O co chodzi z gazociągiem Nord Stream 2 (NS2)? (cz.3)

Stack of pipes for natural gas pipeline North Stream 2 at Mukran port, September 2020 By Pedant01 – Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=94087891

Powstaje pytanie, kto straci a kto zarobi finansowo na zamrożeniu projektu NS2. Gazprom oraz pięciu innych inwestorów zachodnich stracą około 8 miliardów euro, które już zostały włożone w projekt. Te pieniądze teoretycznie nie będą do odzyskania, jeżeli położone rury będzie zmieniały się w złom. Są to przedsiębiorstwa specjalizujcie się w energetyce i pochodzą z Niemiec, Francji, Holandii i Wielkiej Brytanii. Stracą po jednym miliardzie euro. Szacuje się, że dodatkowo zostanie straconych prawie 1000 miejsc pracy w prawie 650 przedsiębiorstwach z 25 państw.

Na koniec należy odpowiedz na pytanie gdzie są „pieniądze”, o które wojnę toczą Stany zjednoczone i Rosja.

W Stanach Zjednoczony gaz wydobywany jest (lub będzie) metodami niekonwencjonalnymi i dlatego jest znacznie droższy od gazu pozyskiwanego w innych sposobów. Żeby sprzedać go na rynku europejskim, musi być skroplony, przetransportowany specjalistycznymi statkami, i ostatecznie rozprężony. Do ceny gazu trzeba będzie jeszcze doliczyć koszt rejsu pustego statku z Europy z powrotem do Ameryki. To powoduje, że cena amerykańskiego gazu musi być wysoka. Jeżeli na rynku europejskim zostanie tańszy gaz rosyjski to gaz amerykan będzie pod ciągła presja cenową. W takiej rozgrywce handlowej dla Amerykanów najlepszym rozwiązaniem byłoby całkowite wyrugowanie rosyjskiego konkurenta. Oczywiście nie można wykluczyć i tego, że po opanowaniu większości rynku europejskiego i wywindowaniu ceny, amerykanie będą „mieszali” swój gaz, z gazem tanim, niepochodzącym z Ameryki. (Podobnie jak nie ma pewności czy cała ropa dla Europy Wschodnie będzie pochodziła zza oceanu).

Przyszła cena gazu w Europie wyjaśnia zaangażowanie pani kanclerz Merkel w forsowaniu ukończeniem NS2,  ponieważ to niemieckie firmy energetyczne będą głównymi odbiorcami gazu.

Zastanawia wolta pani kanclerz, która przedstawiając się przez lata, jako gorąca zwolenniczka dokończenia NS2, niespodziewanie oświadczyła, że decyzja zostanie podjęta na posiedzeniu wszystkich członków Unii. A wszystko to za sprawą „otrucia” Aleksiejewa Nawalnego. Osobiście uważam, że jest zagranie taktyczne. Innym powodem ostrożności rządu niemieckiego jest możliwość bycia pociągniętym, przez zachodnie kartele energetyczne, do odpowiedzialności sądowej za straty finansowe.

Dla Stanów Zjednoczonych sukcesem finansowym będzie samodzielna dystrybucja gazu w Europie, gazu, który wcale nie będzie musiał być pozyskiwany za oceanem.

Dla Moskwy, ukończenie NS2 to podwójna korzyść. Po pierwsze mogą uwolnić się od wysokich opłat za tranzyt gazu przez Ukrainę. Nie mogą też nie brać pod uwagę faktu, że trudności finansowe Kijowa mogą być zachętą do podwyższania i tak wysokich opłat za tranzyt. Po drugie, NS2 oddala potencjalne niebezpieczeństwo całkowitego zablokowanie transportu za pomocą rurociągów ułożonych na ladzie. A oficjalna  umowa Gazpromu z Ukrainą o tranzycie i tak obowiązuje tylko do 2024 roku.

Dla Niemiec „zarobek” to różnica pomiędzy ceną gazu dostarczanego przez Rosję i Stany Zjednoczone. Berlin będzie potrzebował coraz większych ilości gazu w związku z planowanymi włączeniami własnych elektrowni atomowych oraz rezygnacją z węgla kamiennego. W dni pochmurne i bezwietrzne wiatraki i panele słoneczne mogą okazać się niewystarczające i pojawi się potrzeba korzystania z dodatkowych źródeł energii. Niemiecki Simens już jest światowym specjalistą w produkcji turbin gazowych do wytwarzania prądu.

