieludzkim systemie, w którym urzędnik i jego ludobójcza tabelka decydują o życiu lub śmierci – to jedyna metoda jaką lekarze mogą się posługiwać na marginesie systemu, żeby zdobyć potrzebne środki na finansowanie potrzeb chorych, dla których ten sam publiczny ubezpieczyciel odmawia finansowania potrzebnych leków z innych – również tabelkowych powodów.

Sytuacja w przypadku niektórych chorób jest tak trudna, że wręcz pobyt w szpitalu może zagrażać zdrowiu chorego, jak również może przyczyniać się do znacznego pogorszenia jego samopoczucia, albowiem jest się chorym – „wakującym”, który po prostu musi pokornie odleżeć swój czas najczęściej na jakimś korytarzu – podczas gdy inni również chorzy akurat mają czynione zabiegi i inne.

To nie jest normalne. Z jednej strony nie można się dziwić lekarzom, że dla dobra jednych chorych – wyciskają z systemu od publicznego ubezpieczyciela środki na to żeby mimo wszystko móc ich leczyć. Z drugiej jednak strony – w zależności od tego jak to jest powszechne w skali kraju – z pewnością jest to problem, albowiem właśnie przez tego typu praktyki – będące jawnymi oszustwami system jest pozbawiany pieniędzy.

Ciekawie wyglądają tutaj dylematy wszystkich trzech aktorów procesu, lekarzy, pacjentów i ubezpieczyciela. Lekarze to co robią – robią w interesie pacjenta, albowiem jest to z pewnością ostateczna-ostateczność, dalej jest ściana i zgon pozbawionego leków pacjenta. Mając do wyboru patrzeć jak pacjent umiera – wolą w tym nieludzkim systemie posłużyć się fortelem, tylko po to żeby móc sfinansować to co się pacjentowi powinno należeć jak psu buda. Z punktu widzenia pacjenta sytuacja wymaga dużej odporności psychicznej i niezłej mobilizacji fizycznej, jeżeli się np. nie porusza samodzielnie itd. Na pewno ma prawo do bycia rozczarowanym systemem, ale z drugiej strony nie może się poskarżyć, albowiem doskonale rozumie jak działa system i dlaczego leży jak „żywe zwłoki” na korytarzu dwie doby – gapiąc się w sufit lub na pielęgniarki. Nie ma innego sposobu na zapewnienie finansowania dla szpitala za podawany mu drogi specyfik, który szpital – „jakoś” rozlicza w swoich rachunkach! Dla pacjenta w zasadzie tylko to się przecież liczy – dezorganizacja życia osobistego oraz co tu ukrywać cierpienie nie mają znaczenia – liczy się dostęp do leku, nawet jeżeli ma się świadomość być bierną stroną przestępstwa, bo trudno – mierzenie temperatury uznać za uzasadnienie do pobytu w szpitalu regularnie przez jakiś czas! No i jest jeszcze publiczny ubezpieczyciel – tutaj jest problem, albowiem w jego interesie jest optymalizacja wydatków na świadczenia i ten prawdopodobnie nie wie, dlaczego niektórzy chorzy są wzywani częściej do szpitala – gdzie spędzają czas, za który musi płacić. W przypadku części chorób – stan chorych jest tak dramatyczny wizerunkowo i medycznie poważny, w ogóle nie opłaca się weryfikować przypadków, albowiem duża część chorych jest i pozostanie chora. Jakiekolwiek selekcje nie są tutaj możliwe. Nie ma także procedur umożliwiających kontrolę chorych na łóżkach, to znaczy – żaden inny lekarz niż prowadzący, nie może weryfikować zasadności pobytu chorego w szpitalu, jeżeli już przyjął go lekarz – skrajnym d……..m, byłoby wyciąganie pacjenta z łóżka z informacją, że „pan/pani odleguje godziny”. Wszystko co ubezpieczyciel może zrobić to skontrolować na poziomie dokumentacji – ewentualnie zareagować na skargę konkretnego pacjenta lub anonimowy donos.

Wnioski – trzeba więcej pieniędzy na leczenie, zwłaszcza na leczenie ciężkich chorób. W jednostkach służby zdrowia korzystających z publicznych pieniędzy powinni być też zatrudniani „racjonalizatorzy” – opłacani przez ubezpieczycieli, których zadaniem byłoby wychwytywanie tego typu patologii i ich likwidowanie na poziomie systemowych, bez szkody dla pacjentów. Poza tym, możemy sobie życzyć zdrowia, z tym że wierzący mają oczywiście łatwiej!

One Comment

  1. inicjator_wzrostu

    Polska OPIEKA ZDROWOTNA (OZ = ZOZ, POZ, NZOZ, itp. OZ-y) nie jest już Służbą Zdrowia. Tak brzmi w ustawach od kilku lat.
    Za zmianą nazwy nie nastąpiły zmiany zasad finansowania, trochę tylko zmienione od czasów PRL-u.
    Stąd sytuacja jaką mamy.
    Po prostu mamy nadal fikcję post-PRL-owską.
    Gdyby usługi lecznicze szły z pacjentem i były odnotowywane na jego karcie z Chipem, to może to wszystko byłoby realne, nie wirtualne.
    Dlaczego zlikwidowano wprowadzone przed laty na Śląsku karty magnetyczne pacjenta?
    Po prostu system nadal jest niepoliczalny i dlatego wegetacja pacjentów na korytarzach i pobyty sobotnio niedzielne, żeby poprawiać wyniki finansowe.
    Ktoś powie – mogłoby być gorzej, jak np. w Rumuni: dwóch pacjentów w 1-nym łóżku.
    Sytuacja w OPIECE ZDROWOTNEJ wymaga sanacji, bo to co jest jest dobre TYLKO dla LEKARZY i firm farmaceutycznych oraz dostarczających drogie urządzenia badawcze.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.