Historia

Obrazki z ZSRR (cz.1)

Saint-petersburg-russia-street-july-2016-001 By Sergey Kochkarev Wikipedia Commons

Słowo wstępu – czyli część 1

Typowe, polskie losy tak pokierowały historią mojej rodziny, że z 12 dzieci mojego pradziadka tylko trójka trafiła po Pokoju Ryskim do Polski. Reszta została wraz z Pradziadkiem w ZSRR. Ostatni mój krewny, noszący moje nazwisko zmarł w ZSRR z końcem lat 80-tych a w związku z częstymi i zwyczajnymi tam zmianami partnerów, powstała tam „mieszanka” bardzo daleko spokrewnionych z moją rodziną „kuzynów”. Trzeba jednak przyznać że ci, których ciężki los radzieckiego człowieka pozostawił przy życiu, uważają się za Polaków lub osoby na każdym kroku podkreślające polskie korzenie – a w roku ubiegłym jeden z młodych „kuzynów”, będący w wieku moich już dorosłych dzieci – ku zaskoczeniu wszystkich – zmienił nazwisko na „nasze”, polskie – wracając tym samym do korzeni sprzed czterech czy pięciu pokoleń…

O typowych dla Polaków na Wschodzie, skomplikowanych i często tragicznych losach mojej rodziny w ZSRR i w Polsce muszę kiedyś jeszcze napisać osobno, tu i teraz tylko wspomnę przykład losów trzech braci mojego dziadka. Jeden zginął wcielony do Armii Czerwonej zaraz po rewolucji. Drugi był w carskim wojsku (u „Białych”) i zginął po drugiej stronie frontu – może nawet strzelali do siebie? Trzeci brat, jako carski oficer służył, jako sztabs-kapitan w wojskach inżynieryjnych. Przeżył rewolucję, bo żołnierze obwołali go swoim przedstawicielem – takim „delegatem” czy „komisarzem żołnierskim”. Zdemobilizowany w latach 20-stych, został aresztowany, jako „element podejrzany” w roku 1937 i skończył swe życie zesłany na Syberię w niewyjaśnionych okolicznościach w latach 40-stych. Podobno, jako fachowiec „od mostów”, zbudował największy wtedy most na Angarze…

Przez okres wojny i wczesnego „powojnia” nie było żadnych kontaktów pomiędzy „radziecką” i „polską” odnogą mojej familii. Dopiero po roku 56 udało się nawiązać kontakty listowe. Końcem lat 50-tych mój dziadek odwiedził krewnych żyjących w Leningradzie. Potem nastąpiła kolejna wieloletnia przerwa w osobistych kontaktach do momentu wyjazdu mojego Taty na delegację do Leningradu w latach 70-tych. Ponowny, bezpośredni kontakt został nawiązany (cały czas istniał sporadyczny kontakt listowy) i zaowocował on przysłanym zaproszeniem do odwiedzin.

Był rok 1976, „rodzina” z Leningradu listownie naciskała na nasz przyjazd – podobnie jak nasi krewni w Polsce. Nikt nie potrafił nam podpowiedzieć jak się zabrać od strony formalnej do tej wyprawy. Bo po otrzymaniu zaproszenia, mój Tato wpadł na zaiste szalony pomysł pokonania drogi do Leningradu i z powrotem świeżo kupionym Trabantem. Przyjaciele moich rodziców, którzy kilka razy do roku odwiedzali swoją rodzinę w przedwojennym Stanisławowie twierdzili, że do realizacji takiej wyprawy trzeba kilka dodatkowych „papierków”. Ale sami dokładnie nie wiedzieli, bo wyjeżdżali do swojej rodziny na zupełnie innych, „przygranicznych” zasadach i ze zdumieniem oglądali „dokument zaproszenia”.

Tata, będąc przy okazji jakiejś delegacji w Warszawie, odwiedził kilka różnych instytucji i „Orbisów”. Także nie znalazł tam pomocy, gdyż do tej pory nikt nie wyjeżdżał do ZSRR prywatnym autem! Po tej „kwerendzie” wnioski były takie – prawdopodobnie potrzebne są jeszcze „vouchery”, czyli opłacone miejsca noclegowe, talony na benzynę i wyznaczona „trasa”, czyli tak zwane „marszrutnoje pismo”. Choć zdania były sprzeczne i bardzo podzielone.

Każda osoba z odwiedzanej instytucji była niezwykle zainteresowana „problemem” i wszyscy prosili o ewentualny kontakt i informację po przyjeździe z ZSRR…

Poradzono Ojcu, że jedynym pewnym miejscem gdzie można zasięgnąć języka będzie radziecka ambasada. Ponieważ tego delegacyjnego dnia Tata nie miał już na to czasu, w kolejnym tygodniu, jadąc do rodziny na Śląsk, zajrzeliśmy do Konsulatu w Krakowie.

