A on z nożem do mnie…

Zlecenie

Wiesz, dostaliśmy zlecenie. Dzwoniła jakaś baka, że licznik od wody się u niej popsuł i zaiwania jak głupi za serem. No to pojechaliśmy. Wsiadamy w samochód i zapylamy na to osiedle. Podjeżdżamy pod dom. Dobrze, że miałem nazwisko na zleceniu, bo bym nie miał pojęcia, który dzwonek pocisnąć. Tyle ich tam.

Zeszliśmy do piwnicy. A tam robota spartaczona. Wiesz, niedawno tam zrobili chłopaki od nas przyłącze z ulicy. Ale na liczniki nie spojrzeli. I teraz wszystko do wymiany. Wiec wzięliśmy się do roboty. Przy okazji założyliśmy zawór, bo na jej złączu go nie było. I jak się coś działo, musiała zakręcać wodę w całym domu. Mówię, ci już to mi się nieco dziwne wydało. Bo na innych były zawory. A u niej nie. Jakby kto specjalnie nie założył.

Ale nic. Jest robota, to działamy. Chwilę nam zeszło. Niby nic trudnego. Ale wiesz, tu przyciąć, tam nagwintować, pospawać i poskręcać. Ot codzienna dłubanina. Niewiele zrobisz, a godzinka pękła albo i lepiej czasem. Kawkę nam przyniosła, więc się nie nudziliśmy przynajmniej. A i pogadać było miło, wiec robota leciała, aż furczało. I mówię ci, się babka na rzeczy znała. Inni to guzik wiedzą o hydraulice, a namądrzą się, a naprzeszkadzają i aż ręce pali, jak na ciebie wilkiem patrzą. A tu miło, kulturalnie i fachowo. Miodzio słowem. Do czasu jednak. Ale o tym za chwilę.

No i mówię ci, kończymy już te robotę. Wszystko jak cacy. Gra i śpiewa, woda huczy, a licznik pod dyktando tańczy. Żadnej samowolki, jak poprzedni, zepsuty, co to na jałowym se podkręcał się, a na biegu świrował, jakby dopalacza wciągnął. No i ja do niej, że tamte liczniki to też trzeba koniecznie wymienić. A ona na to, że to nie jej, i że jak chcemy musimy się sami popytać.

To ja się na to pytam, ten to czyj? I wskazuje pierwszy z brzegu. A ten to tamtego. Pan pozwoli za mną, to pokażę, bo akurat w domu jest. No to idę. Przepuściła przez mieszkanie, bo tak to bym musiał zapylać ulicą dookoła. Niby niedaleko, ale jednak kawałek. A tu można skrótem. I już się jest z drugiej strony.

I on do mnie wyszedł

Wychodzimy przed dom, a ona do mnie, że dalej teraz to muszę wyjść tam dalej na ulicę i tam dalej do tej drugiej furtki sobie zadzwonić. Dziwne, mówię ci, mi się to od razu wydało. Bo przecież prościej byłoby, jakbym przez taki mały płotek przeskoczył i już bym mógł tam do tego gościa mógł wejść. Ale nic. Skoro tak, to idę. Dzwonię. Raz. Drugi. Nic, cisza. No to przydusiłem i przytrzymałem. Skoro mówi, że jest, to może nie słyszy. Przytrzymam, myślę sobie, to może zareaguje. Spróbować nie zawadzi. Się uda, to od razu załatwimy i nie będzie trzeba powtórnie zajeżdżać.

No i wyszedł. Po trzecim dzwonku. Taki nieduży. Mikrawy. Ale, chłopie, jak wyszedł. On ci do mnie z nożem wyszedł. Takim wielkim. I ten nóż w łapie trzymał. Cholera, pomyślałem. Będzie mnie dźgał czy co? Kroić mnie chce? ganiać po ulicy? Z nożem, do mnie? Z nożem na hydraulika? Co jest kurna tu grane? Co to za facio, że z nożem do mnie startuje?

