Historia

Obrazki z dzieciństwa w PRL (cz. II)

 Kiedy się jakoś moja rodzina urządziła już w Warszawie (praktycznie bardzo byle jak), razem z mamą poszłam do szkoły na ul. Kowelską na Pradze, aby załatwić formalności, związane z przyjęciem mnie do siódmej klasy. W jednym budynku były dwie różne szkoły: katolicka i TPD (Towarzystwa Przyjaciół Dzieci) świecka. Skierowałyśmy się do katolickiej. Dyrektorka popatrzyła na świadectwo szkolne i powiedziała lekceważąco: „Same piątki? Ale to szkoła wiejska. Nie mogę cię przyjąć, raczej sobie tu nie poradzisz.” Poszłyśmy więc do TPD. Dyrektorka powiedziała z zachwytem, no, taką uczennicę przyjmuję natychmiast. Koleżanki przywitały mnie z dużą rezerwą.

Wrócę teraz ponownie do mojej nauki na wsi. Mam od urodzenia bardzo słaby wzrok. Przez sześć lat na wsi uczyłam się bez okularów. Okulista po wojnie był bardzo trudno osiągalny, aż w Siedlcach tzn. ponad 70 km (trzeba było jechać furmanką, autobusem i pociągiem) a poza tym nie chciałam, żeby dzieci wykrzykiwały okularnica.

Bezpośrednio po wojnie nie było nafty i nie było kloszy szklanych do lamp, oświetlały mieszkania tzw. karbidówki. One czasami wybuchały w rękach, ale płomień był jasny i nie parzył. Czasami babcia ucinała rąbek z sukna, wlewała trochę tłuszczu do pudełeczka i taki knotek się palił. Później były lampy naftowe. Do gospodarstwa były latarki. Na zewnątrz domu było strasznie ciemno w nocy. W każdą noc chodziła warta, tzn. dwóch gospodarzy z tabliczką drewnianą i z latarką chodzili od jednego końca wsi do drugiego i czuwali, czy gdzieś nie zaczyna się palić. Wszystkie budynki były drewniane, pokryte słomą. Pożar był strasznie groźny. Maszyny i urządzenia rolnicze były poruszane mechanicznie. Najciekawszy był kierat. Koń chodził w kółko i miał na oczach klapki, kręcił metalowym ramieniem, które z kolei uruchamiało sieczkarnię

W domu kobiety nagrzewały żelazka do prasowania rozżarzonymi węglami. Na jesieni i w zimie było nie tylko bardzo ciemno, ale również zimno. Opisuję to tak szczegółowo, żeby uzmysłowić czytelnikowi, jak trudno było w takich warunkach pracować, uczyć się, jak również organizować jakieś spotkania.

Można sobie wyobrazić, jakim dobrodziejstwem była elektryfikacja wsi – sztandarowe przedsięwzięcie nowej władzy, oprócz oświaty i reformy rolnej. Kiedy w wywiadzie, udzielonym przeze mnie w ubiegłym roku powiedziałam, że to były trzy potężne filary cywilizacyjne, jakiś internauta nawymyślał mi od bezwstydnych komunistek i że jestem przesiąknięta propagandą komunistyczną.

Mój bardzo słaby wzrok i to oświetlenie, które opisałam oznaczały, że z książek praktycznie w ogóle nie mogłam korzystać. Nic w nich nie widziałam. Przychodziły do mnie koleżanki, czytały a ja wszystkiego uczyłam się na pamięć. Nie tylko wierszyków i czytanek, ale nawet słupki z algebry recytowałam z pamięci i udawałam w szkole, że czytam.

Piszę o tym dlatego, że w Warszawie, po kilku miesiącach, ta mała, biedna dziewczynka z „zabitej dechami” wiochy, stała się bardzo rozchwytywaną koleżanką. Byłam „małą encyklopedią.” W szkole w holu zawsze przed lekcjami był apel. Staliśmy w parach i śpiewaliśmy hymn młodzieży:

Naprzód młodzieży świata, nas braterski połączył dziś marsz,

groźne przeminą lata, hej kto młody, pójdź z nami i walcz!.

