Wojskowość

O złym Gawronie co ministrów straszył (cz. I)

 Tekst przedstawia krótką i w ogólnych jedynie rysach nakreśloną, historię „gawronizacji”, późniejszej „degawronizacji”, która z kolei przekształciła się w „dekorwetyzację” Polskiej Marynarki Wojennej i starań jakie musiano podjąć, żeby te destrukcyjne pomysły odwrócić. Osobista recenzja tragifarsy w kilku aktach. W rolach głównych: ministrowie, media i wszelakiej maści komentatorzy.

O tym, że media i opinie osób je tworzących, potrafią kreować rzeczywistość, na pewno mieli Państwo okazję przekonać się nie raz. Przypadek burzy medialnej wokół nieszczęsnego projektu „Gawron” jest tego dobitnym przykładem. Ale od początku …

Przełom lat 80/90. zastał Marynarkę Wojenną dużą liczebnie, przynajmniej jak na obecne standardy wśród państw nadmorskich średniej wielkości. Za tą liczebnością kryły się jednak wielkie słabości. Słabością pierwszą był fakt, że dominowały w niej cztery klasy okrętów, dla których w nowej rzeczywistości trudno było o sensowne przeznaczenie. Pierwszą z nich były okręty desantowe: na tyle duże i liczne, by przerzucić silny desant na duńskie plaże, bo takie właśnie zadanie dla nich szykowali planiści Układu Warszawskiego (czytaj: członkowie prezydium KC KPZR), a na tyle małe, że nie nadawały się do użytku poza Bałtykiem, czy Kanałem La Manche (przy dobrej pogodzie), gdzie w dalszej kolejności widzieli je oczyma wyobraźni wyżej wspomniani. Drugą klasę okrętów, stanowiły liczne małe jednostki rakietowe – przedstawiciele gatunku wymierającego w drodze ewolucji (tą ostatnią myśl, kontrowersyjną dla wielu, postaram się rozwinąć w dalszej części) – którym już wtedy trudno było przypisać jakiekolwiek zalety. Klasę trzecią stanowiły, liczne ponad wszelką miarę, okręty trałowe. Czwartą, były małe jednostki patrolowe, z których część klasyfikowano nieco na wyrost jako ścigacze okrętów podwodnych. Wszystkie te bardzo liczne jednostki, uzupełniał poradziecki niszczyciel „Warszawa”, nie wyposażona nigdy do końca korweta przeciwpodwodna (ZOP) „Kaszub” i trzy okręty podwodne, z których tylko jeden był nowy i trzeba przyznać, że również nowoczesny. Działania okrętów wspierane były przez liczne, ale totalnie przestarzałe lotnictwo marynarki. Analizując ówczesny skład floty, nietrudno domyślić się, że jedyną poza przetransportowaniem sił desantowych przewidzianą dla nich rolą, było wytrałowanie ewentualnych zagród minowych w okolicach własnych portów i wybrzeża duńskiego, oraz obrona akwenów bezpośrednio przylegających do portów wojennych.

Pominę tu przebieg całego procesu, którego wynikiem była znacząca redukcja ilości okrętów PMW, choć trzeba przyznać, że generalnie w pierwszym rzędzie wycofywano jednostki najstarsze, a te nawet nieperspektywiczne – ale nowe, utrzymywano w służbie by stworzyć choć iluzję siły bojowej. Te starania, bądź to samej marynarki bądź resortu, miały jednak swoją drugą, ciemną stronę. Oto bowiem politycy, szczególnie ci odpowiedzialni za finanse, zaczęli przyzwyczajać się do takiego stanu rzeczy tym bardziej, że dowództwo marynarki chcąc uniknąć scenariusza najgorszego w postaci likwidacji tego rodzaju sił zbrojnych, po każdej redukcji dopasowywało idee jej użycia do aktualnego stanu posiadania. Odbiło się to wielką czkawką, gdy jeszcze na przełomie 2012/2013 w BBN mówiło się i pisało o flocie do obrony wód terytorialnych. Przez szacunek dla roli jaka przypisana jest tej instytucji, chcę wierzyć, że był to tylko wynik przyzwyczajenia właśnie.

Z końcem 1997 roku (tu opieram się na własnej pamięci), w prasie zajmującej się tematyką pojawiły się pierwsze wzmianki o programie, który dla naszych celów nazwę: „siedem korwet”, zakładającym zbudowanie w ciągu kilku następnych lat, takiej właśnie ilości okrętów, mających w (ówczesnej) przyszłości, stanowić trzon sił nawodnych floty. Czasem spotyka się też liczbę 6 jednostek, a jako siódmą wymienia się, wspomnianego wcześniej „Kaszuba”.

