Polityka

Od ciepłej wody w kranie do polityki wielkich reform Donalda Tuska?

 Donald Tusk rządzi Polską półtorej kadencji. Do wyborów zostały dwa lata, to jest czas w którym jeszcze można coś zrobić, żeby naprawić kraj i zapisać się pozytywnie w historii, ewentualnie poprawić wybrane kwestie żeby zwiększyć swoje szanse w wyborach a w wariancie najgorszym popsuć wszystko do końca doprowadzając kraj do rozpaczy i wrzenia. Wybór należy do niego i tylko do niego, albowiem o czym się nie mówi w istocie ten pan ma nad krajem władzę absolutną. Donald Tusk jest samodzierżawcą i nikt mu nie może się na dzień dzisiejszy w tym kraju przeciwstawić, ponieważ premier może go pokonać lub zlekceważyć. Nie da się z racjonalnych powodów wytłumaczyć, dlaczego ten w istocie głęboko oddany sprawom państwa człowiek z tej władzy nie korzysta? Przeanalizujmy trzy możliwe scenariusze jakie mu pozostały do rozegrania.

Donald Tusk może nie licząc się z sondażami do końca kadencji przeprowadzić wszystkie niezbędne w tym kraju reformy, jeżeli będzie trzeba nawet zmieniając koalicjanta, bo wiadomo że KRUS przy PSL jest nie do ruszenia. Oczywiście ograniczeniem zamiarów reformatorskich jest spoistość własnego klubu parlamentarnego, z czym już dzisiaj jest problem – liczba szabel maleje praktycznie z kwartału na kwartał, więc nie da się poszaleć, chyba że udało by się przekonać np. SLD do rządu ostrych reform, który byłby dla tej partii powodem do chwały, a dla PO ostatnią szansą na to, że ludzie uznają działania reformatorskie o które sami się proszą – nawet jak będzie bolało, a wiadomo że boleć musi. Do powodzenia tego scenariusza pan Tusk musiałby jeszcze być nieco bardziej brutalny, ale nie dla bezbronnych kibiców, którzy nie mają szans wobec ABW czy sądów wlepiających im po 3000 zł grzywny za w istocie banały, ale dla ludzi którym płaci pensje a którzy zawodzą go lub nie wiedzą na czym ma polegać ich praca. Oczywistością jest tutaj rekonstrukcja rządu i przewietrzanie ministerstw i urzędów centralnych, których znaczną część trzeba po prostu zlikwidować, połączyć lub zrobić departamentami we właściwych ministerstwach, żeby minister odpowiedzialny politycznie – mógł decydować a nie negocjować o sprawach, za które to premier dostaje za przeproszeniem „po głowie” bo ludzie są niezadowoleni, gdyż debilizmów nie da się ukryć – po prostu nie ma efektów. W efekcie powodzenia tego scenariusza – mielibyśmy do czynienia z grą o pełną stawkę, albo PO wygrałaby kolejne wybory jako partia, która przeszła od ciepłej wody w kranie do polityki wielkich reform, albo nie – ale partia zeszłaby z pola walki z tarczą, to znaczy w trakcie intensywnej walki o państwo a nie z hańbą zmarnowania dwóch kadencji w imię polityki PR-owego przetrwania. Ewentualna przegrana PO nie zniszczyłaby tej partii. Co więcej jej dobra polityka spowodowałaby wiele pozytywnych zmian w kraju, o premierze Tusku mówiłoby się jak o odważnym reformatorze. To chyba lepsze niż hańba?