No, ale nic. W końcu na ulicy jestem, za furtką, wiec jakby co, to ca ci nogi za pas i będę spylał stamtąd czym prędzej. Wyszedł przed dom, łbem zarzucił w moja stronę. I trzyma tego noża. Oczu oderwać od niego nie mogłem. Tego noża znaczy się. Taki wielki to był nóż i on go w ręku jak do mnie wyszedł miał. I się mnie pyta. Nie, on nie pytał. On wychrypiał. Wysyczał. Wyburczał do mnie to swoje: czego? Żadne tam: dzień dobry. Żadne tam: słucham pana. Żadne tam: a pan w jakiej sprawie. Żadne tam: w czym mogę pomóc? Tylko on to swoje gardłowe: czego. No i ten nóż w łapsku. I patrzy na mnie spode łba. I ten nóż w łapsku trzyma. I patrzy. I trzyma i patrzy.

Co za kolo, se myślę. Żeby tak na ludzi z nożem wychodzić. Taki mały i z nożem. To może on się mnie zestrachał. Tak se myślę, a sam nogami trzęsę. Bo nie wiem, co on mi tym nożem zechce machać. I może on na postrach, dla animuszu se ten nóż wziął. Ale nic to. No i wiesz, zaczynam mu wyjaśniać. Wiesz słodziutko, grzecznie, przymilnie. Normalnie pączuś w gębie, taki byłem milusi. Bo se myślę: lepiej kurdupla z nożem nie wkurzać. Więc tłumaczę powoli. Że my z wodociągów. Że licznik trzeba koniecznie wymienić. I czy się żądza.

A on na mnie z mordą. No teraz to gom wkurzył, myślę sobie. I pewnie mnie zaraz tym nożem chlaśnie jeszcze. Normalnie się cały rozindyczył. Napuszył. Oczy jakby mu krwią nabiegły. A może mi się tylko wydawało. Przez ten nóż, co go ciągle łapskiem trzymał. Że on o niczym nie wie. I niczego wymieniać nie będzie. I niczego ode mnie nie potrzebuje. A tak w ogóle, to jak coś chcę, to mam przyjść później, jak żona będzie. Tak mi powiedział. Tak mi w twarz to wszystko jak błotem rzucił.

Dobra, myślę sobie, to ja już idę sobie stąd. Lepiej z gościem nie zadzierać, bo mu jeszcze ta ręka z nożem drgnie i zacznie mnie po ulicy ganiać. Wracam i się pytam tej kobitki, cośmy jej na serwis przyjechali. Że niby co to za pacan, ten mały z nożem, i w ogóle. A ona do mnie, że on tak ma na co dzień. O kurde, myślę sobie. Niezłe jaja. To się jeszcze pytam, czy żona go może leje? Bo taki jakiś niegadatliwy i z tym nożem to może ze strachu do mnie wyszedł. I że bez żony to on o niczym nie decyduje. To się kobitka uśmiała. A ja se myślę, że ten mały pokurcz z tą gębą jak cytryna nienawistnie skręconą, to jakiś pantoflarz i w ogóle gbur. Dziadu jakiś pokurczony. Mówię ci, takich lepiej omijać i w drogę im nie wchodzić. Kopniesz gówno, to śmierdzi ci całą noga potem. i jeszcze buta uwalasz.

Bo to rodzinka była

To tylko zostawiłem mu powiadomienie w skrzynce, że konieczna wymiana liczników. I się jej pytam, co z tym drugim licznikiem. To ona mi, że jak chcę to tam na górę mogę iść. Ale że go chyba i tak teraz nie ma. To ja się pytam, czy on też do mnie z nożem wyjdzie. No bo nie wiem, na co się jeszcze przygotować. A ona do mnie, że nie. Że ten to szuja. Że z uśmiechem do mnie w oczy. A za plecami i tak zrobi swoje. I jeszcze może skargę napisać. Albo ze schodów zepchnąć. Taki to gnój z niego.