Dlaczego akurat korwety, a nie większe fregaty, bądź mniejsze i tańsze ścigacze rakietowe? Chyba właśnie dlatego, że na przełomie wieków, korwety stały się dla mniej zasobnych państw tym, czym począwszy od lat 60. zeszłego stulecia były ścigacze rakietowe – substytutem dla okrętów większych: fregat i niszczycieli. W momencie pojawienia się przeciwokrętowych pocisków kierowanych, takie małe jednostki wydawały się rozwiązaniem idealnym, wszak dysponowały uzbrojeniem głównym, jeśli nie identycznym, to przynajmniej porównywalnym z większymi okrętami, które do tego nie dysponowały jeszcze możliwością neutralizacji zagrożenia jakie stwarzały rakiety. Jak szybko jednak ścigacze rakietowe zyskały na znaczeniu, tak szybko na nim straciły. Związane to było z jednej strony z upowszechnieniem precyzyjnego uzbrojenia lotniczego, pozwalającego na niszczenie takich okrętów spoza zasięgu ich, i tak najczęściej iluzorycznej, obrony przeciwlotniczej. Szczególnie groźnym przeciwnikiem ścigaczy, stały się śmigłowce dysponujące lżejszymi pociskami o mniejszym zasięgu i prostszych systemach naprowadzania, których użycie nie podważało ekonomicznego sensu strzelania do małych jednostek. Tą teoretyczną prawidłowość, potwierdziły morskie konflikty z przełomu wieków: Falklandy 1982, Libia 1986 i obie ekspedycje anty irackie, a także prawdopodobnie (choć brak tu pewności w źródłach) wojna gruzińsko-rosyjska. Z drugiej strony, w wyniku postępu technicznego, którego skutkiem był wzrost zasięgu współczesnych rakiet przeciwokrętowych, jednozadaniowy okręt-taksówka służący do podwiezienia rakiet bliżej przeciwnika, stracił rację bytu. Tym bardziej, że środki obserwacji technicznej jakie można zamontować na małym kadłubie o niskich masztach, pozwalały na odpalanie pocisków z dystansów stanowiących zaledwie ułamek ich maksymalnego zasięgu. Mały odnośnik do realiów polskich A.D. 2013: wobec wprowadzenia do służby Nadbrzeżnego Dywizjonu Rakietowego (NDR) całkowicie sens utraciło posiadanie jednostek, które swoje rakiety odpalać mogą jedynie z akwenów bezpośrednio przylegających do wybrzeża, bo na innych byłyby bezbronne wobec lotnictwa przeciwnika. Należy też pamiętać, że Bałtyk, a szczególnie jego południowa część, tylko z pozoru jest morzem cichym i spokojnym. Przez sporą część roku, małe okręty nie są w stanie na nim operować, a nawet wtedy kiedy mogą po nim pływać, nie zawsze warunki pogodowe (i spowodowane nimi kołysanie) pozwalają im na użycie uzbrojenia.

Dlaczego w takim razie, a jest to argument najczęściej podnoszony przez zwolenników miniaturyzacji okrętów wojennych, ze ścigaczy nie zrezygnowały dotąd takie floty bałtyckie, jak szwedzka i fińska? Najprostszą odpowiedź na to pytanie daje nam geografia. Wystarczy bowiem wystarczająco powiększyć na ekranie mapę wybrzeży znajdujących się po północnej stronie Morza Bałtyckiego, by zauważyć jak bardzo różni się ono od polskiego. Linia brzegowa krajów nordyckich jest bardzo urozmaicona: pełna niewielkich zatoczek, mniejszych i większych wysp, pomiędzy którymi małe okręty mogą się ukryć, manewrować i wychodzić na pozycje umożliwiające zaskakujące uderzenie na jednostki potencjalnego agresora. Stąd wielka waga jaką tamtejsze floty przywiązują do „niewidzialności” jednostek. Gdy się na nie spojrzy łatwo zauważyć, że nawet ich malowanie bardzo przypomina kamuflaż stosowany na lądzie. Dla porównania polskie piaszczyste plaże i ciągła linia brzegu, nie zabezpieczają w żaden sposób okrętów – nasze muszą obronić się same. Warto, też zauważyć, że nawet u Finów i Szwedów – tych ostatnich zwłaszcza, ścigacze stopniowo zaczęły ewoluować w kierunku małych korwet, choć wciąż brak im odpowiedniego stopnia uniwersalności, a za próby jej osiągnięcia płacą ograniczaniem ilości jednostek wprowadzonych do służby, wobec tych które były planowane i/lub przeciągającym się w nieskończoność okresem pomiędzy zaprojektowaniem okrętów, a wprowadzeniem ich do służby w formie (w miarę) docelowej.

