Nowy profeministyczny paradygmat rozwoju społecznego

Przez tysiąclecia, człowiek rozwijał się w sposób taki, w jaki rozwijały się jego poprzednie pokolenia. Kluczowym, wręcz fundamentalnym elementem społeczeństwa jest rodzina, umożliwiająca zagwarantowanie zastępowalności pokoleń. Jest to jej główna funkcja, poza innymi jak np. absorbowanie szoków ekonomicznych, zapewnienie dachu nad głową itd. Stąd w naszej kulturze tak wielki szacunek dla rodzin i domu rodzinnego. Z przyczyn biologicznych rodziny są najczęściej trzy pokoleniowe. Seniorzy, czyli osoby w wieku emerytalnym będących rodzicami pokolenia aktywnego zawodowo, są najczęściej osobami posiadającymi ziemię – miejsce zamieszkania, albowiem przykładowo w naszym kraju istotną cezurą była II Wojna Światowa, która zmieniła realia funkcjonowania społeczeństwa. Następnie ich dzieci, czyli pokolenie około 40-50 latków aktualnie aktywne zawodowo w szczycie sił witalnych i możliwości finansowych, będące rodzicami dla obecnych 20-30 latków, – czyli pokolenia trzeciego – wnucząt pokolenia seniorów. W tych rodzinach zaczynają się pojawiać prawnuki pokolenia seniorów, wnuki pokolenia aktywnego zawodowo i dziećmi ich dzieci. Dotychczasowy model funkcjonowania społeczeństwa zakładał powtarzanie modelu seniorzy, dzieci i ich dzieci… Trwało to przez pokolenia i miało się doskonale. Ludzie rozumieli potrzebę zapewniania dzieciom bytu, państwo wspierało funkcjonowanie takiego modelu społecznego, a kościół przez wieki usankcjonował właśnie taki sposób życia i odtwarzania się, – jako zgodny z wzorcem moralnym dla cywilizacji zachodnich chrześcijan, do których my dumni Słowianie zachodni także się zaliczamy.

Żadne z dotychczasowych zawirowań w historii nie było w stanie zatrzymać tego zamachowego koła rozwoju społecznego, przedstawiony dogmat rozwoju społecznego funkcjonował nieprzerwanie od zarania państwa, przez wszelkie zawieruchy historii, nieszczęścia, kontrybucje, zabory i okupacje. Jednakże na przestrzeni ostatnich 30 lat ten idealnie funkcjonujący ponad 1000 lat mechanizm uległ zatarciu. Doskonale dopasowane koła zębate zazgrzytały, wyszczerbiły się i co prawda dalej się kręcą, ale to już nie jest to samo, co kiedyś, z czego doskonale zdają sobie sprawę wszyscy, w tym państwo i kościół.

Ciosem w mechanizm była rewolucja seksualna, która umożliwiła kobietom kontrolę nad własnymi ciałami tzn. kontrolę nad rozrodczością. Nawet przy tak niezwykle restrykcyjnym prawie związanym z przerywaniem ciąży jak w Polsce, współczesna kobieta nie ma problemów z antykoncepcją lub stosownym zabiegiem, jeżeli będzie tego sobie życzyć. Oznacza to w praktyce, że współczesne kobiety zyskując władzę nad swoim ciałem (to znaczy, że mogą zachodzić w ciąże wtedy, kiedy chcą a nie wówczas, gdy wtryskiwane jest w nie nasienie), zyskały władzę nad planowaniem rodziny. Czyli zachwiały fundamentem dotychczasowego stylu życia, w którym pełniły rolę opiekuńczo-rozpłodową a regulowała ten cykl teoria prawdopodobieństwa. Współcześnie się to zmieniło, kobiety dzięki pigułce mogą planować czy chcą być zapłodnione czy nie, a dzięki temu mogą się uczyć, pracować, same decydować o swoim życiu i robić to, na co mają ochotę, bez oglądania się na dotychczasowy imperatywny styl życia rodziny, w której bez „wyjścia za mąż”, były społecznie i ekonomicznie upośledzone, jako „stare panny”.

Odpowiedzią tradycyjnego społeczeństwa na deficyt i brak woli kobiet do wypełniania swojej tradycyjnej roli była pustka, po której nastąpiło pójście na kompromis tj. dopuszczenie kobiet do faktycznego decydowania o stylu życia. W praktyce przejawia się to przesunięciem planu o zajściu w ciąże na wiek po 30 tym roku życia, kiedy to kobiety kapitulują albowiem zegar biologiczny tyka.

