Paradygmat rozwoju

O upadku modelu egalitarnego

 Po 1989 roku próbowaliśmy w Polsce zbudować społeczeństwo solidarne, a w istocie egalitarne, w którym wszyscy, oczywiście teoretycznie mieliby równe szanse w rozwoju i prowadzeniu równie efektywnych dróg życiowych. Idea ta, jest głęboko wpisana w naszą świadomość przez system mentalny państwa ludowego i przenikające na nasze pola percepcyjne ideały socjalistyczne. Wszyscy badani zgodzą się z potrzebą troszczenia się państwa o wszystkich, opierania jego finansowania na dochodach i majątkach wszystkich itd. Zamysł egalitarności opiera swój paradygmat funkcjonowania na połączeniu maksymalizacji uczestnictwa z maksymalizacją udziałów, jednakże niestety to, co na modelu przedstawia się, jako ciekawa i spójna koncepcja w praktyce nie wytrzymuje próby zderzenia się z realiami funkcjonowania społeczeństwa. Co to w praktyce oznacza? Otóż, to, że od każdego uczestnika systemu weźmiemy tyle ile można mu zabrać, to wcale nie znaczy, że system będzie na tyle efektywny, żebyśmy mogli dać każdemu, kto potrzebuje. Jest to pozornie bardzo banalne, ale niestety ludzie nie są idealni i nigdy nie jest tak, że zachowują się egalitarnie, nie ma równości. O wiele bardziej liczy się chęć maksymalizacji własnych korzyści – własnej wygranej, poprzez zmniejszenie wysiłku i zwiększenie roszczeń. To właśnie plus niewydolność państwowego aparatu redystrybucji przesądza o skrajnej nieefektywności całego systemu, w którym znajdują się także takie błędy jak np. degresywne opodatkowanie – powodujące, że osoby osiągające największe dochody płacą o wiele mniej od osób o dochodach przeciętnych.

Niedawna wypowiedź kandydata republikańskiego w wyborach prezydenckich w USA odnośnie postawy roszczeniowo-oczekującej znacznej części społeczeństwa amerykańskiego została przyjęta z oburzeniem, także u nas, albowiem padły tam słowa o tym, co się, komu należy i w wyniku, czego. Naprawdę, jeżeli myślimy, że należą nam się jakieś świadczenia od ogółu, w których przekazywaniu pośrednikiem ma być państwo a gwarancją ich przekazywania ma być system politycznego legitymowania władzy – to jesteśmy w prawdopodobnie największej pułapce, jaką wytworzyła w naszej cywilizacji egalitarna myśl społeczna. Nigdy nie możemy oczekiwać, że ze 100 zł, jakie dajemy państwu zwróci nam ono, chociaż ten sam banknot, ewentualnie policzy coś z tytułu operacji administracyjnych – jakieś kilka złotych. Niestety państwo, które reprezentuje ogół jest dobrem poza systemowych, które swoje kosztuje i dlatego, że godzimy się ten koszt ponosić – udostępnia nam ono system, w którym możemy funkcjonować. Niestety znaczna część ludzi na świecie, w tym dominująca część naszego społeczeństwa oczekuje, że państwo „im da”, albo, co jeszcze lepsze, – że ich zabezpieczy! Niestety są to poglądy mylne, wynikające z postsocjalistycznych naleciałości! Obecnie państwo nie ma skąd dać, a nie ma możliwości dokonać cudownego rozmnożenia powierzanych mu środków, co więcej jak wskazano powyżej – samo kosztuje i to niestety dużo, już nie wspominając nawet o tym, że nie jest adekwatnie efektywne! W wyniku, czego, nie możemy się spodziewać, że zwrot z przekazanych 100 zł będzie duży, a nawet, że będzie adekwatny do naszych rzeczywistych potrzeb lub co jeszcze bardziej smutne – do oczekiwań.

Dotychczas model funkcjonowania zachodnich społeczeństw opierał się na finansowaniu potrzeb długiem, stale rolowanym i przenoszonym na rachunek przyszłych okresów, czy jak kto woli przyszłych pokoleń. Niskie odsetki umożliwiały stosunkowo niski koszt utrzymania fikcji a nawet realizację większości marzeń. Z chwilą, w której ten doskonały model się zaciął, nie ma już możliwości dłuższego udawania i markowania rzeczywistości. Trzeba wreszcie ludziom powiedzieć prawdę, nawet, jeżeli byłaby najgorszą z możliwych. NIE WYSTARCZY DLA WSZYSTKICH, bo jesteście leniwi, biedni i macie zbyt duże oczekiwania.

Kropka, w ten właśnie sposób kończy się model egalitarny, egalitarnego państwa zakładającego, że da się „po równo” od każdego i dla każdego. Chciwość przekroczy każde granice uczciwości, jeżeli tylko jest szansa człowiek ją wykorzysta, a konsekwencjami będzie się martwił później lub wcale. Musimy, zatem dostosować nasz paradygmat funkcjonowania, w tym w szczególności finansowania państwa, a tym samym dokonywanych przez niego świadczeń na rzecz społeczeństwa, w taki sposób, żeby był to system aspiracyjny, oszczędny a zarazem możliwy do sfinansowania przez nasze kurczące się i ciągle biedniejące społeczeństwo.

