Polityka

Nowy premier z Krakowa? Polityczna przyszłość Łukasza Gibały

 Kilka dni temu stało się to, co było nieuniknione, pan Łukasz Gibała – niechciany w krakowskiej Platformie Obywatelskiej wystąpił z klubu, porzucając tym samym partię polityczną, dzięki której został posłem. Odejście tego polityka ma istotny wymiar algebraiczny, albowiem zmniejsza minimalną przewagę koalicji rządzącej w Sejmie RP pozwalając jej skutecznie rządzić. Jednakże działania pana Gibały miały o wiele głębsze podłoże i podjęta przez niego gra toczy się o wiele wyższą stawkę niż zwykła zmiana barw partyjnych.

Wiele można powiedzieć o panu Łukaszu Gibale, ale inteligencji, wiedzy i politycznego wyczucia nie można mu odmówić. Jest to człowiek nadzwyczajny jak na kategorie naszych polskich polityków – posiada doktorat z nauk ścisłych, ma własne poglądy i stać go na niezależność dzięki osobistemu majątkowi. Z całą pewnością można stwierdzić, że pan Gibała nie funkcjonuje w polityce dla chleba – jak wielu innych, ponieważ bez problemu poradziłby sobie jeszcze lepiej – angażując swój czas w działania biznesowe poza polityką. Co do jego osobistych talentów nie można mieć żadnych wątpliwości, to diament – i do tego ambitny na firmamencie naszej polityki.

Nie można się dziwić, że diament ten – nasz lokalny układ trzymający stołki – próbował na tyle na ile się da skruszyć, lub raczej skąpać w błocie. Dramat wyborczy pana Łukasza Gibały i to, czego działając na przekór własnemu środowisku dokonał – to jeden z najlepszych wyników politycznych w historii krakowskiej sceny politycznej. Oplakatowania Krakowa z tej jesieni – wizerunku pana Gibały patrzącego na mieszkańców zewsząd, krakowianie długo nie zapomną. Wielu się to podobało, bo kandydat pokazał charakter, nie mogąc wejść drzwiami wszedł razem z drzwiami… tak postępuje pewny siebie człowiek sukcesu. Jednakże można mieć wątpliwość, czy poniesione koszta i nakłady zwrócą mu się materialne z kwot poselskiego uposażenia? Dlatego tą kampanię jak i inne należy dokładnie publicznie rozliczyć – żądając faktur i dowodów na pełne pokrycie kosztów wszystkiego, co się z nią wiązało. Inaczej, kampania ta już zawsze będzie budzić wątpliwości – moralne, albowiem formalnie nikt żadnych zarzutów – nawet z wnętrza krakowskiej Platformy Obywatelskiej panu Gibale nie postawił.

 Na płaszczyźnie doktrynalnej pan Gibała nie jest wizjonerem, prezentowane przez niego dotychczas wizje organizacji i reformowania życia publicznego są banalne, nie było to nic więcej niż zwykła papka Platformy Obywatelskiej przyozdobiona w błękitne tło i kontrastujące kolorki krawatów. Jednakże merytorycznie ma on o wiele więcej do zaproponowania niż przeciętna poselska nijakość na naszej scenie politycznej, ponieważ dał dowody, że przynajmniej umie korzystać z podpowiedzi sprawnych doradców. Ma to olbrzymie znaczenie albowiem, jeżeli przejdą do niego ludzie, którzy wcześniej popierali takie znakomitości polskiej polityki jak Jana Marię Rokitę lub Tomasza Szczypińskiego, to merytorycznie w krakowskiej PO nie pozostanie już nic szczególnie odkrywczego. No nie ma, co ukrywać, ale pretendujący do jedynowładztwa lider PO – wielki konkurent pana Gibały, ani gejzerem intelektu, ani myślenia w kategoriach polskiej racji stanu nie jest. Podobnymi ludźmi się otacza i podobnych ludzi, schlebiających mu słucha. Dlatego Gibała będzie skazany na sukces, w tym znaczeniu, że nie będzie miał naturalnej konkurencji we własnym środowisku, – której początki biorą się jeszcze z zaszłości pomiędzy ex członkami Kongresu Liberalno Demokratycznego, Unii Wolności a Unii Demokratycznej. Te podziały są w Krakowie nadal bardzo istotne, niektórzy smutni (a właściwie stale zatroskani) panowie nadal pomimo upływu lat nie podają sobie rąk, a spotykając się na salonach – umiejętnie unikają siebie nawzajem, z iście krakowską kindersztubą, taktem i najlepszymi manierami. Gibała odchodząc stworzył szansę na ożywienie tych historycznych podziałów. Stworzył szansę na ponowne odrodzenie w Krakowie środowisk spacyfikowanych po „dobrowolnym” odejściu z Polityki wielkiego Jana Marii Rokity.