W ten sposób żyjemy w społeczeństwie, którym rządzą pragnienia seksualne kobiet i ich samolubne dążenie do samorealizacji, na ołtarzu, którego poświęcają przyszłość kolejnych pokoleń, spokój życia rodzinnego i 1000 lat historii funkcjonowania społeczeństwa polskiego. Co więcej, emancypacja postępuje, albowiem coraz więcej kobiet decyduje się na samodzielne życie, traktując ciąże i dziecko, jako kolejną sprawność, – do której potrzebują pozyskać jedynie odrobinę nasienia, potem poradzą sobie same – oczywiście do maksimum wykorzystując system prawny gwarantujący im ekonomiczne zabezpieczenie ze strony dochodów „sprawcy ciąży”. Jest to poważny problem społeczny, albowiem, w jaki inny sposób można wytłumaczyć tak przerażająco szeroką falę rozwodów? Już o dzieciach poza małżeńskich (zwanych bękartami) nie wspominając?

Wyzwolenie kobiet spowodowało zakłócenie funkcjonowania dotychczasowego mechanizmu, jednakże one nadal nie są usatysfakcjonowane stanem posiadania, albowiem pragną pełnej niezależności, która w pewnej formie została przejaskrawiona w pewnym znanym polskim filmie z lat 80 tych. Jeżeli powiem nasze panie, w istocie pragną pełnego równouprawnienia i uwolnienia się z karbów konwenansów i społecznych zobowiązań np. wobec poprzednich pokoleń – to filozofia równouprawnienia pogrąży nasze społeczeństwa dalej w odmęcie nowoczesności i walki o wyimaginowaną równość. Do środowisk feministycznych z pewnością dołączą jeszcze silniejsze niż do tej pory środowiska domagające się równouprawnienia innych modeli współżycia, zakładających np. poligamię lub tożsamość płci partnerów. W efekcie, to co dotychczas było normą uświęconą przez wielowiekową tradycję oraz miało poparcie w moralności dostarczanej przez kościół będzie nie tylko zagrożone, ale ze względu na luźne traktowanie związków – może stanowić mniejszość. Już współcześnie dla wielu ludzi normą jest rozwód i życie w luźnych związkach krzyżujących partnerów i kompetencje do opieki nad dziećmi. Co przyniesie przyszłość, prawdopodobnie przekonamy się już w najbliższym okresie.

Drugim elementem tradycyjnej rodziny są mężczyźni, którzy od wieków byli powołani do pełnienia funkcji dostarczyciela środków utrzymania dla rodziny tj. siebie, kobiety i potomstwa. Tradycyjny model zakładał nieskrępowanie niczym zobowiązanie mężczyzny do pracy na rzecz dostarczania środków umożliwiających przetrwanie a w perspektywie rozwój. Współcześnie, kiedy kobieta nie tylko chce, ale także musi iść do pracy, żeby rodzina mogła się utrzymać i funkcjonować, dotychczasowa rola mężczyzn jest niedopełniona. Model zakładający bierność kobiet w sferze zawodowej, zakładał takie skonstruowanie łańcuchów dochodowych w gospodarce, że z pensji mężczyzny starczało na utrzymanie całej rodziny. Współcześnie jest to jedynie przywilej wąskiej elity, szerokie rzesze społeczeństwa są skazane na pracę obojga rodziców – małżonków, albowiem średnia dochodów uniemożliwia pozyskanie i utrzymanie mieszkania, wyżywienie, a już o sfinansowaniu potrzeb potomstwa nie wspominając. W naszym społeczeństwie praca kobiet, jest warunkiem koniecznym do funkcjonowania w ramach narzuconych społeczeństwu uwarunkowań ekonomicznych, rodzi to oczywiście liczne komplikacje, z których obserwacją generalną jest zepchnięcie mężczyzn do niszy dostarczycieli jedynie części środków na utrzymanie rodziny, lub jedynie zmniejszenie kosztów finansowania potomstwa w razie ustania pożycia z kobietą.

