Ekonomia

Oburzone dzieci w postkapitalistycznej mgle

 Globalizacja zrodziła system gospodarczy oparty na międzynarodowym podziale pracy i kompetencji. Bogaty zachód od lat 70tych stopniowo outsourcował swoje najbardziej pracochłonne, brudne i wymagające zaangażowania zasobów środowiska kompetencje, daleko poza swoje granice. Dla dotychczas nędznych krajów przyjęcie takich dobrodziejstw jak inwestycja Union Carbide w indyjskim Bhopalu, pomimo czasami spełniających się scenariuszy zagrożeń, to było czyste błogosławieństwo. Powoli, stopniowo biedne kraje, zaczęły podnosić głowę w kapitalistycznym wyścigu szczurów, dążąc do maksymalnego uprzemysłowienia swojej gospodarki, eksportu za wszelką cenę i przemodelowania swojej gospodarki na wzór zachodnich potęg gospodarczych. Nie była to droga po omacku, albowiem przykład Japonii silnie pobudzał różnego rodzaju planistów i strategów, decydujących o kierunkach działań gospodarczych poszczególnych krajów. No, bo skoro im się udało, to nam też… Równolegle, w miarę jak postępowała industrializacja krajów dalekiego wschodu, tradycyjnie przemysłowy zachód stopniowo wygaszał tradycyjne sektory gospodarki, koncentrując się na zyskach z wartości dodanej, jakie dają marki, obracanie kapitałem i prawa ochrony własności przemysłowej i intelektualnej. Jednakże zapoczątkowano proces stopniowej deindustrializacji, którego efekty widać dzisiaj. Zachód jest w istocie uzależniony gospodarczo w zakresie wytwarzania dóbr masowych od wschodu, i to na własne życzenie.

Potencjalnie nie byłoby w tym nic złego, gdyby zachodowi udało się uciec do przodu, tj. spowodować, że uwolnione zasoby w postaci kapitału, sił wytwórczych, ziemi, lepszego środowiska – przebranżowiły się na sektory nowoczesnej gospodarki. Początkowo wszystko się dobrze zapowiadało, albowiem prymat zachodu w zakresie rozwoju wysokich technologii, bankowości, szeroko rozumianych usługach finansowych, przemysłach rozrywkowych, przemysłach czasu wolnego lub wręcz produkcji kultury – był dominujący. Mechanizm był i jest zaskakująco prosty, nie ma znaczenia gdzie znana firma odzieżowa produkuje swoje buty, swetry i torby, ważne jest, że aby je sprzedawać pod jej znakiem towarowym, w jej sieciach sprzedażowych i bez narażenia się na miliardowe odszkodowania – trzeba jej zapłacić bardzo wysoką marżę. Marże z tytułu prawa do marki, często przekraczają koszt wytworzenia produktu masowego (np. butów sportowych itp.), stąd też, w tym łańcuchu wytwórczo-sprzedażowym to producenci są na przegranej pozycji, o wszystkim decyduje ten, kto ma prawa do sprzedaży pod własną marką. Podobnie w przypadku usług finansowych, gdzie prym wiodły wyspecjalizowane w ultra skomplikowanych mechanizmach finansowych amerykańskie banki inwestycyjne. Póki koła gospodarki się kręciły, dopóty giełda generowała stały zwrot z inwestycji i wszyscy byli zadowoleni. Niestety mechanizm się zaciął i nie chce się naprawić.

Wraz z utratą głównych źródeł dochodu zapewnianych przez zachodni system finansowy, najpotężniejsze gospodarczo kraje świata stanęły przed problemem pierwotnego generowania gotówki, czyli wprawienia w ruch mechanizmów, które wytwarzają wartość dodaną w gospodarce. Prawdziwie wysoko technologiczne sektory gospodarki, tak jak sobie doskonale radziły, radzą sobie dalej, albowiem zbyt na ich produkty będzie tylko rosnąć. Natomiast, brak poduszki finansowej uwolnił znaczną ilość dodatków, dotychczas wykorzystywanych w głównych strumieniach procesów gospodarczych. Nie chodzi tylko o masowo bankrutujących restauratorów na Manhattanie po 11 września, ale o proliferację zjawiska wypłukiwania etatów w całej światowej gospodarce. Jego źródłem są tylko i wyłącznie prawa gospodarki kapitalistycznej, albowiem przedsiębiorcy generujący wartość dodaną, także poddawani są presji kosztów i za wszelką cenę starają się je ograniczyć, albo chociażby antycypować przyszłe kłopoty – tnąc gdzie się da, aby oszczędzić na ograniczeniach w zakresie głównych sfer aktywności operacyjnej firmy.