Niestety, okazało się że był to jakiś radziecki dzień świąteczny. Konsulat nie pracował, ale pełnił dyżur jakiś urzędnik. Wpuszczono nas na krótko do konsulatu, gdzie pan urzędnik o bardzo czerwonej i nalanej twarzy oraz posturze dzisiejszego Pudzianowskiego, w czarnym garniturze – robiącym wrażenie, że zaraz na nim pęknie – raczył wysłuchać informacji i prośby o pomoc. Zapoznał się z zaproszeniem i stwierdził krótko, że zaproszenie jest ważne do tego i tego dnia a jak Tata zechce jechać autem, to należy wsiadać i jechać a żadne dodatkowe dokumenty poza tym zaproszeniem i pieczątką w dowodzie nie są potrzebne. Tata jeszcze raz zapytał czy aby na pewno? Urzędnik dopowiedział, że tak, „bo wy nie turisty! Wy w gosti jedietie!”. Czyli jesteśmy „gośćmi” a nie „turystami”.

W ten to sposób, w połowie upalnego sierpnia wyjechaliśmy wczesnym rankiem w kierunku Brześcia. Kolejek na wjazd czy wyjazd nie było – chyba byliśmy pierwsi, – ale podjechała jadąca za nami z Polski szara Wołga i ona został przepuszczona tuż przed nas. To, co się wtedy zaczęło dziać z tą Wołgą było bezpośrednim powodem tego, że oblicze mojego Taty stało się śnieżno białe a pot wystąpił mu na czoło. Jęknął – „Jezu! Czy nas też to czeka?”

A z Wołgą sprawy wyglądały tak. Wyszli z niej panowie w mundurach – pewnie wracali z jakiegoś garnizonu w Polsce czy NRD. Poproszono ich do budynku, a do Wołgi dopadło czterech młodych ludzi w czarnych kombinezonach. Z kieszeni wyjęli różne śrubokręty i inne przyrządy i w ciągu kilku minut rozłożyli to auto niemal na pojedyncze śrubki. Nie wiem czego tam szukali – ale zdemontowali całą tapicerkę z wszystkich drzwi – i dosłownie wszystko co się dało odczepić i odkręcić! Łącznie z drzwiami i klapą bagażnika!

Rozpacz Taty była na miejscu, – bo spodziewał się takiego samego traktowania – a słowa mojej Mamy „jak oni to mają zamiar poskładać” – chyba go dobiły.

Jednak za chwilę podeszli do nas celnik z pogranicznikiem, zasalutowali, zapoznali się z dokumentem zaproszenia i życzyli przyjemnego pobytu w Związku Radzieckim! Oszołomiony tak miłym powitaniem i zupełnie odmiennym podejściem niż do pasażerów stojącej parę metrów przed nami Wołgi, Tata zapytał czy aby na pewno, tak jak mówiono mu w Konsulacie trzymane w rękach zaproszenie jest jedynym dokumentem, jaki jest nam potrzebny. Panowie potwierdzili, powtarzając niemal wiernie słowa urzędnika z Konsulatu, że „wy nie turisty, we w gosti jedietie!!!”

Tata zapytał dodatkowo, jaką trasą ma czy musi jechać? Odpowiedziano, że „najkrótszą drogą do Leningradu”.

A co było dalej?  O tym w kolejnych odcinkach, które będą numerowane i będą nawiązywać do tytułu zbioru miniatur fortepianowych Modesta Musorgskiego, – które w zadziwiający sposób przypominają mi wspomnienia tej niezapomnianej wyprawy…

22 komentarze

  1. Czekam na CDN.Moja 1 podróż Polonezem który wzbudzał sensację po drogach i bezdrożach ZSRR to była wyprawa. Później była widoczna zasadnicza różnica po Ukrainie,Białorusią i Rosją na korzyść tej ostatniej.A jak budowano granicę i nikt się tym nie przejmował, oczywiście do czasu!Niedawna podroż po Ukrainie to jeden koszmar,dróg niet,władzy niet dienieg niet,za to Bandera jest!

    • Przykład Ukrainy pokazuje jak wyglądałaby dziś Polska gdyby nie weszła do struktur zachodnich. W 1991 poziom Ukrainy i Polski był prawie taki sam. I wtedy my postanowiliśmy kompletnie zerwać ze wschodem a Ukraina wręcz przeciwnie.

  2. Z niecierpliwością czekam na kolejne odcinki!
    Pozdrawiam Autora.

    • Michał z Izraela

      Zwariowane jak cała Rosja. Objechałem pół Rosji bez żadnego dokumentu. Dzielili ze mną ostatni kawałek chleba. Wszędzie pomagali ile mogli. Dla wszystkich byłem tylko chłopcem który chce i musi wyżyć. Ani razu kolejowa milicja nie wyrzuciła mnie z wagonu. Ale natychmiast po przekroczeniu granicy, na stacji kolejowej w Przemyślu, przypomnieli mi że jestem Zydem A po tym był Kraków, pogrom w Kielcach i bardzo szybko zrozumiałem gdzie moje miejsce.
      To opowiadanie zrozumie tylko. kto przeżył Rosję. Żaden Polski rusofob, żaden Obama czy Klintonowa nie są zdolni zrozumieć Rosję.