Dla wielu młodych ludzi, założenie rodziny jest współcześnie traktowane na próbę, niejako z możliwością zerwania więzów, w momencie gdy pojawią się kłopoty, lub partner przestanie spełniać oczekiwania wynikające ze snobistycznych wyobrażeń zbudowanych na papce dostarczanej przez przejaskrawione wzorce powszechne w kulturze masowej. W wyniku tych procesów żyjemy w kulturze indywidualistów, zapatrzonych we własne snobistycznie definiowane wygodnictwo. Nie liczy się nic poza „tu i teraz”, o czym zresztą nie dawno przypomniał nam obecny premier. Niestety takie społeczeństwo jest niezdolne do jakichkolwiek wyrzeczeń i wszelkiego rodzaju próby naruszenia status quo, uznaje za zamach na podstawowe wolności i „prawo do”. Takim społeczeństwem nie da się w sposób racjonalny rządzić – stąd też nacisk na medialną idiokrację, dążenie do zapewnienia banalnej rozrywki maskującej mizerię dochodów i wynikającej z niej niską dochodowość.

W takim społeczeństwie nie dziwią coraz bardziej narcystyczne zachowania kobiet, dążących do spełnienia swojej biologicznej roli z pominięciem partnera poza funkcją rozpłodową i ewentualnie przy wykorzystaniu części jego potencjału ekonomicznego, jako sumy wspierającej budżet na nowo skonstruowanej rodziny.

Oznacza to, że kobiety poprzez macierzyństwo dążą do uzyskania władztwa ekonomicznego nad mężczyznami, podobnie jak czyniły to kiedyś w modelu tradycyjnym, w którym mężczyzna zaharowywał się na śmierć – żeby tylko rodzina miała zabezpieczone warunki egzystencji. Kiedyś zmuszała do tego mężczyzn rzeczywistość, rodzina, moralność, presja środowiska. Wszystkie sprawy przestawały się liczyć, istotne było tylko i wyłącznie zapewnienie środków zapewniających byt. Współcześnie, gdy kobiety wiedzą, że mężczyźni nie mają takich możliwości odrzucają ich, zachowując jednak smycz ekonomiczną – wymuszającą za pośrednictwem systemu prawnego spełnianie świadczeń w pieniądzu na utrzymanie siebie i dziecka, jednakże poza rodzinom i wszystkim tym, co się z nią wiąże. Stopniowo, w kontrapozycji do wyzwalania kobiet następuje stopniowe zniewolenie mężczyzn, którzy bardzo często reagują na nową sytuację zniewieścieniem, żeby nadążać za stylem wyzwolonych kobiet, być podobnie atrakcyjnym jak one. Mamy nowe wzorce kulturowe, spodnie rurki, obciskające jądra i pośladki, opaleniznę, depilację, żel, itp., idiotyzmy określane generalnie mianem metro seksualności, czyli przejmowaniem żeńskich cech zachowań przez mężczyzn. Zjawisko to napotyka w pewnym stadium na opór kobiet, albowiem od pewnego momentu czują one, że stan, w którym funkcjonują przy wszystkich korzyściach z wyzwolenia i równouprawnienia przestaje im odpowiadać. Nie mogą wypełniać pożądanej roli matki, żony… często kucharki. Świadczy to o pełnym upadku społeczeństwa, które stopniowo podążając tym modelem zmierza do nikąd.

Nie bez znaczenia jest wątek ekonomiczny, albowiem zarówno rodzice w rodzinach pełnych jak i rodzice rozbitych rodzin mają przed sobą poważne wyzwania ekonomiczne, obligujące ich do zmiany stylu życia i bardzo długiego okresu płacenia za ułudę pragnień związanych z budową rodziny i chęcią posiadania potomstwa. Dotychczasowy model, w którym dzieci dorastają w rodzinach, lub w rodzinach szczątkowych jest dla osób dorosłych przerażającym doświadczeniem, obfitującym w wyrzeczenia, lub niezdolność do podjęcia kroków w stronę prokreacji, ze względu na świadomość związanych z tym procesem kosztów. Najlepszym dowodem na negatywne skutki obecnego stanu rzeczy jest spadek populacji wynikający ze spadku liczby urodzeń. Mało, kogo jest stać na model rodziny 2+2, szaleństwem i skrajną nieodpowiedzialnością jest posiadanie większej ilości potomstwa przez rodziny o dochodach oscylujących na poziomie średniej krajowej. Po prostu nie da się sfinansować podstawowych potrzeb związanych z przetrwaniem, już nie wspominając o rozwoju (edukacja).