Jeżeli kogoś interesuje jak będą wyglądały „nowe czasy”, które mają niedługo nastąpić, to można śmiało powiedzieć, że one już następują. „Wojny” o rynek zbytu dla technologii 5G, o europejski rynek naftowy, (w którą dał się wkręcić prezydent Łukaszenko), i obecnie  o europejski rynek gazowy stanowią najlepszą charakterystykę tych nowych czasów w sferze ekonomicznej. Jest to coraz ostrzejsza gra o przyszłe dochody finanse.

P.S.

Można odnieść wrażenie, że nasze władze nie do końca zadają sobie sprawę z tego, że walcząc z NS2 w rzeczywistości walczą z zachodnioeuropejskimi kartelami energetycznymi. Każdy kij ma dwa końce. My naciskamy na zamkniecie projektu NS2, one będą naciskały na zamknięcie naszych kopalń węglowych oraz elektrowni na węgiel.

Druga sprawa jest taka, że nasze władze chyba nie wiedzą, że skroplony gaz przywożony do naszego portu w Szczecinie, może pochodzić z Rosji,  która dostarcza  skroplony gaz do zbiorników brytyjskich. A tam gaz traci narodowość.  Podobnie jak nie wiedzą, że tankowce dostarczające „amerykańską” ropę wcale nie muszą być napełniane w Ameryce.

Mikołaj Kisielewicz

10 thoughts on “O co chodzi z gazociągiem Nord Stream 2 (NS2)? (cz.3)

  • 25 września 2020 o 05:10
    Permalink

    Dobre i ciekawe pokazanie, że “gaz traci narodowość” – jak już wydobyty.

    Odpowiedz
  • 25 września 2020 o 08:11
    Permalink

    Nasze władze wiedzą / część z nich zdaje sobie z tego sprawę. Wystarczy podać pełnomocnika rządu ds energetycznych.

    Odpowiedz
  • 25 września 2020 o 08:59
    Permalink

    Nie ma znaczenia skąd będzie gaz pochodził, byle czołowi paserzy świata i największe zachodnie pasożyty na tym zarabiali. Jeżeli rosyjskiemu gazowi przylepią metkę amerykańską, czy niemiecką to przecież Polak to łyknie i nie uwierzy, że to tylko metka. Nadal będzie spalał w swoich piecach i kuchenkach rosyjski gaz, ale droższy bo z amerykańską czy niemiecką metką i na dodatek będzie sądził, że honor zachował bo od ruska już jest niezależny. 🙂

    Jako podsumowanie serii felietonów o NS2 polecam:
    Juliusz Słowacki w „Grobie Agamemnona”:
    „Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;
    Pawiem narodów byłaś i papugą;
    A teraz jesteś służebnicą cudzą”.

    Odpowiedz
  • 25 września 2020 o 16:47
    Permalink

    Pogoda się psuje, więc siedząc w domu dodam kilka uwag do kwestii NS2 w nieco szerszym kontekście.

    NS2 to “zbrodnia” przeciw hegemonowi, któremu sprzedaż przetworzonych produktów nie idzie najlepiej, więc pozostają surowce i paliwa – pod tym względem coraz bardziej przypomina on dawny ZSRR, który na Zachód mógł jedynie sprzedawać surowce, chociaż z nieco innych powodów.
    Gra toczy się więc o rynek zbytu i grube pieniądze, ale nie tylko, bo idzie też o rozwój współpracy gospodarczej UE-Rosja, a w dalszej perspektywie o wspólnotę celów politycznych, a więc potencjalne uniezależnienie się od hegemona.

    Dziwnie i dwuznacznie w tej walce z NS2 i wcześniejszymi propozycjami gazociągów, wygląda rola i zachowanie naszych władz, które przecież co chwilę deklarują wielką troskę o dobro obywateli, o rozwój gospodarki, o doganianie najlepszych. Walka z NS2 oddala nas jednak od realizacji wymienionych celów rozwojowych, prowadzi do wzrostu kosztów surowca dla chemii, energii i produkcji, a więc wymusza obniżenie kosztów pracy dla zapewnienia konkurencyjności naszych wyrobów na rynkach. O to nam chodzi?

