Paradygmat rozwoju

Nowy „kanclerski” paradygmat władzy?

 Demokracja przedstawicielska w dotychczasowym modelu się wyczerpała, nie gwarantuje ani demokracji, ani przedstawicielstwa, co więcej sama zjada własny ogon ponieważ jest podtrzymywana przez dyktaturę monopolu informacyjnego mainstreamowych mediów oraz kreację ogłupiających wzorców kultury.

Ludzie myślą mniej więcej to co przekazują im media na podstawie sztucznie wytworzonych, zmodyfikowanych lub zmanipulowanych wzorców kulturowych – nie liczy się żadna prawda obiektywna, nie ma czegoś takiego i nie było nigdy w historii cywilizacji ludzkiej. Więc niby dlaczego dzisiaj to co widzimy w naszych telewizorach miałoby być jedyną i niezastępowalną prawdą? Wystarczy obejrzeć telewizje z różnych systemów tj. chińską, rosyjską, brytyjską, amerykańską na użytek wewnętrzny, amerykańską na zagranicę, niemiecką, francuską, arabską. Przekazy różnią się nie tylko co do treści i momentów, w których tnie się oficjalny przekaz, ale zawsze decyduje kontekst – tego kogo stale nazywa się „reżimem” lub „terrorystą” ten jest jako taki pojmowany w zbiorowej percepcji ludzi, którzy akurat prasują, robią kanapki, czy też siedzą podpici przed telewizorami. Nikt nie ma czasu na analizowanie wiadomości i rozważanie kontekstu – dominująca większość populacji przyjmuje po prostu to co się im podaje na wiarę, albowiem media jak władza cieszą się autorytetem. Nie da się przełamać tego mechanizmu. To nie jest możliwe jeżeli ma się wpływ na media.

Jednakże właśnie ten mechanizm stanowi filar naszej demokracji. W kontakt pomiędzy wybieranymi i wybierającymi chyba nikt już nie wierzy o ile w ogóle wierzył ktokolwiek, kiedykolwiek. Władza zawsze się sama wyklucza z procesów społecznych, ponieważ jest lepsza i potrzebuje dla siebie coś lepszego niż to co ma większość ją utrzymująca. W końcu bez elitarności nie ma w ogóle mowy o wyróżnianiu się, a czymże byłaby władza nie będąc elitą?

Jeżeli do tego dodamy jeszcze mechanizm nieszczęsnego wyłaniania kandydatów na kandydatów – odbywający się w zasadzie w ramach zamkniętej kasty „namaszczonych” przez liderów aktualnie sprawujących władzę, to całość staje się na tyle nieprzejrzysta, że w ogóle nie może być mowy o demokracji. Ponieważ tutaj nie ma prawdziwych wyborów, nie ma wybieranych i wybierających oraz swobody dialogu pomiędzy nimi. Zamiast tego mamy „samowybory” z zakresu dopuszczonego kręgu bogatych i ich popieraczy, większość dostaje medialną papkę, która ma utrzymywać ich w nieświadomości lub dowolnej relacji wobec władzy na którą i tak nie mają wpływu. Liczy się tylko utrzymanie iluzji, wspartej ewentualną obietnicą poprawy sytuacji – to utrzymuje ludzi w ramach samodyscypliny, do tego odrobina marzeń i po sprawie – oto mamy system „demokracji przedstawicielskiej” opartej na nepotyzmie i mediach.

Rzekoma wolność słowa jest bardzo pozorna, albowiem liczą się tylko i wyłącznie te przekazy, które zaliczają się do mainstreamu, cała reszta nie istnieje. O tym co jest w mainstreamie decydują szczegółowe zasady pilnie chronione przez system i jego strażnicy. Proszę sobie uświadomić jaką awanturę mamy za każdym razem gdy władza dobierała się do mediów obsadzonych przez poprzedników!

Potrzebujemy czegoś nowego – co byłoby przynajmniej tak samo demokratyczne jak demokracja przedstawicielska a zarazem nie mniej efektywne przy alokacji zasobów, gdyż trzeba pamiętać o tym że właśnie prawo do alokacji (raczej realokacji) zasobów w imię powierzonego mandatu demokratycznego decyduje o sile demokracji, w tym znaczeniu że ludzie się nie buntują wobec głupoty władzy, ale ją rotują – pozornie zmieniając decydentów.