Pokazuje to, jak chory i zły jest dotychczasowy model rozwoju społecznego Polski, w którym z jednej strony państwo formalnie zachęca rodziny do prokreacji, a z drugiej nie stwarza ekonomicznych warunków do finansowania kosztów utrzymania i wychowania potomstwa w ramach tychże rodzin. Dodatkowym problemem jest rozrywanie systemu poprzez odejście od tradycyjnego modelu rodziny, w wyniku, którego ludzie nie tylko nie zapewniają optymalnej stopy zastępowalności pokoleń, ale nie są szczęśliwi. Niestety we współczesnym społeczeństwie zachodu, w tym niestety Polski, posiadanie i wychowanie dzieci na poziomie umożliwiającym im rozwój, (czyli osiągnięcie więcej niż pokolenie rodziców) staje się luksusem wynikającym z poziomu dochodów. Rodziny, osoby biedne – gorzej wykształcone niemające kwalifikacji, są skazane na niższe dochody, tym samym chcąc działać racjonalnie powinny zrezygnować z posiadania i wychowywania potomstwa, albowiem skoro nie jest ich stać na samodzielne utrzymanie się, to skąd mają brać na utrzymanie kolejnych pokoleń? Które w najlepszym wypadku, będą skazane na osiągnięcie ich poziomu lub jeszcze większą pauperyzację. Natomiast osoby zamożne, z rodzin posiadających rentę kapitałową umożliwiającą, co najmniej wykształcenie następnych pokoleń celowo nie dążą do obarczania się większą ilością potomstwa, albowiem nie chcą zmieniać wygodnego trybu życia. Wszystko to oczywiście obserwacja wynikająca z uogólnień, ale dająca prawo do zadania pytania czy nasz dotychczasowy paradygmat rozwoju społecznego jest optymalny i efektywny? Jeżeli za miarę przyjmiemy obserwowane zwijanie się społeczeństwa, należy uznać że nie jest. Co więcej istniejący system jest szkodliwy, albowiem pomimo pozornej wolności i równości, uzależnia prawo do prokreacji od posiadanego kapitału. Osoby biedne, utrzymujące się z pracy swoich rąk, a nie z renty kapitałowej są na z góry straconej pozycji. Co szczególnie ostro ujawnia się w tak wynędzniałych społeczeństwach jak nasze, gdzie osoby o średnich dochodach żyją z dnia na dzień, bez szans na jakąkolwiek akumulacje – ze względu na konieczność ponoszenia kosztów życia codziennego.

Wszystko to skłania do próby poszukiwania nowego modelu rozwoju społecznego, który łączyłby w sobie z jednej strony zapewnienie zastępowalności pokoleń, a zarazem gwarantował wolność coraz bardziej samolubnym jednostkom, a to wszystko przy zapewnieniu ekonomicznej równowagi na starcie odtwarzanych pokoleń, uniezależniając możliwości osobistego rozwoju od pozycji społeczno-ekonomicznej rodziców. Taki nowy model rozwoju społecznego, musiałby być oparty na paradygmacie nowego sformułowania stosunków i relacji społecznych, których podstawą nie mogłaby być już rodzina, albowiem jej dysfunkcja nie gwarantuje niczego poza ponoszeniem obciążeń, przez dążące do wolności jednostki. Nowy model, musiałby zapewniać wolność i równość płci, przy jednoczesnej destygmatyzacji związków opartych na modelu monopłciowym lub innych kombinacji związanych z trans płciowością itp., rozwiązaniami stosunek, do których podobno staje się probierzem naszego człowieczeństwa.

Model ten, prawdopodobnie z czasem ukształtuje się sam, gwarantując prawa kobietom, osobom homo i trans seksualnym, mężczyznom, z pominięciem jednego elementu – mianowicie wykluczy prawo dzieci do dorastania w tradycyjnie rozumianej rodzinie. Dlatego należy dążyć do odpowiedniego ukształtowania tego modelu, wyznaczając pola oczekiwań, gwarantujące zapewnienie katalogu podstawowych praw poszczególnym grupom społecznym, przy jednoczesnym zagwarantowaniu odtwarzalności pokoleń i to przy zachowaniu paradygmatu socjalizującego sposobu wychowania, jaki wywodzi się z tradycyjnych rodzin.