Na lądzie i na wodzie, na wschodzie, na zachodzie,

w marszu po szczęście, pokój i radość , zgodnie nas wieńczy krok.

Nie zna granic ni kordonów pieśni zew, pieśni zew, pieśni zew

więc śpiewajmy, niech rozbrzmiewa wolny śpiew, wolny śpiew, wolny śpiew.

Przez cały świat, słowa pieśni tej niech niesie wiatr!

Nie zna granic ni kordonów pieśni zew, …

Później była prasówka, przygotowywana co dzień przez jakiegoś innego ucznia a na końcu kilka słów mówiła dyrektorka szkoły. Wszystkie uczennice w granatowych fartuszkach. Prawie wszyscy należeliśmy do OH (Organizacja Harcerska) i nosiliśmy czerwone chusty. Po lekcjach ja i moje koleżanki zdejmowałyśmy chusty i biegłyśmy do kościoła na katechezę lub nabożeństwo.

Jedna z moich bliskich koleżanek niestosownie zachowała się wobec kucharki. Musiała za karę przeprosić ją i na dwa tygodnie zdjąć chustę. Na zakończenie szkoły podstawowej siedmioklasowej był egzamin z kilku przedmiotów. Był również egzamin wstępny do szkoły średniej czteroklasowej ogólnokształcącej. Wszyscy harcerze zostali przyjęci do Związku Młodzieży Polskiej.

Szkolne koło ZMP podlegało Zarządowi Dzielnicowemu, za pośrednictwem którego otrzymywało dyrektywy od Zarządu Głównego. Na czele ZG ZMP stała kobieta Helena Jaworska. ZPM współrządziło szkołą.

W każdej klasie wisiało godło Polski tzn. orzeł bez korony, po lewej stronie portret prezydenta Bolesława Bieruta, po prawej marszałka Konstantego Rokossowskiego.

Regularnie odbywały się zebrania ZMP. Ta organizacja dbała nie tylko o nasz kręgosłup moralny, o „właściwy” światopogląd i wyrobienie polityczne, ale również motywowała do nauki. Na zebraniu przewodnicząca wołała. „jak powiedział towarzysz Lenin, musimy się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć!”.

Przypominałam sobie wtedy wieś. Przed wojną tylko jeden uczeń z mojej wsi uzyskał maturę. To był nasz sąsiad. Rodzina jego była zamożna i dlatego stać go było na czesne. Ale jak wyglądało jego życie w gimnazjum? Mama opowiadała, że przychodził do domu w sobotę z Sokołowa Podlaskiego (20 km), zabierał bochen razowego chleba i garnek smalcu i wracał do szkoły w niedzielę.

Moja mama uzyskała małą maturę, skończyła szkołę rolniczą dla dziewcząt w Albigowej w rzeszowskiem. To były ziemie, należące do hrabiego Alfreda Potockiego. Miała okazję napatrzeć się na pracę kobiet u tego wielmoży. Za kilkanaście godzin pracy dziennie np. przy burakach, otrzymywały kobiety po jednej trzeciej objętości naci z buraków, które wykopały i obcięły. To wystarczało na utrzymanie jednej krowy. Ich rodziny musiały jeszcze zarobić na naftę, sól i zapałki. Tego z kawałka własnej ziemi nie dało się wyciągnąć. Przed wojną zdążył jeszcze hrabia Potocki wywieźć z kraju ponad dwadzieścia wagonów różnych dóbr na Zachód.

Z „Kalendarza Robotniczego na 1949 rok” cytuję: „w Polsce przedwrześniowej znikomy procent robotników i chłopów miał możność uczęszczania do szkół wyższych i średnich. Wskutek wielkich trudności materialnych nawet ci nieliczni, którym udało się wstąpić na pierwszy rok studiów – rzadko kiedy mieli możność je ukończyć. Fakt ten najlepiej ilustrują cyfry, np. na 1000 dzieci z klas posiadających i inteligencji dochodziło do studiów wyższych – 250, na 1000 dzieci robotników – 4, na 1000 dzieci chłopów – 2.