Dotychczas zmiana paradygmatu władzy pomiędzy formacją obowiązującą a tą którą ją zastępowała odbywała się praktycznie zawsze przy rozlewie krwi i wielkich – rewolucyjnych przetasowaniach społecznych. W naszej obecnej sytuacji nie opłaca się doprowadzanie do chaosu, ponieważ rachunek za doprowadzenie do nowego porządku zawsze płacą najubożsi i klasa średnia. Poza tym ze względu na zobowiązania wobec Unii Europejskiej nie możemy odejść od samego paradygmatu przedstawicielstwa. Możemy jedynie modyfikować sposób funkcjonowania mechanizmów władzy w ramach tego co jest możliwe bez narażania się na ostracyzm.

Być może rozwiązaniem dla naszego kraju byłaby jakaś formuła systemu „kanclerskiego”, w którym premier byłby rzeczywistym dzierżycielem pełni władzy i nie musiałby panicznie bać się kaprysów „wybrańców narodu” godnie zasiadających w Sejmie. Musi być jakiś sposób na zwiększenie efektywności władzy, pozwalający na przerwanie całego szeregu szklanych sufitów niepozwalających temu krajowi prawidłowo się rozwijać. Jeżeli bowiem coś działa bardzo efektywnie w Niemczech jak również w nieco innej odmianie we Francji, to powinno także działać i u nas.

W trakcie wprowadzania zmian należy uważnie obserwować różnych pożytecznych idiotów, którzy natychmiast stanęliby okoniem przeciwko, broniąc rzekomej demokracji. Przecież to co jest dobre dla Niemców i Francuzów na pewno nie sprawdzi się u Polaków – jak można mieć wątpliwości i chcieć coś lepiej, albo więcej?

Potrzebujemy pilnej modyfikacji systemu demokracji przedstawicielskiej w której rządzi Sejm na rzecz systemu kanclerskiego.

3 komentarze

  1. Przy tym poziomie zaufania do premiera to raczej tego nie widze. Ponadto zarowno MSZ oraz MON powinny calosciowo, niepodzielnie i jednoznacznie podlegac pod Prezydenta, gdyz jak do tej pory w niezbyt dlugiej historii III RP to prezydent cieszyl sie wiekszym zaufaniem, nie wspominajac juz o tym, ze byl to osrodek znacznie stabilniejszy.
    Dosc wykorzystywania wojska i dyplomacji do interesu partyjnego.

  2. No nie wiem, czy Prezydentowi należałoby podporządkować MSZ i MON. A co z MSW, co z bezpieczeństwem wewnętrznym?
    Prezydent został osadzony w naszej konstytucji JAKO STRAŻNIK i jaki taki nie ma zbyt wielu uprawnień.
    Chociaż, poprzez veto może trochę powstrzymać głupie ustawy. Wiele zależy od charakteru osoby na tym urzędzie oraz uwikłaniu jej w politykę partii macierzystej.
    No bo przecież każdy dotychczasowy Prezydent RP miał za sobą jakieś ugrupowanie partyjne.

  3. Najpierw przestańmy nazywać obecną formę rządów – demokracją. To jest oligarchia, co sam Pan pisze (np.”zamknięta kasta namaszczonych”) więc po co podtrzymywać iluzje?

    Podobnie określenie “jesteśmy państwem prawa” przez wiele lat pojawiało się na każdym kroku,nieomal w co drugim przekazie medialnym. A ostatnio zniknęło i koniec iluzji. Oczywiście, Polska wciąż jest państwem prawa,zwłaszcza prawa robionego przez cwaniaków i kombinatorów dla siebie i swoich kumpli.

    Owszem, potrzebujemy czegoś nowego i efektywnego przy alokacji zasobów. Uważajmy tylko, żeby to coś ZBYT efektywnie nie alokowało owych zasobów do kieszeni krewnych-i-znajomych-królika zostawiając pozostałym robaczkom przysłowiowe G.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.