Prawdopodobnie kierunkiem, w jakim powinny iść poszukiwania nowego paradygmatu społecznego, powinien być kierunek skoncentrowany na uwolnienie kobiet z ostatniego balastu, jaki im pozostał a z jakiego uwolnić je przy obecnym poziomie techniki można tj. wychowania dzieci. Pozbawienie kobiet tego społecznego przymusu, poprzez szerokie umożliwienie zapewnienia dzieciom wychowania kolektywnego – spowoduje pełną emancypację (urodziłam, jestem wolna!) a zarazem wytrąci im z dłoni oręż w postaci smyczy ekonomiczno-emocjonalnej, nad mężczyznami wynikającej z potrzeby zapewnienia dziecku środków do życia. W systemie idealnym, kobieta – matka po zapłodnieniu powinna mieć prawo do rocznego urlopu macierzyńskiego, w którym byłaby zapraszana do specjalnego ośrodka porodowego – gdzie pod profesjonalną kontrolą lekarzy i w godnych warunkach miałaby zapewnione warunki porodu. Po porodzie, miałaby czas na regenerację i podjęcie decyzji, czy woli pozostawić dziecko w ośrodku wychowania kolektywnego, czy też decyduje się na samodzielne wychowanie, lub wychowanie tradycyjne, (jeżeli jest ojciec). W efekcie funkcjonowania tego modelu, młode osoby mogłyby żyć dowolnie wybranym rytmem życia, bez konieczności ponoszenia obciążeń związanych z wychowaniem dziecka. Proces ten realizowany byłby w specjalnych ośrodkach opiekuńczo wychowawczych, utrzymywanych przez państwo z podatków wszystkich osób dorosłych. Kwestią wtórną byłoby, czy rodzice chcieliby mieć kontakt z dziećmi, czy dali by im prawo do swojego nazwiska i majątku? Prawdopodobnie zagadnienia te byłyby normowane przez prawo zakazujące dziedziczenia, zakazujące przekazywania nazwiska potomkom w imię wyrównania szans i zapewnienia optymalizacji ścieżki rozwoju przez dominującą większość społeczeństwa a nie jedynie przez wąskie grono wysoce uprzywilejowanej finansowo elity.

Opierając się na powyższym zarysie można stworzyć model umożliwiający wolność i równość jednostek, przy równoczesnych zapewnieniu wychowania nowych pokoleń w duchu życia w grupie (kolektywie) i odpowiedzialności społeczeństwa za los tych, którzy przyjdą po nas. Bezwzględnie ten model, zapewniałby równość i prawo do prokreacji także osobom obecnie np. z powodów ekonomicznych lub ze względu na mechanizmy doboru naturalnego wykluczonych z prawa do posiadania potomstwa. Skorzystałyby na tym z pewnością osoby homoseksualne, albowiem poprzez banki genów – miałyby możliwość skojarzenia się z partnerkami/ami pragnącymi mieć potomstwo, – ale w opisywanym modelu bez konsekwencji. Zarzut, że rodzina monopłciowa nie może korzystać z poparcia państwa, ponieważ nie służy prokreacji – straciłby na znaczeniu. Zmiany spowodowane w społeczeństwie przez wprowadzenie tego modelu byłyby kolosalne, wystarczy sobie wyobrazić zmianę modelu życia człowieka, uwolnionego od konieczności osobistej troski o byt swojego potomstwa! To byłaby prawdziwa wolność i szczęście człowieka w nowym społeczeństwie równego startu!

13 thoughts on “Nowy profeministyczny paradygmat rozwoju społecznego

  • 3 grudnia 2011 o 17:41
    Permalink

    Tekst dotyczy sprawy najwyższej wagi, jednak proponowane kolektywne wychowywanie dzieci poza rodziną w praktyce daje złe rezultaty, co m. in. wywołało dążenie do zastąpienia domów dziecka i sierocińców przez tzw. domy rodzinne. Nie jest też prawdą, że o stosunku rodziców do dzieci decydują względy ekonomiczne. Tradycyjna rodzina uwzględnia genetycznie uwarunkowane pragnienie posiadania partnera i dzieci, co wpływ rozwiniętej cywilizacji nieco zmniejszył, lecz nie zlikwidował i względy uczuciowe odgrywały i nadal odgrywają bardzo dużą rolę w kształtowaniu stosunków społecznych.
    Sądzę, że sytuację poprawiłoby stosowanie tzw. płacy obywatelskiej udzielanej na poziomie minimum utrzymania każdemu od noworodka do starca niezależnie od jakichkolwiek okoliczności Jest to oczywiście trudne do przeprowadzenia, a wymagałoby gruntowniej zmiany systemu podatków i obliczania wynagrodzenia za pracę. Ogólnie należy stwierdzić, że problem jest skomplikowany, a każda proponowana próba rozwiązania ma swoje zalety i wady, które należy zbilansować.