To ja się jej pytam, co to za ludzie pokręceni? A ona, że to rodzina. No to ja, że jej współczuje między takimi gadami mieszkać. A ona nam na to, że też sobie współczuje. A tego gościa nie było, no to też kartkę zostawiłem. No i żeśmy pojechali. Taki to dzisiaj dzionek mieliśmy. Się nam trafiła fucha, nie ma co. Dobrze, że mnie  tym nożem po ulicy nie ganiał. No bo jak go żem zobaczył, to włos normalnie mi się na plecach zjeżył. Zestrachałem się normalnie. o bo niby idziesz z robotą do gościa, a ten cię z nożem wita. Nigdy mi się to jeszcze nie zdarzyło. U różnych buraków robiłem, ale żeby mnie z nożem witał, to jeszcze nie.

***

Siej prawdy ziarno

2014.03.12
Poznań

a wzejdzie z czasem
lecz pierwej obumrzeć musi
a śmierć ta boli
jak każde obumieranie

przeorzą ciebie niczym glebę czarną
i skopią jakoby szpadlem twe istnienie
zgnoją twe imię

lecz na tobie wzejdzie
na twej śmierci męce
słowo prawdy twoje

oto wiosny pora
nadchodzi nieuchronnie
co obumarło znów ożyje
coś zasiał z czasem zbierzesz

i nadejdzie wolności czas
czas postania z grobu
a wolność ta będzie nowa
wolność co prawdą się zowie
wolność prawdy słowa
i nikt już nie zaprzeczy
i nikt już nie skłamie
oto nadejdzie uwolnienie
oto wolność prawdziwa
bo wolność dana od Boga

żyć znów przyjdzie nam w prawdzie
żyć przyjdzie nam znów w miłości
żyć w świecie bez nienawiści
żyć w świecie bez bliźniego złośliwości
żyć pośród ludzi co się kochają
żyć jak Bóg nakazał człowiekowi
żyć życia pełnia życiem prawdziwym
żyć naprawdę a nie udawać życia
żyć pełną piersią
bez oglądania się za siebie

Adam Gabriel Grzelązka

Życie. Samo życie. Historia zasłyszana, a jednak historia prawdziwa ze wszech miar. Nic dodać, nic ująć. Nie trzeba wiele szukać. Nie trzeba szukać daleko. Wystarczy rozejrzeć się, posłuchać, o czym ludzie mówią. Życie samo dostarcza opowieści niesamowitych, przekraczających ludzka wyobraźnię, niemal nie do pomyślenia i wyobrażenia. A jednak zaistniałych.

Poznań, 2014.03.14
Autor: Adam Gabriel Grzelązka

2 myśli na temat “A on z nożem do mnie…

  • 20 marca 2014 o 07:01
    Permalink

    Nie wiedziałem, że buractwo jest też w Poznaniu.
    Myślałem że to tylko w Warszawie.

    Odpowiedz
  • 20 marca 2014 o 21:38
    Permalink

    W skrócie opiszę historię domowych awarii z własnego podwórka. Na wsi gdy jakieś urządzenie w domu nawala każdy musi radzić sobie sam. Właśnie byłam sama w domu i naraz słyszę szum…trąba powietrzna, tornado.. nic z tych rzeczy. W łazience wali woda pod ciśnieniem 3-5 atmosfer, nawet nie wiedziałam gdzie jest zawór aby zamknąć tą wściekłą siklawę, ale od czego są szare komórki, znalazłam zawór, zakręciłam jednak brodziłam już po kostki w wodzie. Wodę zbierałam za pomocą ściery w ciągu 2 godzin. W takich przypadkach bardzo przydatne są barchany, nawet kataru nie dostałam mając tak przyzwoite desu.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.