W efekcie występowania tego typu mikroekonomicznych bodźców negatywnych, na rynku pracy zaczyna przybywać osób z nazwijmy to „ogólnymi” kwalifikacjami, które wcześniej w macierzystych korporacjach zajmowały się np. parzeniem kawy, segregowaniem korespondencji lub innymi zagadnieniami niemającymi bezpośredniego przełożenia na produkt główny. Rzesza tych ludzi, weszła na rynek pracy konkurując z dotychczasowymi generacjami tych, którym „się nie udało” wcześniej, o stale kurczący się zasób prac prostych, do wypełniania, których wystarcza kompetencje ogólne (stróż, sprzątaczka, kierowca, robotnik produkcyjny, itp.). Niestety najczęściej ludzie ci posiadają ograniczone kompetencje i ograniczoną elastyczność w zakresie skłonności do przyuczania sią. Często z racji wieku i doświadczenia zawodowego, nie są wstanie przełamać się do wykonywania prac prostych, będących w ich mniemaniu poniżej ich godności (np. trudno sobie wyobrazić, żeby zredukowany oficer z wojska zatrudnił się okresowo w supermarkecie przy pakowaniu towaru ludziom przy kasach do toreb). Są to znane ekonomii i psychologii zachowania ludzkie, których nie da się prostymi metodami przełamać. Przez pewien okres czasu, programy socjalne, zgromadzone oszczędności, zmiana trybu życia itp., pozwalają tej ciągle powiększającej się grupie ludzi na trwanie w zwijającej się równowadze. Jednakże po pewnym czasie, dochodzą do momentu, że nie ma już, na czym oszczędzić, wyrzucają z domu psa (po pierwszej fazie kryzysu w Irlandii wypuszczono wiele kucyków i koni, na których utrzymanie nie było stać rodzin), odcinając telewizję kablową, chodząc na piechotę i żywiąc się zielonym groszkiem ze znanej brytyjskiej sieci handlowej – można długo wegetować. Jednakże, jest to sytuacja stałego zahibernowania się w niemocy i letargu, opartym na samooszukiwaniu się, że się uda, że się powiedzie, że nie trzeba będzie oddawać bankowi mieszkania itp.

W poczuciu bezradności, gdy gaśnie nadzieja ludziom zaczyna towarzyszyć stres i poczucie złości, rodzą się frustracje, osoby dotychczas niezdolne do drobnych kradzieży sklepowych są do nich popychane przez beznadzieję ogólną, spokojni zamieniają się w histeryków lub chodzą naładowani jak beczka prochu, każdy konflikt powoduje wybuch i eksplozję. Socjologowie nazywają to zjawisko zacieraniem się ładu społecznego, stopniowo, małymi kroczkami wszystko staje na głowie. Siła autorytetów, zakazów, nakazów, moralnych i formalnych ulega przytłumieniu. W momentach kryzysowych, ludzie zaczynają się organizować wedle nowych reguł we wspólnoty nowego typu. Przykładem są banki czasu, gdzie osoby wzajemnie wymieniają się kompetencjami i swoim czasem wyręczając się drobnymi przysługami.

Ludzie ci, których przyrównując do średniowiecznych kategorii nazwalibyśmy „ludźmi luźnymi”, stanowią bardzo istotny element gospodarki, albowiem są przede wszystkim konsumentami. Przy czym powinni konsumować głównie owoce swojej pracy, lub pracy innych ludzi, z którymi wymienili swoje produkty. Dotychczas tak było, albowiem wschód płacił olbrzymie kwoty z tytułu lokowania wolnych środków na zachodnich rynkach kapitałowych, z tytułu licencji, zakupu technologii, praw patentowych itp. Obecnie mechanizm ten zaczął się zacinać, albowiem wschód sam wytwarza technologię średniej klasy umożliwiającą mu wytwarzanie produktów masowych na własne potrzeby i na eksport na zachód. Technologia zachodu średniej jakości została już skopiowana, zastąpiona, albo licencje umożliwiają głęboko dalekie modyfikacje. Co więcej, wschód sięga po produkty najwyższej jakości z własnych stajni, konsekwentnie inwestując w rozwój najważniejszych sektorów gospodarki. Powoduje to, że zachód ze swoim zaawansowanym sektorem nie ma zbytu na produkty, które generowałyby wartość dodaną umożliwiającą zatrudnianie w swojej przestrzeni społeczno-gospodarczej „ludzi luźnych”.