    Niestety, tej oczywistej prawdy nasze władze nie wypowiedzą, więc wymyśla się różne uzasadnienia zastępcze, które mają tak zamącić w głowach obywateli, żeby zaczęli uważać, że białe jest czarne, a czarne – białe. Okazuje się nawet, że dzięki zmasowanej propagandzie to się daje zrobić. Gra toczy się o forsę i lepszą przyszłość dla Polski i UE, ale nasze władze tego nie chcą i znajdują mnóstwo paranoidalnych wykrętów i uzasadnień, aby zapewnić nam gorszą przyszłość. Dlaczego?

    Im propaganda więcej trąbi o naszej niezależności, tym bardziej okazuje się, że jesteśmy zależni od woli hegemona dbającego wyłącznie o własny interes ekonomiczny. Od lat wysłuchuję bowiem jak to świetnie jest tracić gospodarczo, finansowo, rozwojowo, a w zamian mieć nawiedzony bełkot o naszej geopolitycznej sile sprawczej i mocarstwowości (za plecami hegemona), bo sąsiedzi chcą nas zniszczyć, ale my im zepsujemy te ich interesy (i swoje również).
    Nie dociera do nas, że tańszy gaz, to również tańsza chemia i energia w UE i Polsce. Nie pozwalamy na to, nie chcemy zwiększenia konkurencyjności UE na rynkach światowych. Jeśli zatem nasz byt gospodarczy i dobrobyt społeczny zależą od stanu gospodarki unijnej (jesteśmy podwykonawcami i tego nie zmienimy), to chcemy żeby było gorzej w UE i u nas? Co to za władze, które propagują marzenia o świetlanej przyszłości dla nas, a w rzeczywistości próbują zapewnić nam większą biedę? Co to za “idee fixe”?

    Ta walka o pogorszenie naszych “terms of trade” trwa od wielu lat. Zwięźle można to ująć w dwóch krokach:
    1. Sprzeciw wobec Jamał 2, więc powstał (z inicjatywy UE) NS.
    2. Sprzeciw wobec “peremyczki” (przez Białoruś, Polskę na Słowację i dalej), co zdopingowało do powstania TurkStream (wcześniej w wersji South Strem) i NS2.
    Tym sposobem rezygnujemy nie tylko ze wschodniego gazu dla siebie, ale również z dochodów z tranzytu.

    Oprócz tego chcemy się pozbyć ze swojego rynku gazu rosyjskiego poprzez:
    – najpierw dywersyfikację dostaw (w toku),
    – potem “uniezależnienie” od gazu rosyjskiego (za kilka lat).
    W zamian zamierzamy sprowadzać gaz:
    – poprzez planowany Baltic Pipe z Norwegii przez Danię do Polski,
    – jako LNG z USA (i z dziwnych powodów z Kataru).

    Baltic Pipe może powstać w części łączącej Danię z Polską, ale co nim popłynie, skoro Dania zamyka swoje pola? Oczywiście, ma popłynąć gaz z Norwegii, ale połączenie Norwegia – Dania jest “w szczerym polu”, bo nie ma chętnego inwestora. Odcinek Dania – Polska jest finansowany głównie przez Polskę (z pomocą UE).
    Przekonanie Duńczyków polegało nie tylko na wzięciu na swoje barki finansowania inwestycji, ale również poprzez zgodę na korzystny dla Danii podział spornej “wyłącznej strefy ekonomicznej” Bałtyku. Nasi “posiadacze monopolu na patriotyzm” zgodzili się na podział: 7/8 Dania, 1/8 Polska. Po podpisaniu takiej umowy, Dania wyraziła już zgodę na przebieg Baltic Pipe i NS2 przez jej strefę.
    Dodam, że względnie niska przepustowość Baltic Pipe (równa 1/5 NS, lub 1/5 NS2), już pogarsza opłacalność całej inwestycji. Ponadto, norweskie zasoby są ograniczone (wydobycie już powoli spada), a po drugie – cały gaz wydobywany z szelfu norweskiego należy do Norwegii, a potem jest sprzedawany dalej. Inwestycje PGNiG w tamtejsze wydobycie mają więc znaczenie jedynie pośrednie.