Niestety tu nie ma łatwych wyborów, nawet bez oglądania się na socjalistyczne konotacje naszych percepcji. Prawdopodobnie największym problemem jest to, że nie ma możliwości zabrać wszystkim po równo, co by było zgodne z logiką systemu solidarnościowego – egalitarnie rozkładającego obciążenia, z małym wyjątkiem lekkiego odchylenia progresywnego na rzecz świadczeń tych, którzy mają więcej niż inni. Niestety zabranie wszystkim po równo, – np. zmniejszenie obecnie wypłacanych emerytur o, około 35% ale nie mniej niż do poziomu 900 zł „na głowę netto”, spowodowałoby rewolucję społeczną, przy której wszystkie dotychczasowe wydarzenia na ulicach Grecji czy Hiszpanii to byłaby przysłowiowa „kaszka z mleczkiem” i spacerki grzecznych małych dziewczynek w różowych pantofelkach. Polacy pokazaliby rządzącym, co myślą o egalitarnym udziale w biedzie w taki sposób, że rządzący prawdopodobnie nie zdążyliby się nawet ewakuować. Nie ma i nie będzie zgody na obarczanie społeczeństwa – w sposób jawny kosztami zapaści. Co innego, jak rząd robi to w sposób sprytnie ukryty, np. poprzez szatana inflacji, który bezwzględnie pożera wartość naszych pieniędzy. Wówczas, jeżeli tylko nominalnie sytuacja nie ulega pogorszeniu, możemy jakoś przetrawić problemy, ale też nie na dłuższą metę no, bo przecież wszyscy pamiętamy początek lat 90 tych i plan pewnego profesora B., który na trwałe wbił się w pamięć Narodowi, jako synonim zła. Jednakże wszelkiego rodzaju machinacje inflacyjne mające na celu nominalną zmianę wartości pieniądza są obarczone ryzykiem ogólnosystemowym, po prostu wszystko może upaść i w efekcie dalej będziemy biedni, ale na półkach w sklepach nie będzie to, co dzisiaj, – czyli praktycznie wszystko i w nie bójmy się tego powiedzieć – niewyczerpanych ilościach. Po prostu znowu będą puste półki! No a tego społeczeństwo też nie wytrzyma i zrobi nam naprawdę rewolucję, w której może się nawet unicestwić, ale nie odpuści.

Którędy, zatem powinna prowadzić droga do poprawy sytuacji? Jeżeli nie można ani ludziom zabrać, ani spowodować żeby im „zniknęło”, bo te scenariusze prowadzą do buntu i upadku systemu, jako takiego, to, co można i należy zrobić?

Truizmem jest pisanie, że niezwykle trudno odpowiedzieć na to pytanie, jednakże należy się zastanowić, jakie jest pole możliwych odpowiedzi? Czy może należy zmienić system? No, bo jeżeli obecny upadnie pod własnym ciężarem, bez względu na nasze wybory decyzyjne, to, co innego rozsądnego pozostaje? Jednakże czy musimy się ograniczać do wyborów rozsądnych? Jeżeli na horyzoncie mamy kres cywilizacji? Jeżeli na powrót do dogmatów komunizmu, jako jedynego gwaranta egalitaryzmu nie ma możliwości z powodów ideologicznych i nazwijmy to czynników zewnętrznych, to, co nam pozostaje? Wspomniana zmiana systemu? Jak głęboko w socjalizm możemy zabrnąć, jak pozorne byłyby to zmiany? Czy one w ogóle mają sens ze względu na parametr czasu, który nie pozostawia nam zbyt wiele swobody?

Niestety może się tak okazać, że zwycięży paradygmat myślenia negatywnego i żeby ratować państwo, – jako gwaranta systemu, będziemy musieli się zgodzić na zmianę systemu, ale postrzeganą, jako regres – w naszych realiach oznaczałoby to jakąś formę dyktatury – najprawdopodobniej zalegalizowanie plutokracji. Na ucieczkę do przodu – w technologię, ponieważ może ona rozwiązać szereg problemów związanych z rzadkością, jak wspomniano zabraknie nam czasu. Poza tym, trzeba nad rozwojem technologii pracować, a nie produkować nikomu niepotrzebnych politologów – jak to zasugerował pan premier, zresztą historyk.

Wniosek ostateczny – czeka nas zmiana paradygmatu funkcjonowania państwa i systemu, jaki to państwo stwarza. Zmiany pójdą w kierunku dyktatury, gwarantującej zachowanie ładu publicznego i podporządkowania się jednostek władzy, pomimo ograniczenia egalitaryzmu. Innymi słowy państwo wymusi na jednostkach pożądane zachowanie, w imię przetrwania tego etapu swojej ewolucji. Nie oznacza to pałowania na ulicach, obozów filtracyjnych i cenzury, wręcz przeciwnie obecnie najskuteczniejsza kontrola państwowa i sterowanie społeczeństwem może odbywać się – o wiele bardziej skutecznie za pomocą stosowania miękkich technik wpływu społecznego opartych na Soft Power i marketingu. Zresztą jesteśmy już świadkami tego typu eksperymentu, który się dzieje na różnych poziomach otaczającej nas rzeczywistości.