Jest to oczywiście z grubsza opisany mechanizm strukturalnego niedopasowania i jego konsekwencji, niestety jest to spirala, która coraz mocniej się rozkręca. Nie da się tego powstrzymać, przy zachowaniu dotychczasowego paradygmatu liberalnej polityki ekonomicznej. Zachodnie koncerny, musza ponownie kierować produkcję dóbr masowych i średniej jakości na zachód, tak, aby zatrudniać „ludzi luźnych”. W przeciwnym wypadku koszty ich egzystencji załamią budżety zachodnich potęg.

Sytuacja jest o tyle groźna, że na trwałe ulega zmianie łańcuch zastępowalności pokoleń. Liczna populacji państw zachodnich spada, a ich struktura się zmienia. Wraz z tym zmieniają się wartości wyznawane przez nową multikulturalną większość. W praktyce oznacza to przetasowanie na scenie politycznej i zmianę ogólnego profilu zachodnich demokracji, co nie obędzie się bez konfliktu słabnącego „starego” z rosnącym, w siłę „nowym”.

W tym kontekście nie powinny dziwić protesty licznych oburzonych, którzy nagle zdali sobie sprawę, że są gośćmi i tanią siłą najemną we własnym kraju. Ich mieszkania przeważnie do nich nie należą, brak pracy powoduje, że grozi im pauperyzacja na niespotykaną dotychczas na zachodzie skale. Favele znane z krajów Ameryki południowej, zaczynają powstawać w parkach zachodnich miast. Póki, co dotyczy to np. emigrantów, ale w USA już dzisiaj zdarza się, że ludzie wynoszą się poza obręb tradycyjnego społeczeństwa. W czasie, gdy ich mieszkania i domy stoją puste, albowiem bank nie może znaleźć klienta na ich wynajęcie.

Polska nie jest z boku, u nas ten kryzys trwa bezustannie od 1918 roku! Od momentu odrodzenia państwa! Najlepszym dowodem na istnienie klasy ludzi luźnych jest masowa migracja zarobkowa za granicę po wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej.

Podsumowaniem całości niech będzie taka refleksja, otóż skoro obecnie, Polska ma jak twierdzą władze okres 22 lat prosperity i jest to jedyny okres w jej historii, kiedy ludność w wyniku przemian gospodarczo-społecznych (bez wojny) zmaleje to, co może oznaczać dla nas kryzys? Czy prawdę przepowiedział minister Rostowski, o potrzebie emigracji do USA w obawie przed wielką wojną na kontynencie? Przecież nigdy w historii naszego kraju, w trakcie okresu największej nędzy i rozpaczy (np. ostatnia wojna) nie było tak, źle żeby spadła tak dramatycznie ilość urodzeń? Polska po wojnie bardzo szybko odrobiła straty w ludziach. Obecnie pomimo tego, że nikt nas nie napada wykańczamy się sami, wyższym vatem, bezrozumnymi przepisami i dywagacjami na temat wpływu rosyjskich drzew na wytrzymałość skrzydeł rosyjskich samolotów! Jeżeli naprawdę, nasz okres dobrobytu ma oznaczać trwały spadek populacji, to on dobrobytem nie jest i zagraża nam jakieś totalne niebezpieczeństwo! Gorsze od wojny, klęsk, rozbiorów, okupacji i kontrybucji! Jeżeli polityka kolejnych rządów prowadzi do kurczenia się społeczeństwa, to koniecznie należy zmienić model gospodarczy albowiem, co innego może być w pełni obiektywnym miernikiem rozwoju jak nie przyrost populacji? Potencjał rolny naszego kraju, śmiało może umożliwić wyżywienie 150 mln populacji. W tym kontekście należy oceniać politykę gospodarczo-społeczną, która prowadzi nie do utrzymania istniejącego stanu, ale do samolikwidacji społeczeństwa!

Oceniając protestujących pamiętajmy, że problem zjawiska ludzi oburzonych, ma bardzo głębokie podłoże makroekonomiczne i wynika ze zbyt szybkiej zmiany zachodniego modelu gospodarowania. Zmiany nastąpiły zbyt szybko, nie udało się dostosować struktury i kompetencji szerokich rzesz społeczeństwa, których utrzymanie socjalne może zachwiać podstawami gospodarki zachodniej.