Skoro sens stracił zakup ścigaczy rakietowych, dlaczego nie zdecydowano się na fregaty? To jednostki zdecydowanie większe od ścigaczy, najczęściej dwu-trzykrotnie większe od dużych korwet, a nawet dziesięciokrotnie od małych. Oferują przy tym zdecydowanie większe możliwości w zakresie zwalczania celów nawodnych, wynikające z posiadania zaawansowanych systemów obserwacji technicznej. Katalog zwalczanych celów zwiększa się przy tym o okręty podwodne i samoloty, dodatkowym atutem jest posiadanie śmigłowca z hangarem, który nie tylko może zwalczać okręty podwodne i „drobnoustroje” morskie ale także wskazywać rakietom cele znajdujące się poza zasięgiem radarów okrętowych. Dzielność morska, zasięg i autonomiczność fregat pozwalają w razie potrzeby pływać samodzielnie na dalekich akwenach i używać uzbrojenia (niemal) bez względu na pogodę. Choć trzeba przyznać, że ich pojemne kadłuby i tak nie pozwalają najczęściej na pełną uniwersalność, stąd powstają podklasy fregat, w których jedno z zadań traktuje się priorytetowo: zwalczania okrętów podwodnych, przeciwlotnicze, a ostatnio również zwalczania zagrożeń asymetrycznych (w tej debiutującej podklasie mieści się niemiecki typ 125). Z punktu widzenia państw biedniejszych, fregaty mają jedną, ale znaczącą wadę: najczęściej są przynajmniej dwa razy droższe od dużych korwet. W przypadku opisywanych przeze mnie powyżej polskich planów rozbudowy marynarki pochodzących z przełomu wieków, przełożyłoby się to redukcję ilości zakupionych okrętów z 6-7, do 2-3 przy tych samych zaplanowanych funduszach, a jednostki te przecież miały stanowić trzon przyszłej Marynarki Wojennej, będąc wraz z okrętami podwodnymi jej jedynym stricte bojowym komponentem. Wobec tych okoliczności wybór korwety jako głównego okrętu nawodnego PMW wydaje się uzasadniony.

By pogodzić ze sobą zwolenników mniejszych okrętów, ze zwolennikami okrętów o dużych możliwościach, postanowiono że powstaną korwety. By uczynić zadość aspiracjom własnego przemysłu stoczniowego, pozyskać przy tym nowe technologie, a jednocześnie obniżyć koszty budowy (bo pamiętać należy, że 15 lat temu dysproporcja, choćby w zarobkach polskich stoczniowców do zarobków ich kolegów z innych krajów europejskich, była wyższa niż obecnie) zdecydowano się na zakup licencji i budowę całej serii okrętów w polskiej stoczni. Przy tym wszystkim zaplanowano, że powstaną okręty w pełni uniwersalne, czyli … fregaty na kadłubie korwety. W tym momencie zaczął się dramat „Gawrona” …

Kogo temat zainteresował zapraszam do przeczytania ciągu dalszego. Kogo moja argumentacja nie przekonała bądź zauważył prawidłowość, która mi umknęła, zapraszam do dyskusji.

6 komentarzy

  1. inicjator_wzrostu

    Dziękuję za wyjaśnienie systemowego podejścia do klasy korwet na Bałtyku. Pozdrawiam.

  2. Wierny_czytelnik

    Czyli z tego co pan pisze, to w naszych realiach najlepsze są okręty podwodne

    • W realiach, nie tylko naszych ale większości państw, które zamierzają korzystać morza, najlepsza wydaje się odpowiednia kombinacja okrętów nawodnych i podwodnych. W niektórych flotach, w tym duńskiej, z okrętów podwodnych zupełnie zrezygnowano i powiem szczerze nie do końca wiem dlaczego. Natomiast nie ma żadnego państwa, które swoją flotę opiera wyłącznie na jednostkach podwodnych, ponieważ nie są w stanie wykonać wszelkich zadań, przykładowo: trałować akwenów, eskortować statków, kontrolować obcych jednostek w ramach blokady, ani zwalczać lotnictwa. Ciężko też przy użyciu OP wymusić coś na rywalu, nie posuwając się przy tym do użycia siły. Ale w roli straszaka dla przeciwnika o agresywnych zamiarach OP rzeczywiście wydają się najlepsze.

    • Dodam jeszcze, że najczęściej rezygnują z OP państwa nastawione na morzu na obronę linii komunikacyjnych (np. większość eksporterów ropy z Zatoki Perskiej), bądź głównie na funkcję demonstrowania bandery. W przypadku Polski postawiłbym na względną równowagę między ofensywą i defensywą.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.