    Z kolei sprowadzanie LNG, wobec korzystniejszej alternatywy rosyjskiej, jest trudne do uzasadnienia. Straty będą ogromne. Dlatego konieczne było sztuczne (np. propagandowe) wywołanie stanu, który przekona społeczeństwo do ogromnych strat przez nawet dziesięciolecia (zakresy czasowe umów na LNG). Realizuje się to na kilka sposobów:
    – poprzez wmówienie tzw. rosyjskiego zagrożenia militarnego,
    – poprzez przekonywanie, że gazociąg będzie służył naciskom gospodarczym,
    – poprzez ewentualne przyszłe zagrożenia polityczne.
    Wciskanie takich ciemnot jest nie lada sztuką, ale ustawiczna propaganda, śmieszna bo śmieszna, ale działająca w sposób ciągły, może odnieść skutek. Srogo nas to będzie kosztować, ale widać ludzie nie obchodzą władz, bo obchodzą je jedynie oderwane od rzeczywistości “idee fixe” – o ile faktycznie nie co innego. 🙁

    Co do samego NS2, to wydawało się, że ostatnią przeszkodą do pokonania była duńska zgoda na niego. Duńczycy zwlekali bardzo długo, ale po zgodzie Polski na przebieg granicy wyłącznej strefy ekonomicznej na Bałtyku, oraz po zmianie przez Gazprom przebiegu trasy gazociągu (przeniesienie go z duńskich wód terytorialnych, na obszar wyłącznej strefy ekonomicznej), musieli wyrazić zgodę (w myśl zasad Konwencji Narodów Zjednoczonych o prawie morza z 10.12.1982, Montego Bay) na jedną z dwóch zaproponowanych tras (wybrali na południe od Bornholmu).
    Następnym duńskim krokiem była zgoda na to aby statek układający rurociąg nie posiadał układu pozycjonowania dynamicznego (jak wcześniej układający statek firmy Allseas), a tylko posługiwał się kotwicami i cumami, a wystarczało że specjalnym układem (opartym m.in. o GPS) dysponował statek towarzyszący. M.Pompeo natychmiast pojawił się w Danii, co skutkowało duńskim zakazem o nieukładaniu rurociągu na tarliskach dorsza, ale potem (po wyjeździe M.Pompeo) okazało się, że na tarliskach rury zostały ułożone już wcześniej, więc nie ma w ogóle sprawy. W efekcie ponownie wzmogły się bezpośrednie naciski na Niemcy.

    Jak się zakończy historia NS2, trudno powiedzieć. Wydaje się, że do amerykańskich wyborów nic się nie zmieni, tj. budowa gazociągu będzie stać. A potem to nie będzie miało już tak wielkiego znaczenia, obojętnie kto wygra:
    – jeśli D.Trump, to ułoży się w swoim stylu negocjacyjnym,
    – jeśli J.Biden, to do łask wróci wspólnota interesów z UE.
    Na wiosnę przyszłego roku może być po sprawie.

    Pora jeszcze podsumować nasze największe straty i iluzoryczne zyski. Aby to zrobić, to wcześniej należy powiedzieć, co w największym stopniu zapewnia niezależność. Odpowiedź jest tu prosta: im więcej różnych gazociągów będzie przechodzić przez nasz kraj, tym bardziej “jesteśmy w cenie”, tym większe mamy pole manewru, i tym większa jest nasza niezależność i korzyści gospodarcze. Niby to proste, bo każda owocna współpraca zmniejsza pole do konfliktów, ale w świecie “idee fixe” może być inaczej.

    Teraz już możemy wrócić do efektów.
    Zyski z tranzytu rurociągiem Jamał-Europa są relatywnie niższe niż rurociągami przez Ukrainę i Słowację. Powodem tego było potencjalne bankructwo (“brak płynności finansowej”) PGNiG w czasach budowy tego rurociągu, tj. w latach 90-tych. Było do wyboru: rezygnacja z budowy, kary oraz wykupienie przez podmioty zewnętrzne (biedne państwo nie mogło pomóc), albo pomoc z Gazpromu, który wziął na siebie finansowanie inwestycji, ale w zamian zmniejszono opłaty za tranzyt o 1/3. I właśnie na tym ostatnim stanęło: PGNiG przeżył, rurociąg powstał, zaopatrzenie krajowe zyskało, a i tranzyt nadal był korzystny.