13 komentarzy

  1. Zgadzam się ze wszystkim poza częścią o wpływie prosperity na liczbę urodzeń. To właśnie spadek dzietności świadczy najlepiej o tych 22 latach.
    Wystarczy sobie porównać kraje o wysokim i o niskim poziomie dobrobytu, wyraźnie widać że tam gdzie zawitał dobrobyt liczba dzieci jest zdecydowanie niższa niż tam gdzie panuje bieda, po prostu ludzie (w szczególności kobiety) mają inne możliwości rozwoju niż poprzez posiadanie gromadki dzieci.
    Weźmy do tego pod uwagę że w krajach zachodniej Europy prawie połowę dzieci rodzą emigrantki, zdecydowanie najbiedniejsza klasa społeczna.

    • Dziękuję za ta obserwację, ale właśnie na tym polega dramat rozwiniętych cywilizacji… które “zjadają własne dzieci” … u nas jest dokładnie na odwrót – a przez to jeszcze gorzej…

  2. Fajny tekst. Subskrybuję.

  3. Paradoksalnie dochodzimy do wniosku, iz idea socjalizmu jest jednak najlepsza niestety najwiekszym zagrozeniem sa sami dla siebie ludzie.

  4. Dobry artykuł.
    Nie znam się na ekonomii, ale żeby uzdrowić sytuację powinien nastąpić powrót do etycznych protestanckich korzeni zachodniego kapitalizmu.
    Od kiedy dążenie do godziwego zysku zastąpiła nieposkromiona chciwość, zaczęło się psucie kapitalizmu.

  5. Szanowna Redakcjo,

    Czy celowo nie usunela szanowna redakcja mojego wpisu gdzie podalem swoj osobisty email?

    To byla pomylka i w zamian powtorzylem wpis wstawiajac swoje imie.
    Owszem skasowali panstwo ale nie ten, o ktory prosilem…

    A prosilem o skasowanie tego z

    16 października 2011 at 11:37

    • Przepraszamy 🙂 za dużo mamy informacji w konsoli i czasami coś się źle kliknie 🙂 skasuję ponownie i proszę sobie uzupełnić 🙂 Zachęcam do subskrypcji newslettera

  6. Redakcja
    16 października 2011 at 17:08

    Prze­pra­szamy 🙂 za dużo mamy infor­ma­cji w kon­soli i cza­sami coś się źle klik­nie 🙂 ska­suję ponow­nie i pro­szę sobie uzu­peł­nić 🙂 Zachę­cam do sub­skryp­cji newslettera”

    Wpadlem przypadkiem ale
    na pewno bede stalym gosciem.

    W sprawie bardzo ciekawego felietonu powyzej chcialbym jedynie zauwazyc, ze byc moze trzeba przedefiniowac (juz to sie dzieje w spoleczenstwa lepiej od nas rozwinietych) pojecie postepu i paradygmat “rozwoju”.
    Nie jest nim chyba wzrost ilosci Polakow do 150 milionow…
    Inaczejj mowiac wstepujac na kolejne poziomy piramidy Maslova byc moze jestesmy o krok od odkrycia wartosc prostego, i zbalansowanego zycia rowniez a moze przede wszystkim duchowego. – z dala od wzrostu PKB i odchlani konsumpcjonizmu… kryzys moze miec dobre strony.

  7. Bardzo ciekawy tekst i oddający stan faktyczny rzeczy.
    Prawdą jest że komunizm i socjalizm się nie sprawdził, prawdą jest że kapitalizm mimo że nico lepszy to jednak wpadł we własną pułapkę w wyniku procesu który opisał autor.
    Wniosek ? Najbardziej sprawdzonym systemem rządzenia jest monarchia feudalna w którym nie było równości,wolności ani braterstwa.
    Oczywiście nie namawiam do powrotu do tego stylu rządzenia ale w najbliższych dziesięcioleciach będzie konieczne przejście na zupełnie inny system rządzenia którego podwaliny trzeba wymyślić już teraz. Moim zdaniem dobrym modelem początkowym byłaby “technokracja” .

  8. To jest dobry tekst Panie krakauer!
    Wiem co pisze bo pisze to z MAzowsza

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.