O upadku modelu egalitarnego najbezpieczniej jest milczeć, dlatego warto rozumieć postępowanie naszego rządu. Przecież nie mogą przedstawić nam już dzisiaj prawdy, zresztą, po co mieliby to uczynić?

Chcąc przetrwać, w niedalekiej przyszłości będziemy musieli ukrywać fakt, że myślimy i umiemy ocenić, że władza nie przedstawia nam prawdy, co więcej, że nadrzeczywistość, w której nas osadzono nie jest ostateczna. Idą straszne czasy!

3 komentarze

  1. W Polsce wspolczynnik Giniego wzrosl w latach 1988–2008, z 0,24 do 0,40, zatem nie wiem czy chciano budowac egalitaryzm, natomiast swietnie udaje sie udokumentowana budowa neo-feudalizmu lub plutokracji pelna gaba.
    Dla porownania Dania, wspolczynnik Giniego 0,3, to jeden z krajow o najwyzszych podatkach w UE i udziale panstwa w PKB, a wciaz jest w czolowce panstw o najlepszych warunkach do prowadzenia biznesu. Dziwnym sposobem Ci socjalistyczni Skandynawowie czesto sa pomijani w analizach ekonomicznych jako niewygodny przyklad, ze wcale prywatyzacja calej sfery publicznej nie oznacza lepszej jakosci zycia spoleczenstwa. Oczywiscie nie ma mowy o wprowadzeniu modelu skandynawskiego w Polsce spaczonej mysleniem homo-sovieticus. Przy takiej korupcji upadlo by cos takiego blyskawicznie.
    W ucielesnieniu marzen prawie kazdego Polaka jakim sa Stany Zjednoczone wspolczynnik Giniego jest powyzej 0.4, zatem moim zdaniem to zblizamy sie do “idealu” wielkimi krokami. Jeszcze kilka reform Tuska i tak jak w Stanach wystawiac przed szpital z podlaczona kroplowka bedziemy tych ktorych nie stac na drogie prywatne ubezpieczenie.
    Jak juz sprywatyzujemy wszystko, wlacznie z monopolami (gdzie wiele szpitali to monopole wlasnie, szczegolnie w miastach poza wojewodzkimi) to sie okaze, co zreszta ekonomisci juz dawno wiedza, tylko nie nasze guru prywatyzacji, ze nie ma zadnych dowodow na wieksza wydajnosc monopolu prywatnego w porownaniu z monopolem panstwowym. Wtedy juz jako kraj bedziemy stali z gola dupa, boso, ale niezmiennie jak zawsze w ostrogach, a prywatyzatorzy smiac sie beda w kulak, bo uwlaszczyli sie za grosze, glownie dzieki glupocie gawiedzi.

    • Doskonałe porównanie z tym współczynnikiem, bardzo Panu za nie dziękuję! Widać jak ważne jest wymienianie poglądów !

    • Dark Dwarven Dwellings

      “należy się zastanowić, jakie jest pole możliwych odpowiedzi? Czy może należy zmienić system? No, bo jeżeli obecny upadnie pod własnym ciężarem, bez względu na nasze wybory decyzyjne, to, co innego rozsądnego pozostaje? Jednakże czy musimy się ograniczać do wyborów rozsądnych? Jeżeli na horyzoncie mamy kres cywilizacji?”

      Nie myślałem, naprawdę nie myślałem, że przyłączę się do lemingów, a jednak… Jesteśmy drobnym elementem globalnego systemu ekonomicznego, w którym rolę dyrygenta gra FED. Pewne gospodarki rosną dynamicznie: Chiny, Indie, Brazylia , i – co ciekawe – im są bogatsze tym większy ciężar zadłużenia USA (i reszty) przyjmują na siebie. Im bardziej te kraje wzrastają, tym bardziej zależy im na utrzymaniu status quo.

      To pozwala zastanowić się nad zdolnością dwóch miliardów biednych a pracowitych ludzi do utrzymywania finansowych ekscesów Zachodu – około miliarda ludzi. Oczywiście, trudno oczekiwać że wystarczy zasobów nieodnawialnych aby każdy w Azji, Ameryce Południowej, oraz wciąż jeszcze w Europie i USA miał ze dwa samochody… Jakiś spadek poziomu życia nastąpi, samochody zastąpimy smatrfonami, ale ciągle jeszcze jest kogo wysysać.
      Wojny światowej nie będzie w najbliższej przyszłości. Soft power – oczywiście, to juz działa, ale jest to bez porównania mniej straszne niż inżynieria genetyczna.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.