Każdy, kto ma więcej niż kilka latek i umie czytać z drugiego planu, musiał przynajmniej podejrzewać, że polityk klasy A jakim był Jan Maria Rokita – nigdy dobrowolnie i bez stosownego zadośćuczynienia nie pozwoliłby sobie samodzielnie odstawić się na boczny tor. Przecież to jakaś totalnie irracjonalna sytuacja się kilka lat temu w Polsce stała. Polityk największego formatu, z prawdopodobnie najbardziej wartościowym w obecnej Polsce potencjałem intelektualnym – nagle sam powiedział, że kończy karierę i zajmie się rodziną. Zejście ze sceny pana Jana Marii Rokity, należy do największych politycznych fenomenów i tajemnic sceny politycznej III RP. Przecież nie trzeba być analitykiem politycznym, żeby nabrać podejrzeń, że ktoś lub coś za tą decyzją stało – stoi, trzymając wielką polityczną – obyczajową, lub prawno-karną armatę wycelowaną wprost w głowę nieszczęśnika z Krakowa. Inaczej tego fenomenu, poza kategoriami choroby psychicznej wytłumaczyć się nie da. Oczywiście nie można sytuacji nazwać szantażem, ponieważ nie ma po temu danych, jednakże takie rzeczy nie dzieją się same przez się – tak jak bankomaty nie wypłacają same pieniędzy, a stacje benzynowe nie rozdają paliwa za darmo.

 Krzywda, jaka się wówczas stała, – która została wyrządzona do tej pory nie została naprawiona. Polityczny wróg, przeciwnik odwieczny – nie zniesie konkurencji na własnym łonie, zwłaszcza, jeżeli jest to konkurencja intelektualnie niebezpieczna, wybitna i o zgrozo – w części akceptowalna przez największą polityczną opozycję – do objęcia największych stanowisk w państwie. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, co było realnym powodem zahamowania kariery politycznej pana Jana Marii Rokity, ale można podejrzewać ze scenariusza biegu wypadków, – że podobne kamienie były rzucane pod nogi panu Gibale, dlatego nie ma, co się dziwić, że w akcie politycznej desperacji postanowił odejść z Platformy Obywatelskiej albowiem, jako wprawny polityk – „czytający” partię jak mało kto, wie że jest to formacja już zbankrutowana – kończąca obecność na naszej scenie politycznej w formule zaproponowanej przez Donalda Tuska i jego popleczników.

PO, nawet tracąc większość może dalej rządzić – dodając do koalicji trzeci człon – wygłodniałą prehistoryczną lewicę ze starym-nowym liderem na czele. Nic się nie zmieni, salon nie pozwoli na utratę inicjatywy, albowiem za rogiem czyha wielki ryczący stary lew, który nie będzie miał nie tylko wątpliwości do stawiania ex liderów przed Trybunałem Stanu, ale nawet chętnie umożliwi ich aresztowanie/internowanie – na czas procesu – żeby nie mataczyli. Zagrożenie jest dla salonu zbyt duże, żeby jeden Gibała zagroził stabilności wartego lekko licząc 300 mld złotych rocznie układu.