    Kolejne rurociągi już nie powstały. Najpierw padł Jamał 2 (wraz z wersją z południową odnogą), a potem na poziomie wstępnych ustaleń padła “peremyczka” – stała się powodem do pożegnania się z hukiem szefowej PGNiG ze stołkiem (już za Donalda T.). W tych sytuacjach zawsze pojawiały się argumenty typu “a co z Ukrainą, która byłaby stratna”. Tak więc nasze władze wyobrażały sobie, że ich “narodem”, o który należy się troszczyć, to nie my, a nasi południowo-wschodni sąsiedzi. Niespotykana to aberracja, ale w państwie, gdzie królują “idee fixe” wszystko jest możliwe.

    Skoro nie mamy sami zysków z tranzytu gazociągowego przez Polskę, to może chociaż zyskamy na tym, że zastępcze gazociągi dostarczą nam tani gaz – gaz z Rosji, ale nie tranzytem przez Białoruś, lecz przez Niemcy (długość tranzytu “ziemnego” byłaby nawet wtedy mniejsza). NS jeszcze powstał, ale co z NS2 na razie nie wiadomo. Obecne władze marzą o LNG prosto z Ameryki. Dlaczego? Nie dlatego, że tańszy, ale dlatego, że “przynosi nam wolność” 🙂
    Oczywiście, chodzi o wolność od kasy, bo po co mamy być bardziej konkurencyjni, jak możemy wołać, że jesteśmy bardziej niezależni (bo tylko LNG nie zabiera niezależności). 🙂

    Mamy więc terminal w Świnoujściu (im. L.K.), dzierżawimy pływający terminal litewski, a już chcemy zamówić kolejny mobilny terminal dla Gdańska. Po prostu: kochamy LNG jak nikt na świecie, i liczymy na cud wzajemności. 🙂
    Teraz pytanie: ile nas to kosztuje, a w zasadzie będzie kosztować po rozpocząciu za 2-3 lata dostaw (po wygaśnięciu umów z Gazpromem)?
    Zanim na to odpowiem, należałoby dodać kilka wyjaśnień o różnicach w handlu gazem i LNG (gazem skroplonym).

    Każdy gaz ziemny (głównie to metan) można wydobywać dwojako:
    – tradycyjnie / klasycznie (z jego podziemnych pokładów),
    – poprzez wiercenia poziome i szczelinowanie (dla “gazu łupkowego”, tj. uwięzionego w porach skalnych).
    Obie metody wydobycia różnią się istotnie kosztami, chociaż w obrębie każdej z nich koszty wydobycia też mogą się wydatnie różnić. Najniższe koszty tradycyjnego wydobycia ma Iran, a większe koszty wydobycia są charakterystyczne dla złóż podwodnych. Z kolei koszt wydobycia gazu łupkowego zmienia się istotnie w zależności od głębokości zalegania i struktury geologicznej. Generalnie można powiedzieć, że koszt wydobycia gazu łupkowego jest co najmniej kilkakrotnie wyższy, również z tytułu koczowniczego charakteru jego eksploatacji.

    Znacznie wyższe różnice cenowe (chociaż nie relacyjnie) w kosztach dostaw gazu wiążą się z formą jego transportu.
    Tani transport, to transport rurociągowy, chociaż początkowe koszty inwestycji są wysokie. Z kolei drogi transport, to transport gazu w formie ciekłej w mobilnych zbiornikach, np. statkami, pociągami lub samochodami. Na wysoki koszt takiego gazu, oprócz kosztu wydobycia, wpływają: koszt skroplenia (-162 stopnie), koszt transportu LNG (przy utrzymaniu niskiej temperatury), koszt regazyfikacji, a potem ewentualnie koszt transportu rurociągowego. Sumarycznie są to naprawdę wysokie koszty, wielokrotnie wyższe niż samego transportu rurociągowego.
    Warto tu dodać, że transport rurociągowy charakteryzuje się dużymi ograniczeniami, przez co rynek jest specyficzny, uwarunkowany w dużym stopniu przez geografię. Z kolei transport LNG ma charakter globalny, i taki również jest rynek LNG.