Polityka poprawienia wybranych kwestii jest o wiele łatwiejsza do realizacji, zwłaszcza że rząd pana Tuska już ją realizuje. Słynne „67”, „pomostówki”, mimo wszystko rozbudowa infrastruktury i „reforma likwidacyjna OFE” – to kwestie, które można dokończyć w taki sposób, że ewentualny następca nie będzie chciał tego ruszać, zwłaszcza jeżeli społeczeństwo poparłoby proponowane zmiany – gdy miałyby one charakter rozsądnie pro społeczny. Poza tym, byłby z tego całkiem niezły materiał wyborczy, gdyż to są sprawy naprawdę wagi państwowej z katalogu pierwszej 20-tki spraw najważniejszych. Jedyne co, to właśnie trzeba uważać, żeby na tych wybranych kwestiach nie zrazić do siebie ekstremalnie ludzi. Jeżeli to się uda i powiedzie – naprawdę o wyniku wyborów będzie decydował odsetek niezdecydowanych w ostatniej chwili a na zmianach zyska państwo, którego kluczowe instytucje będą umocnione – jak np. zdeptana przez pana premiera umowa społeczna, czy dialog społeczny z którego zrezygnowali związkowcy.

W trzecim wariancie pan premier Tusk może po prostu kontynuować swoją politykę w dotychczasowym stylu a w konsekwencji popsuć wszystko do końca doprowadzając kraj do rozpaczy i wrzenia, za co zapłaci w wyborach on i jego formacja polityczna. W tym wariancie wybory wygra wiadomo kto, a potem nie będzie litości. Nie ma potrzeby tego wariantu opisywać, ponieważ widzimy go na co dzień i boleśnie go doświadczamy. Premier i jego PR-owcy przy tym nawet nie potrafią wskazać pozytywów działań tego rządu, gdyż ludzie nie rozumieją co osiągamy dzięki konsolidacji fiskalnej i „manewrowi z budżetem”. Nie da się zrozumieć powodów, dla których premier marnuje swój potencjał medialny i nie potrafi własnymi słowami jak również poprzez zaprzyjaźnione i podległe kręgi eksperckie przedstawić społeczeństwu bezalternatywności pewnych wyborów, których zmuszony jest dokonywać w istniejących realiach. Jednakże to już sprawa pana premiera i jego otoczenia, być może to brak superministra Arabskiego? Trudno ocenić, w każdym bądź razie jak na tą chwilę widać już, że okres oszczędzania rządu w mediach się skończył.

Póki co premier ma jeszcze w rękach inicjatywę – może przy umiejętnym przedstawieniu spraw pociągnąć za sobą ludzi, jeżeli tylko pokaże to co jest najgroźniejsze w tym kryzysie, czyli zagrożenie „małej stabilizacji” każdego z nas! Oto właśnie chodzi w jego deklaracjach o ciepłej wodzie w kranie, niestety wtedy kiedy był na to czas – nikomu się nie chciało społeczeństwu objaśnić zależności i niuansów tak lapidarnego ujęcia faktów przez premiera, a ten sam do tego mówił że nie jest od formułowania wizji. Dzisiaj za to płaci – ponieważ nie widać skąd idziemy, jak trudno, pokonując olbrzymie trudności i omijając niebezpieczeństwa idziemy, no i najważniejsze – nie widać celu. Sformułowanego nawet na użytek ludzi! W debilizmy, że naszym celem jest wejście do Unii i NATO na szczęście już dawno przestały wierzyć nawet żaby. Dzisiaj polityka wymaga jawnego stawiania celów, przedstawiania diagnozy stanu istniejącego i metod jakimi zamierza się dane cele zrealizować. Niestety w przypadku tego rządu, który wybrał retorykę zielonej wyspy (już wiadomo od szczawiu) – rzetelna diagnoza i prawdziwe przedstawienie skali naszego zapóźnienia nie było możliwe. To oczywiście wina pana Tuska – on rządzi, on wybrał taki sposób przedstawiania spraw publicznych. Niestety za jego nieudolność zapłacimy wszyscy, a co będzie jakby Polską rządził pewien lider prawicowej-prawicy – to też będzie w znacznej mierze winą Tuska, ponieważ to on zbudował układ bipolarny i przegrał!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.