Manewr mariażu z Palikotem jest, dlatego doskonały, ponieważ wszyscy wiedzą, że jest przejściowy. To jedyna „prawie partia”, do której poseł Łukasz Gibała mógł się zapisać w obecnym układzie politycznym, przez co zapewnia sobie dalej znaczenie w Sejmie. Co więcej – w tamtejszej konstelacji, będzie to jeden z niewielu faktycznie merytorycznych posłów z doświadczeniem parlamentarnym umożliwiającym grę polityczną na średnim szczeblu. Takiego człowieka jak Gibała potrzebuje każda partia, a zwłaszcza kolorowo-transseksualna „nie partia” a układ ludzi wokół lidera, zlepionych ideologią anty – nastawioną przeciwko wielu elementom aktualnej rzeczywistości. Niestety Gibała może na tym mariażu stracić, ponieważ w tym układzie, jaki jest w kolejnych wyborach – wygryzie z Krakowa obecną jedynkę, albowiem ta osoba nie ma nic wspólnego z Krakowem i poza środowiskami protestu i ogólnej kontestacji rzeczywistości – nikt jej nie poprze. Trudno jest sobie wyobrazić kandydujących razem i prowadzących wspólną kampanię wyborczą posła Gibałę i obecną jedynkę z listy Palikota. To niemożliwe, to zbytni kontrast, to by tylko i wyłącznie odebrało głosów Gibale, wystawiając go na łatwy w trafieniu cel dla całego środowiska politycznego. Poza tym, biorąc Gibałę, Palikot ujawnia fikcję swojej antysystemowości, albowiem nie może zachować wiarygodności systemowej, – jeżeli będzie posługiwał się ludźmi systemu – a takim bez wątpienia dotychczas Ł.Gibała był.

 Z powyższych względów ten manewr polityczny to nic innego jak chwilowy mariaż, policzony na tymczasowość i wygodę tego rozwiązania politycznego, które nie przetrwa próby czasu i zmieni markę polityczną – włączając się lub dzieląc i dołączając, ale jako samodzielny byt dalej nie będzie funkcjonowało – albowiem w genotypie ideowym tego ruchu tkwi wada. Po prostu nie buduje się partii antysystemowej, zdolnej tylko i wyłącznie do kontestowania rzeczywistości. Ponieważ wcześniej niż się to wszystkim wydaje, rewolucja po prostu zje własne dzieci – rządząc się swoimi niezmiennymi prawami. Każdy z polityków, włączając w to pana Palikota – doskonale wie, że nie ma dla tej przejściowej formuły miejsca na naszej scenie politycznej, ale można dzięki niej dokonać lewarowania wielu osób do innych układów i konstelacji politycznych – jak np. wystawić Łukasza Gibałę na stanowisko Prezydenta Miasta Krakowa.

Taka koncepcja polityczna, tj. kandydowanie Łukasza Gibały na funkcję Prezydenta Miasta Krakowa, byłaby bardzo ciekawym rozwiązaniem w lokalnym a zarazem dźwignią lewarującą Gibałę do najwyższych stanowisk publicznych w kraju. Jeżeli jego zamysłem jest wykorzystanie politycznego wsparcia Ruchu Palikota – do przeprowadzenia doskonałej kampanii politycznej w Krakowie, promującej jego osobę i łączącej wiele środowisk – to można winszować Łukaszowi Gibale politycznego geniuszu, albowiem to, co prawdopodobnie politycznie zamierza to majstersztyk. A lepszej szkoły politycznej, legitymującej go i dookreślającej, jako samodzielnego polityka – klasy A na polskiej scenie politycznej niż prezydentura Krakowa – nie da się osiągnąć w istniejącym układzie uwarunkowań. Ewentualne zwycięstwo wyborcze, będzie oznaczać dla pana Gibały okrzepnięcie polityczne i budowę swojego zaplecza politycznego – w pełnej niezależności od władz politycznych największych partii politycznych. Prezydentura Krakowa dałaby Gibale to, czego potrzebuje najbardziej – możliwość „lansu”, stania się politycznym „celebrytą” a zarazem sprawdzenia się, budowy własnego zaplecza, – czego bez wynagradzania synekurami w polityce się nie uniknie, a w konsekwencji otrzymałby mandat publiczny do konkurowania z najlepszymi w kraju o wejście do klasy A plus plus w polityce krajowej. Nie miejmy złudzeń, Prezydent Krakowa znaczy o wiele więcej niż „jakiś poseł”, to naprawdę jest funkcja ustawiająca politycznie na resztę życia, – jeżeli umie się to odpowiednio wykorzystać.