Miałam okazję poznać w Warszawie i zaprzyjaźnić się z rodziną z Podlasia, gdzie było pięcioro dzieci. Wszyscy ukończyli po wojnie studia. Troje – Uniwersytet Warszawski, dwoje – Politechnikę Warszawską. Przyjaciel mojej rodziny, oficer, opowiadał nam o swoim dzieciństwie przed wojną. Po czterech klasach szkoły podstawowej poszedł na służbę do bogatego gospodarza, bo prawie nie mieli własnej ziemi. Sypiał w stajni pod żłobem. Po wojnie skończył Wojskową Akademię Techniczną, uzyskał tytuł magistra-inżyniera a w wojsku doszedł do stopnia pułkownika.

Reforma rolna polegała na przekazaniu po kawałku rozparcelowanej ziemi robotnikom folwarcznym i małorolnym chłopom. Dzisiaj historycy w poważnych pracach naukowych piszą, że oni przez lojalność wobec swoich panów często nie chcieli tej ziemi brać. Ci chłopi łaknęli ziemi, to przywracało im podmiotowość, godność ludzką a może wręcz człowieczeństwo. Czasami rzeczywiście odmawiali, ale ze strachu, bo w niektórych regionach chłopów za ziemię z reformy rolnej tzw. niepodległościowcy okrutnie mordowali.

W 1956 roku, po referacie Nikity Chruszczowa w Moskwie, potępiającym kult Stalina, zaczęły się rozruchy najpierw w Polsce a później na Węgrzech. Studenci w Warszawie zaczęli zbierać do kapeluszy pieniądze na wyjazd marszałka Rokossowskiego do Moskwy. Kiedy przyjechał I sekretarz Nikita Chruszczow na plenum KC PZPR, zespół „Mazowsze” śpiewał w tym czasie różne swoje pieśni, ale w jednej były takie słowa: „ (…) i choć padało, choć było ślisko, to się przywlekło to świniorzysko (…).” Warszawa natychmiast sobie to skojarzyła. Chłopcy w mojej szkole strzelali z procy do portretów na ścianie.

Podczas powstania na Węgrzech ustawiały się kolejki Warszawiaków, aby oddać krew, którą im wysyłano. Byliśmy jedynym państwem w naszym bloku, który bezpośrednio, w taki sposób poparł braci Węgrów.

W końcu 1956 roku ZMP zostało rozwiązane. W 1958 roku skończyłam jedenastolatkę, uzyskałam maturę i poszłam na studia.

Krystyna Badurka-Rytel

4 komentarze

  1. Stach Głąbiński

    Jednak dla wielu opisane osiągnięcia nic nie znaczą wobec czynów np. Jana Pawła II, który – jak powszechnie wiadomo – “pochylał się” nad nędzą, błogosławił chorych i cierpiących, a w Sosnowcu nawet modlił się o to, by bezrobotni otrzymali godziwą pracę.

  2. Czekam z wypiekami na twarzy na kolejny odcinek …

  3. Pięknie opowiedziane wspomnienia – dołączam się do poczekalni na kolejny odcinek. Nie wszystko, co czyniła komuna było złe samo w sobie – zła była ideologia i postawa względem człowieka – zła była propaganda. Wiele jednak rzeczy, gdyby udało się wcielić w życie w obecnych czasach, z pewnością bylibyśmy wspanialszym krajem niż jesteśmy. Póki co mamy państwo wrogie może nie tyle ustrojowo, co przede wszystkim gospodarczo swym obywatelom. Kiedyś komuna ludzi prześladowała, teraz elity rządzące mają nas w… no wiadomo gdzie.

  4. Część z tego co pani pisze znam z opowiadań rodziców a sporą część znam z autopsji. Na pewno warto pisać takie artykuły. Pozdrawiam autorkę artykułu.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.