    http://klubwmpg.pomorskie.pl/teksty

    Odpowiedz
  • 3 grudnia 2011 o 17:59
    Permalink

    Nie zgadzam się z nast. stwierdzeniami:
    “… mężczyzna zaharowywał się na śmierć – żeby tylko rodzina miała zabezpieczone warunki egzystencji. Kiedyś zmuszała do tego mężczyzn rzeczywistość, rodzina, moralność, presja środowiska. … Stopniowo, w kontrapozycji do wyzwalania kobiet następuje stopniowe zniewolenie mężczyzn …”
    “Mało, kogo jest stać na model rodziny 2+2
    Np. w rodzinach wiejskich (do 1939 r. 80 % ludności Polski) pracowali oboje rodzice, w miastach też ten model był ograniczany głównie względami trudności znalezienia pracy przez kobietę (obecnie również często tak bywa).
    Wymienione powody związania mężczyzny są (poza presją środowiska) drugorzędne. Decydują i decydowały względy uczuciowe o podłożu genetycznym, a z tym zniewoleniem mężczyzn to stanowczo przesada. Nie jest też prawdą, że o braku rodzin typu 2+2 decydują względy ekonomiczne. Większy wpływ ma obyczajowość ukształtowana przez warunki cywilizacji technicznej i związane z tym, opisane prawidłowo w artykule: swoboda seksualna oraz uniezależnienie każdej osoby od otoczenia osiągnięte jako wynik systemu ubezpieczeń społecznych i innych udogodnień.

    http://klubwmpg.pomorskie.pl/teksty

    Odpowiedz
    • 3 grudnia 2011 o 23:42
      Permalink

      Drogi panie, co do didaskaliów, fragmentów i drobnostek nie będe polemizował, ponieważ – każde rozwiązanie jest dobre. tzn. każde, które ochroni nas przed upadkiem jako cywilizacji – czyli spowoduje, że znowu zaczną rodzić się dzieci. niestety w tym zlaicyzowanym i pozbawionym wszelkich wartości społeczeństwie ludzie w tym kobiety myślą o wszystkim ale nie o życiu – dlatego mamy jak mamy. proszę się dołączyć do naszej krucjaty o normalność !!!
      Serdecznie pozdrawiam

      Odpowiedz
  • 4 grudnia 2011 o 20:14
    Permalink

    Witam!
    Na początku pomyślałem – cóż to za długi tekst – teraz wszystko jest w pigułce, ale w miarę lektury zrozumiałem, że sprawa jest poważna i żaden akapit nie jest tu zbędny. Tekst składa się z dwóch części. Pierwsza jest opisem tego jak było – wg autora przez 1000 lat – ale uwzględnił tylko historię narodu polskiego a raczej polskiej państwowości. Tak naprawdę historia rodziny, bo o nią tu przecież chodzi jest o wiele starsza. Doniesienia o obowiązującym modelu (mężczyzna-dostarczyciel dóbr, kobieta-opiekunka domu i dzieci) mamy zarówno ze starożytnego Egiptu, Mezopotamii, Chin jak i z wykopalisk dużo starszych, sprzed 10, 20, 100 tys. lat. Nie wdając się w szczegóły – ten model obowiązywał ZAWSZE !! I działał.
    Ma rację Autor, że u podstaw jego zawalenia leży egoizm, bardziej nawet kobiet niż mężczyzn. Bo najczęściej nie chodzi o konieczność pracy zawodowej kobiety, tylko o chęć podniesienia statusu materialnego! Jakże często praca kobiety, implikuje koszty równe jej zarobkom a straty emocjonalne dzieci nie wchodzą w ten rachunek. Samo posiadanie samochodu “koniecznego” w tych czasach, pożera nieraz więcej środków niż utrzymanie dziecka. I nie udawajmy – tradycyjne rodziny osiągające średnią krajową kilkadziesiąt lat temu – wcale nie były bogate. Ubogie raczej. Ale bardziej szczęśliwe. Praca mężczyzny zarówno w PRL-u jak i w Polsce lat 20, nie dawała rodzinie kokosów. Ale “siedzenie w domu” kobiety dawało jej bezpieczeństwo, zaspokojenie potrzeb akceptacji i miłości, czyli najważniejszych dla człowieka. Duuuużo ważniejszych, dodam niż luksus, samochód i inne pierdoły.
    Co do drugiej części artykułu “postulującej” nowy model społeczeństwa, powiem tylko tyle: całkiem zgrabna prowokacja! Żart autora, balon próbny – jak też czytelnicy zareagują, na taką hucpę. Nie, nie uwierzę, że autor naprawdę myśli, że takie “chowanie brojlerów” mogłoby się udać, że nie wywołałoby nieprzewidzianych, dramatycznych skutków społecznych. Takie eksperymenty są nam już znane z historii. W dzisiejszych Marcinkowicach pod Świdnicą na Dolnym Śląsku był taki ośrodek hodowli przyszłych obywateli III Rzeszy, gdzie starannie wyselekcjonowane, zdrowe, “czyste rasowo” kobiety były zapładniane przez dorodnych germańskich blondynów. Przy dobrej opiece lekarskiej i wszelkiej rodziły tam dzieci, po czym zostawiały je do dalszej hodowli przez wykwalifikowane opiekunki. Efekty były “zabójcze”. 3-letnie dzieci nie potrafiły mówić, chodziły z trudem, nie potrafiły się niczym bawić, były agresywne i mocno opóźnione w rozwoju. Nie potrafię w tej chwili podać źródła, ale dociekliwy czytelnik sobie z tym poradzi.
    Nie podejrzewam autora o taka ignorancję, by nie zdawał sobie sprawy z tego typu niebezpieczeństw, więc stawiam na zawoalowaną nieco prowokację mającą zmusić nas trochę do myślenia o przyszłości społeczeństwa.