 Nie trzeba przy tym zapomnieć, że osiągając tą godność pan Gibała zdeptałby głowy wszystkim lokalnym i regionalnym politycznym konkurentom. Ponieważ jest wyjątkowo medialny i ma talent krasomówczy, nikt z lokalnych polityków nie mógłby mu się skutecznie przeciwstawić – efektywnie konkurując. Wsparcie ze strony starych środowisk „premiera z Krakowa”, i innych pamiętających jeszcze czasy kamienia łupanego krakowskiej demokracji – spowodowałoby, że salon siłą rzeczy i lokalna elita – stałyby się w znacznej mierze pro niż anty. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że Gibała konkurując na Prezydenta Krakowa – w razie wygranej przeskoczyłby politycznie innego członka swojej rodziny, który jest obecny w polityce – już, jako polityk klasy A plus. Ale nie plus plus. Wszyscy wiedzą, o kogo chodzi.

Po prezydenturze miasta Krakowa, Łukasz Gibała stanowiłby samodzielny, istotny i liczący się politycznie byt na krajowej scenie politycznej, albowiem wszedłby do parlamentu z każdej listy, każdej partii. Co więcej, miałby na tyle silne zaplecze personalno-finansowe, że mógłby pokusić się o stworzenie – od nowa lub w wyniku permutacji i przekształceń, nowej ogólnopolskiej formuły politycznej, w duchu proponowanym przez „premiera z Krakowa”. Albo czegoś więcej, na miarę nowych czasów. Zwłaszcza, że dla wielu działaczy obecnej PO, Gibała jest w pełni akceptowalnym samodzielnym bytem politycznym, o wiele mniej kontrowersyjnym niż obecny jedynowładca.

 Reasumując, działania polityczne pana Łukasza Gibały wskazują na długi czasookres planowania, dokonany manewr daje mu gigantyczne możliwości działania, ponieważ z PO nigdy nie miałby szans nawet na marzenie o szansie na ubieganie się o prezydenturę Krakowa. Należy sobie uzmysłowić, że będąc w PO nie miał na to szans nawet, – jeżeli startowałby, jako niezależny. Dla Ruchu Palikota jest naturalnym kandydatem, nie ma konkurencji – a dzięki swojej politycznej sprawności, której dowiódł organizując bezkonkurencyjną kampanię wyborczą w Krakowie – można być pewnym, że łatwo skóry nie sprzeda. Media, ulotki, plakaty, spotkania z wyborcami, dobry program, dużo kamer, ładne tła, młode uśmiechnięte twarze – a wszystko to przy wsparciu części przekonanego lokalnego salonu, zwłaszcza tych, którym się łza roni w oku na wspomnienie zmarnowanego potencjału „premiera z Krakowa” i pan Gibała ma szansę na sięgnięcie po najważniejszą godność polityczną w Krakowie i Małopolsce. Stanowiącą zarazem najlepszą markę polityczną w polskiej polityce samorządowej albowiem, co to jest Kraków wie każde małe polskie dziecko już w wieku lat 3. Ciężkie czasy nastaną dla dotychczasowych wewnątrz partyjnych konkurentów posła Gibały, albowiem będą to wrogowie śmiertelni. Dla Polski umiejętne rozegranie tego scenariusza będzie oznaczać szansę na zyskanie polityka klasy A plus plus, a może i nawet 3 plus, jeżeli tylko Łukaszowi Gibale starczy energii, pieniędzy i przyjaciół żeby wytrwać i zgarnąć całą stawkę.