    Gaz rurociągowy jest zwykle dostarczany na podstawie wieloletnich umów, a stosowane rozliczenia cenowe są bardzo różne. Dla stabilizacji, ceny kontraktowe mogą zależeć prawie od wszystkiego, np. bezpośrednio od cen ropy, od produktów ropopochodnych, a nawet (w części) od cen prądu – tylko sporadycznie są to ceny spot (bieżące, z dostawą “natychmiastową”). Inaczej jest na rynku LNG, gdzie akurat dominują kontrakty typu spot, a ewenementem są kontrakty długoterminowe. Właśnie PGNiG takie kontrakty zawarła z Amerykanami: dostawy rozpoczną się prawie za 3 lata i potrwają 20 i 24 lata. To kosmos. A na dodatek ceny są rynkowe (na hubach amerykańskich) – takich wieloletnich gwarancji dla sprzedawcy nie ma prawie nigdzie (sprzedawca nie ponosi żadnego ryzyka, a odbierać trzeba).

    Obecna zawierucha na rynkach gazowych powoduje, że LNG jest bardzo tani, często tańszy niż ceny kontraktowe na gaz rurociągowy (proszę nie mylić z kosztami takiego gazu). Dochodzi do takich sytuacji, że Turcja nie odbiera gazu przez Blue Stream w ogóle (więc jest remont), a z TurkStream tylko niewielkie ilości. Woli kupować LNG na rynku spot (np. w Katarze), a kontraktowym wymogiem zakupu pewnego minimum się nie przejmuje (zalega co najmniej 2 mld. USD) – czeka na spadek cen gazu kontaktowego, zależnych od ceny ropy z półrocznym opóźnieniem. Wtedy wróci to zapewne do normy, ale ciekawe jak się rozliczą.

    LNG z Kataru jest na rynku spot bardzo tani. PGNiG ma natomiast umowę wieloletnią z Katarem na LNG, przy czym jest to najdroższy LNG obarczony przymusem odbioru (lub zapłaty: kontrakt typu take-or-pay). Tak ostrych warunków nie ma już od dawna w umowie z Gazpromem. Zresztą z Gazpromem PGNiG procesuje się ostatnio prawie ciągle, natomiast z Qatargas w ogóle. PGNiG płaci bez szemrania, ale nie wierzę, że całą zapłatę zatrzymuje Katar. Kto z kim może się dzielić to odrębna i delikatna kwestia, o której niczego nie wiem. Tego typu rzeczy nie są raczej możliwe w kontraktach amerykańskich, bo tam obowiązuje przejrzystość – cały eksport jest oficjalnie wykazywany, wraz z cenami, natomiast w Polsce (od kilku lat) i Katarze tego nie ma.
    Chyba się rozpisałem przesadnie, ale przynajmniej na razie jakoś uporządkowałem niektóre swoje myśli.

    Odpowiedz
  • 25 września 2020 o 18:07
    Permalink

    Dla Niemiec tani gaz jest znacznie ważniejszy niż dla Rosji jego sprzedaż do Niemiec. Rosjanie mogą sprzedać go gdzie indziej, bo świat jest duży, także skroplony.

    Pieniądze na NS2 i tak zostały już wydane, co Rosja może stracić to różnicę w przyszłych zyskach między rynkiem europejskim a azjatyckim.

    Odpowiedz
  • 26 września 2020 o 08:38
    Permalink

    Szczególnie zdumiewa mnie to, że tych gggggg z UE najwyraźniej nie obchodzi, że bez North Stream 2 będą musieli kupować amerykański gaz po znacznie wyższych cenach, co sprawi, że gospodarka UE będzie mniej efektywna niż amerykańska. Pomyślałem, że gggggg zawsze doskonale zdają sobie sprawę z tego, jakie pieniądze mogą zarobić: najwyraźniej nie europejskie.

    Mimo wszystko uważam, że „najwyższy zaszczyt” w tej kategorii przypada Polsce, która potępiając jakąś nieokreśloną rosyjską interwencję na Białorusi, prowadzi kanał NEXTA Telegram, który wyświetla takie filmy: (po rosyjsku – nie, nie po białorusku, oni wiedzą, że 99,9999% Białorusinów mówi po rosyjsku):
    https://www.unz.com/tsaker/the-world-has-gone-absolutely-insane/
    ==============

    Doskonała analiza wielu wątków.

    Upadającemu Imperium sni się powtórka z “Żelaznej kurtyny”.
    Niestety, zmieniły się REALIA.
    Jednostronny dyktat z pozycji siły, jest niemożliwy.
    Pozostaje jedynie propaganda i zastraszanie sojuszników.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.