Paradygmat rozwoju

Od skoku cywilizacyjnego do rozkroku

 Skoku cywilizacyjnego o jakim zapewniał nas pan premier nie było i nie będzie. Jest za to doskonały skok na kasę, a my możemy się zastanawiać na co poszły pieniądze unijne z dotychczasowego budżetu oraz dlaczego pomimo prawie podwojenia się zadłużenia w ostatnich latach – nie widać żadnego skoku cywilizacyjnego? Czy też prawie żadnego…

Można najpierw się zastanówmy jak taki skok cywilizacyjny miałby wyglądać? Polska „sprzed skoku Tuska”, opierała się nadal na infrastrukturze odziedziczonej po PRL, poprzednich właścicielach terytorium państwowego i licznych remontach. Poza infrastrukturą – w nędznym przeważnie stanie i nie wystarczającą zarówno ilościowo jak i jakościowo – mieliśmy w kraju problem z myślą ludzką, otóż bowiem myśl ludzka – jest bardzo ulotnym efektem funkcjonowania kapitału ludzkiego, jej utrwalenie następuje np. w postaci innowacji. My mieliśmy z tym przerażający problem – zero podatności na innowacje lub blisko zera, a nawet brak potrzeby powszechnego uświadamiania sobie korzyści z innowacji i celowości ich wdrażania. Leżała zatem infrastruktura lub jej po prostu nie było, a efekty pracy ludzkiej przestawały się liczyć wraz z likwidowaniem gospodarki opartej na przetwórstwie i prostej produkcji.

Czyli wnioskując po tej „diagnozie” potrzebowalibyśmy na początku rządów pana premiera – mniej więcej kopa w infrastrukturę – planu jej budowy, finansowania i oceny możliwości eksploatacji oraz kopa w innowacyjność – pobudzenia ludzi do pracy twórczej, w tym także poprzez tworzenie im do tego warunków.

Co się okazuje? Otóż proszę państwa pan premier nie jest niczemu winien, on jedynie skanalizował pewne procesy dzięki środkom unijnym, których miał bardzo dużo. W wyniku intensyfikacji procesów doszło do uwypuklenia głównych bolączek systemu i problemów z jakimi boryka się on immanentnie od początku transformacji a może i nawet dłużej. W skrócie – po prostu odwaliliśmy chałturę jeżeli chodzi o planowanie społeczno-gospodarcze i przestrzenne – czego jednym z przejawów jest dysfunkcyjny i nieudany program rozbudowy infrastruktury, w którym generalnie para poszła w gwizdek a nie w tłoki – pisząc obrazowo. Podobnie nie udało się z wzmacnianiem kapitału ludzkiego, ponieważ ogniska jego występowania, współczesne świątynie wiedzy i mądrości (to dwie różne kategorie – często rozłączne) – najdelikatniej mówiąc były zachwaszczone starym brudem lub resztkami styropianu, a styropian jak wiadomo ma to do siebie, że nie da się go spuścić nawet w kiblu! Więc jak mogło się udać? Wyszło jak wyszło! Wydaliśmy miliardy na infrastrukturę, której śladowe elementy ledwo funkcjonują a potrzeby środowiska naukowego należy badać od poszukiwania tegoż środowiska, bo niestety zasadą jest, że jak chce się zrobić prawdziwą karierę, której synonimem są pieniądze (taki wynalazek Fenicjan), to pakuje się laptopa i głowę w samolot i leci na drugą stronę Atlantyku i kolejnego kontynentu. Tam można zrobić karierę i stać się docenionym. Tutaj jest tak jak jest, a jak jest – wiadomo, wystarczy popatrzeć jak często powtarzają się te same nazwiska, często w tych samych jednostkach. Przeważnie oczywiście utrzymywanych za państwowe pieniądze. No ale mniejsza z tym.

Wniosek generalny jest taki, że popełniliśmy błąd w metodzie, mogliśmy zacząć nieco inaczej. Przede wszystkim – w dziedzinie innowacji – zacząć od wspierania stymulowania potrzeb na nie, czyli płacić za dostarczoną innowację – konkretne rozwiązanie w konkretnym miejscu (ale nie tak jak za np. informatyzację pewnego państwowego funduszu). W ten sposób udałoby się pobudzić system generowania innowacji – poprzez pompowanie w niego pieniędzy za efektywność – realne działania na rzecz np. administracji, wspieranego biznesu (kwestia narzędzi), nawet instytucji pożytku publicznego itp., a na pewno zawsze ludzi. Oczywiście część pieniędzy odpłynęłaby za granicę, ale to po prostu koszt systemu. Ważne jest to, co udałoby się w kraju wprowadzić i implementować – nawet za kupowane patenty pod konkretne rozwiązania. Natomiast tak, to nie mamy niczego, ani mózgów, ani myśli, ani patentów – mamy dalej naukę, którą trzeba dotować, a ta niczego lub naprawdę niewiele innowacji wymyśla.

W kwestii infrastruktury nie ma mądrych, ale na pewno przyjęty dogmat rozwoju regionalnego z pominięciem miast się mści. Nie chodzi o to, że na transformacji i Unii Europejskiej zyskują proporcjonalnie bardziej mieszkańcy wsi, niech zyskują jak najwięcej. Problemem przez lata jest to, że wszystkie rządy RP miały miasta Polski w przysłowiowym nie zauważaniu. W efekcie mamy to co mamy – kolejne RPO – brukujące ryneczki w małych wioskach, odbudowujące kościoły, budujące baseny – w małych miejscowościach, gdzie nie mają one szans utrzymać się lub utrzymać standardu, ale mają znaczenie polityczne dla lokalnych i regionalnych włodarzy z układu.

Zostajemy zatem w rozkroku cywilizacyjnym i długiem!

Rosyjska wersja tekstu [tutaj]

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.