      • W Nowym Yorku (bodaj’że) pewien żyd nałogowo
        i notorycznie malował hasła antysemickie na drziawch swojego mieszkania 🙂
        oczywiście “stwierdzone fakty rasizmu” meldował
        na policji…Panie Michale czy zna pan drugi kraj
        na kuli ziemskiej,prócz Izraela, gdzie jeszcze obowiązuje doktryna apartheidu?

        Pozdrawiam 🙂

      • Panie Michale, podobne wspomnienia z Rosji ma polski podróżnik Romuald Koperski co opisuje w swojej książce “Pojedynek z Syberią”. Mówiąc najdelikatniej ma negatywne wspomnienia, gdy po zakończeniu podróży po Syberii znalazł się w NY i czekał na pieniądze od rodziny aby móc wrócić do Szwajcarii gdzie aktualnie mieszka. Pozdrawiam.

  3. Interesująco zapowiada się kontynuacja “obrazków
    z wystawy’. Czekam z niecierpliwością na – cdn. 🙂
    W tamtym czasie nasze wzajemne kontakty były pod specjalnym nadzorem,ograniczane do ‘pociągów przyjaźni’
    czy oficjalnych delegacji,korespondencyjne знакомство с подругой – wymiana znaczków .Podróż na Marsa czy USA
    na pewno była w zasięgu ręki przeciętnego Polaka… 🙂
    Stamtąd wywodzi się całkowita nieufność wobec “ludzi
    radzieckich”zakorzeniona w IIRP – zabetonowana w PRLu,
    (kontakty na szczeblu oficjalnym ,nie przełożyły się
    na wzajemne poznanie się Kowalskiego z Iwanowem).

  4. Panie Michale,5 lata temu pod Kurskiem w marcu dopadła nas burza śnieżna w Mercedesie klasy S zamarzła ropa zatankowana w Polsce. Zatrzymał się gazik, i zaproponował pociągnięcie nas 15 km do Kołchozu gdzie jak się wyraził chłopcy razbierutsa,I rzeczywiście chłopcy którzy pierwszy raz widzieli tej klasy samochód razabralis,odłączyli bak,przeczyścili powietrzem gażnik,odłączyli przewody i komputer,zatrzymali cięzarówkę i nalali zimową soljarkę.Trwało to że 3 godziny,nam było zimno z samego patrzenia.I najważniejsze SKOLKO PŁatit? odpowiedż nicziego polskaya wodka jest? Była ,i krakowska kiełbasa i tyskie piwo!U nas za sam wjazd na serwis Mercedesa 1500,a reszta ?plus 70 litrów paliwa?Utrzymujemy kontakty z Serwisem Mercedesa pod Kurskiem i nigdy tego nie zapomnimy Solidaność Słowian ,a abra niech plecie farfoclę!

    • Wlodek, masz bardzo ciekawe wspomnienia z podróży, może napiszesz coś więcej. Tradycyjnie pozdrowienia i dla Mykoły też.

    • Gaźnik w Mercedesie klasy S? To chyba musiał być model z początku lat 80 tych albo starszy. Chociaż jeżeli to był ropniak to tym bardziej nie miał gaźnika. Z drugiej strony słoma z walonek wystaje. Jeżeli kogoś stać na nowy model klasy S to nie powinien narzekać na koszt serwisu.

  5. @ Kodłuch, w imieniu partnera i jednocześnie męża dziękuję za link “ciborowski” – gigant opracowanie, ja dołączam się do podziękowań, nie przeczytałam jak na razie całości, czytaniem należy się delektować, zatem rozkładam na raty. Pozdrowienia rodzinne.

    • Linkowałem przed rokiem,może jeszcze wcześniej.:)

      • Tak! Tylko że teraz jest to opracowane na nowo! Z dodatkowymi niezwykle interesującymi informacjami!

      • @Kodłuch
        Dawno nie zaglądałem.Już z zachwytem miałem użyć określenia – na podkreślenie zachwytu 🙂 – Ermitaż 🙂
        jedna po przestudiowaniu etymologii słowa – pozostanę
        przy tradycyjnym okrzyku – Wersal!

        Pozdrawiam

  6. Tak Rosja hm trzeba ją zrozumiec..

  7. Wieczorynko,w jednym roku byłem tam tzn.w krajach byłego ZSRR ,23 razy, najkrótszy pobyt 1 dzień Kijowie gdzie odebrałem skonfiskowany samochód przez skorumpowany Ukraiński Interpol,najdłużej 2 miesiące w oczekiwaniu na barterowe dostawy rudy do polskich hut.Jak przejde niedługo na emeryturę ,żeby się nie narażać wszystko to opisze. “Rosję rozumem nie zrozumiesz…..”Pozdro!

  8. Wladyk, nie chwal się napisz prawdę. Ale za to się serdecznie uśmiałem. Rosję można zrozumieć tylko rozumem i sercem, jak się je ma. Nie mam wątpliwości, że je masz. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.