Scenariusz ten oznacza wiele ciekawego dla Krakowa, albowiem jedynym człowiekiem, który może uratować Platformę Obywatelską przed Gibałą jest obecny najlepszy Prezydent Miasta Krakowa, – jakiego Kraków kiedykolwiek w swojej historii miał – pan prof. Jacek Majchrowski – Prezydent Tysiąclecia. Z wielu banalnych i małostkowych względów bywa on niesprawiedliwie atakowany przez wielu zamieszkujących w Krakowie wyborców Platformy Obywatelskiej, jednakże – jak narysowany powyżej scenariusz zacznie się ziszczać, to bardzo szybko zaczną go darzyć estymą i sympatią – żeby tylko łaskawie zgodził się na ponowne kandydowanie na przynależną mu z woli mieszkańców Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa funkcję. Każdy, kto zna Kraków i krakowian wie, jakim dozgonnym, wręcz bezgranicznym szacunkiem i zaufaniem mieszkańcy Krakowa obdarzają swojego Prezydenta. Dlatego konkurowanie z nim w wyborach jest z jednej strony zaszczytem a z drugiej samobójstwem politycznym i towarzyskim w Krakowie. W najlepszym wypadku można dostać gruszkę, jak pewien kontrkandydat, co nie chciał ludziom pozbawionym przez warunki atmosferyczne „donosić prądu w wiadrach”, a także chwalił się tym, że małoletni pracowali w nocy na wałach – walcząc z falą powodziową. O tym wszystkim doskonale wie Łukasz Gibała i będzie robił wszystko, aby stać się godnym następcą i kontynuatorem wielkiego dzieła rozbudowy i rozwoju miasta Krakowa, które skutecznie prowadzi obecny Prezydent Tysiąclecia, ponieważ ma pełną świadomość, że jeżeli otrzyma namaszczenie to wygra życie.

14 komentarzy

  1. O rany ale bełkot. Majchrowwski – prezydent tysiąclecia i Gibała – kandydat na prezydenta Krakowa . Śmierdzi mi to niespełnionym politykiem lokalnym , który wieszczył różne rzeczy ale nigdy się one nie sprawdziły.

  2. Już by chcieli żeby Gibała został prezydentem … niedoczekane… wiadomo, że Prezydentem może być tylko Zbigniew albo jedna z wdów !!!!

  3. janeczekjanekjan

    A mnie to pachnie pewnym panem co uwielbia kapelusze i dzisiaj szedł plantami w okolicy BPH – razem z małżonką a ona miała też kapelusz – ale biały i białą różę … około 15:38…

  4. Jan Maria Rokita zwany wielkim ? ha ha ha ha ha aż skocze po whisky na stację benzynową bo nie zasnę 🙂 Dziękuję anonimowemu autorowi za poprawienie mi humoru 🙂

  5. Po takim strzale z rana wiem już że jest weekend 🙂 Ale tekst mi się podoba

  6. Ja będę na niego głosował, to jedyny sensowny kandydat poza obecnym

  7. A może czas na kobietę? hmmmm ??? Mieliśmy Suchocką…

  8. Doskonała i lekko poprowadzona analiza sytuacji pod Wawelem. Autor ma więcej niż wiedzę, ma intuicję.

  9. wątek namaszczenia

    watek namaszczenia jest kluczowy, można tylko gratulować przenikliwości politycznej autorowi …

  10. śmierdzi...

    ten tekst śmierdzi brutalną wojną polityczną… czyżby JMR wracał do gry? wie ktoś niech zapoda

  11. To jest oczywiście jakaś formuła political fiction, w czym widzę ten portal celuję i jest całkiem dobry… ale niestety nic się w życiu i polityce tak gładko nie składa, zawsze ktoś pod kimś dołki kopie – a pod bohaterem naszego tekstu na pewno takowych nie brakuje 🙂

  12. ulla_lingsztat

    PO to partia totalnie bezideowa, więc można przejść do RP czy SLD, czy nawet PiS i nikogo to specjalnie nie zdziwi.

  13. Fakt gibałą ma [potencjał zabrałze sobą całą PO … piękni – za kase można wszystko

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.