    Pozdrawiam i czekam na odpowiedź Autora.
    Też się napracowałem.

    Odpowiedz
    • 5 grudnia 2011 o 06:22
      Permalink

      Autor jest chwilowo za granicą bez internetu – ale jak wróci w połowie tygodnia odpowie 🙂
      Pozdrawiam

      Odpowiedz
    • 5 grudnia 2011 o 08:49
      Permalink

      Szanowny panie

      to wcale nie prowokacja – przecież nie napisałem o “lebensbornie”, “seksmisji”, radzieckich sierocińcach itp. Cywilizowany świat zna szereg kolektywnych form edukacji, dzięki którym kształci się prawdziwych liderów. Nie śmiem wyrokować czy zaczynać od wieku 0-7 czy dopiero od 7 i wzwyż. To kwestia dla metodyków nauczania, psychologów i oczywiście wybór samych rodziców – albowiem nikt nie może nikogo do niczego zmuszać – to oczywiste. przecież z pewnością słyszał pan o takich placówkach jak The King’s School, Ely – http://www.kingsschoolely.co.uk/ – i o dziesiątkach innych elitarnych szkół dla dzieci międzynarodowej elity finansowo – gospodarczo – politycznej. Pisząc o rozwiązaniach kolektywnych właśnie coś takiego miałem na myśli – powtarzam – nie wdając się w szczegóły – to pozostawmy specjalistom, liczy się sama metoda i zasada – nowe rozwiązanie dla społeczeństwa – upowszechnienie go i ochrona jako nowego dobra.
      Pozdrawiam
      k. na obczyźnie

      Odpowiedz
      • 8 grudnia 2011 o 22:10
        Permalink

        Oj, będę się spierał! teraz twierdzi Pan, że raczej o szkołę chodzi? Proszę, pański cytat: “Po poro­dzie, mia­łaby czas na rege­ne­ra­cję i pod­ję­cie decy­zji, czy woli pozo­sta­wić dziecko w ośrodku wycho­wa­nia kolek­tyw­nego, czy też decy­duje się na samo­dzielne wycho­wa­nie, lub wycho­wa­nie tra­dy­cyjne, ”
        Przeczytałem i zrozumiałem – w szkole nie zostawia się dzieci zaraz po urodzeniu! To się nazywa dom dziecka. Tu muszę przyznać się, czym się zajmuję, mianowicie prowadzę z żoną rodzinny dom dziecka dla 8 dzieciaków – nie mylić z państwowym molochem, domem dziecka zwanym bidulem, z którego to właśnie porzucone, niechciane dzieciaki wyciągamy i wychowujemy, no prawie jak własne. Proszę mi wierzyć – naprawdę wiem o czym mówię. Matka a potem i ojciec jest dla dziecka WSZYSTKIM ! Absolutnie wszystkim. Jeśli rodzice, a zwłaszcza matki opuszczą swoje dzieci, to zginiemy, zginie nasza cywilizacja. Człowiek wychowywany bez matki i ojca, to co najwyżej pół-człowiek, na skutek deprywacji sensomotorycznej, emocjonalnej, niezaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb ludzkich osiąga ćwierć tego, co by mógł, jest kimś innym, nawet autentyczne wrodzone talenty idą na marne. Taki człowiek cały czas czegoś szuka, nie mogąc znaleźć, matczynej miłości i piersi w pierwszych dniach, tygodniach i miesiącach życia absolutnie NIC i NIKT nie jest w stanie wynagrodzić. I to nie są jakieś dyrdymały. Ja to piszę z własnego, wieloletniego doświadczenia.
        Niech nas Bóg albo i diabeł broni nawet przed myśleniem o czymś takim!

        P.S.
        A z powoływaniem się na wychowanie wiktoriańskie też bym nie przesadzał, to u nich zbankrutowało moralnie, wywołało wiele chorób psychicznych i nieuleczalnych zaburzeń osobowości a kończy się tym, ze już niedługo prawie każdy młody Brytyjczyk będzie miał śniadą cerę i kruczoczarne włosy (chyba, że będzie Polakiem) A oni raczej angielskiej cywilizacji przedłużać nie będą, pamiętając o kilku wiekach brutalnej kolonizacji.
        I tak pozdrawiam!

        Odpowiedz
  • 5 grudnia 2011 o 00:32
    Permalink

    Coś się nie zgadza. W Polsce jest osiem wsi Marcinkowice, żadna z nich nie jest położona w pobliżu Świdnicy (najbliższa jest koło Oławy). Ani w tekstach dotyczących historii M., S., itp. nie natrafiłem na wzmiankę o opisanym ośrodku hitlerowskich hodowli okazów rasy germańskiej. A sprawa wydaje się interesująca. Dotąd spotykałem jedynie wzmianki o zabieraniu kilkuletnich dzieci rodzicom narodowości nie niemieckiej i oddawanie ich rodzinom niemieckim. Jedyne wiadomości, jakie napotkałem o ośrodkach nazwanych później “szkołami janczarów” dotyczyły umieszczania tam chłopców w wieku więcej niż trzy lata (http://www.dws-xip.pl/reich/Dane/dzieci.html).

    Odpowiedz
    • 8 grudnia 2011 o 22:16
      Permalink

      Oczywiście, że pomieszałem, sorry. Chodziło o Mokrzeszów. Tylko jak się to po niemiecku nazywało?
      Niestety nie pamiętam, gdzie o tym słyszałem, czytałem, ale nie w internecie. Może u Joanny Lamparskiej? W każdym razie nie chodziło tu o zniemczanie, tylko o “produkcję” nowych janczarów, by słuszna rasa zaludniła świat. Niestety, okazało się, że nawet najsłuszniejsza rasa wymaga zwykłej, ludzkiej rodziny.
      Szacunek za dociekliwość.

      Odpowiedz
    • 6 grudnia 2011 o 01:56
      Permalink

      A mmie jako kobiecie się widzi że to dobry pomysł, w efekcie uwolniono by kobiety z kajdan kilku tysięcy lat niewoli domowej i dyktatury bachorków ! Ktoś kto nie wie co to znaczy wstawać n razy do dziecka to nie zna życia

      Odpowiedz
    • 9 grudnia 2011 o 12:17
      Permalink

      Chyba mylisz się. Kibuce były (a w pewnej mierze nadal są) udaną próbą kolektywnego gospodarowania w trudnych warunkach politycznych i ekonomicznych. Ich organizacja obejmowała również duże udogodnienia dla matek, które w tamtejszej sytuacji musiały ciężko pracować, jednak z ograniczaniem wychowania rodzinnego nie miało to nic wspólnego.
      http://klubwmpg.pomorskie.pl/teksty

      Odpowiedz
      • 12 grudnia 2011 o 20:55
        Permalink

        Stach: “jed­nak z ogra­ni­cza­niem wycho­wa­nia rodzin­nego nie miało to nic wspól­nego.” – a przecież to właśnie zasugerował autor i o to sie spieramy. Nie da się wychować dzieci poza rodziną i mało kto wie to tak dobrze jak ja oraz moi koledzy i koleżanki po fachu. Co do kibuców – istniały w bardzo specyficznych warunkach – i już ich nie ma. Nawet taka, łagodna forma kolektywizmu się nie sprawdziła.
        Nie grzebmy przy rodzinie, bo Arabowie, Chińczycy czy Hindusi przyjdą pogrzebać NAS !!

        Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.