Religia i państwo

Nikt nie wygra z Islamem

 Nie da się pokonać wiary w okresie pełnego rozkwitu, okrzepłej we własnej kulturze i w istocie wojowniczej. Nie da się jej zgasić u ludzi, którzy wierzą, że prawdę objawioną otrzymali od Boga za pośrednictwem wybranego spośród narodów proroka. Każdy, kto stawia się, jako przeciwnik takiej wiary jest wrogiem jej Boga, a jeżeli jest wrogiem jej Boga to zasługuje tylko na karę.

Wojna przedstawiana przez zachodnie media, jako wojna z islamistami – obecnie w najnowszej odsłonie w Mali – to wojna z Islamem w odbiorze Muzułmanów. Ten, kto pozwolił na jej takie przedstawienie w mediach popełnił kluczowy błąd chyba, że chodziło o przedstawienie preludium do zmiany nastawienia Zachodu do Muzułmanów. Jednakże w to nie można uwierzyć, albowiem póki, co nie mamy substytutów dla ropy naftowej i gazu.

Jeżeli będzie to, zatem wojna z bojownikami islamskimi – równoznaczna dla Muzułmanów z wojną z Islamem, a ci wojownicy nie porywają tankowców z ropą króla wiadomo, jakiego królestwa, to będzie to wojna przez Zachód w dłuższej perspektywie przegrana. Nie chodzi o to, że bojownicy pustyni pochowają się w sobie tylko znanych miejscach gdzie, jako pasterze przeczekają naloty super nowoczesnych samolotów. Problem polega na tym, że z Bogiem – jakkolwiek by to nie zabrzmiało, jako przenośnia lub dosłownie nie da się wojować, a już na pewno nie da się wygrać, albowiem jego wyznawcy są zdolni do każdego poświęcenia. W szczególności, jeżeli wojuje się pod sztandarami ateistycznego i postkolonialnego „reżimu” – tradycyjną ojczyzną krzyżowców, a całą ideologią wojsk interwenienta jest żołd. Taka wojna się nigdzie nie udała, nikomu i pod żadnymi sztandarami.

Podczas wojny w Iraku zrobiono wszystko, żeby przypadkiem krwawa okupacja nie wyglądała na wojnę z Islamem! Podobnie w Afganistanie – Meczety są miejscami szczególnie chronionymi, gdzie z zasady nie wchodzą żołnierze koalicji. Szacunek dla islamskich obyczajów, w tym także tych lokalnych – plemiennych jest podstawą przetrwania wśród górali afgańskich. Bez podtrzymania takiego standardu – już dawno mielibyśmy wojnę cywilizacji, która dla nas oznaczałaby przede wszystkim wzrost cen paliw, a tego nie chce nikt – zwłaszcza przyduszony przez recesję zachód.

Oczywiście Tuaregowie w Mali to zupełnie inny problem niż dokonana likwidacja państwa irackiego lub wyłapywanie Talibów z grot Afganistanu. Ideologii nie ma tu prawie żadnej, zwłaszcza państwowej, którą można uznać za wrogą. Zachód miał do wyboru oświadczyć, że walczy z bandytami i np. handlarzami ludzi, ale przekazano do mediów ten niezrozumiały przekaz o walce z islamistami. Z punktu widzenia bojowników żyjących zawsze na pustyni i zajmujących się przemytem wszystkiego wszędzie a także intratną służbą w dawnej armii Kadafiego – o wiele lepiej jest być islamistą i umierać za Islam pod sztandarem proroka z imieniem Allaha na ustach niż być nazywany jedynie bandytą i np. handlarzem niewolników. PR jest zawsze i wszędzie ważny, a ideologia sama się sprzedaje dla mniej więcej jednej trzeciej ludności świata.

W interesie porozumienia pomiędzy naszymi kulturami jest odbarwienie negatywnego znaczenia słowa „islamista”, które dla opinii publicznej krajów Zachodu jest tożsame lub poprzedza wyrażenie: terrorysta. Jest oczywistym, że jest to miano w pełni zasłużone przez czarną kartę zamachów terrorystycznych w USA i Europejskich miastach. Jednakże nie ma możliwości na porozumienie bez ustępstw z obu stron, na tym przynajmniej polega sztuka porozumienia, że należy do tego dążyć. W długofalowej perspektywie opłaca się tylko podejście koncyliacyjne, rozumieją to rozsądne ośrodki wpływu z obu stron. Samo wypracowanie miejsca wyjściowego do porozumienia zajmie jeszcze trochę czasu chyba, że pojawi się wspólny wróg – jak w czasach inwazji ZSRR na Afganistan, wówczas wszystko potrwałoby szybciej. Tymczasem Zachód czeka ideologiczna przeprawa mająca na celu odczarowanie konfliktu w Mali i przedstawienie go, jako np. drugą część wojny o pokój, wolność i dobrobyt w Libii. Cokolwiek, co spowoduje, że posiadająca nieskończone zasoby pieniężne islamska opinia publiczna w krajach Zatoki Perskiej uzna, że to na pewno nie jest wojna z Islamem a rzeczywista operacja pokojowa państw afrykańskich, w której Zachód jedynie wspomaga – analogicznie jak by to czynił w razie konfliktu z Iranem.

Możemy tylko mieć nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, żeby do dzielnych francuskich żołnierzy dołączyli ich Polscy koledzy, albowiem Rzeczpospolita nie ma żadnego interesu w zwalczaniu synów pustyni i zabawie w „kolonialny reżimek”. Nie można tłumaczyć potrzeby bezpieczeństwa wspólnego – likwidacją zagrożenia ze środka absolutnie niczego, – czyli największej pustyni świata, jeżeli w znacznej części miast zachodniej Europy muzułmanie stanowią liczący się społecznie procent mieszkańców! Nie chodzi o to, że tamci muzułmanie na środku pustyni są źli a nasi tutaj są dobrzy – po prostu nie można uzasadniać żadnej wojny wyróżnikiem religii!

Nikt nie wygra z Islamem zwłaszcza, jeżeli jawnie deklaruje mu wojnę. Nie można ufać bezkrytycznie zachodnim mediom, albowiem przekazują głupoty i propagandę – skazując nas na konflikt, którego w istocie nikt nie chce.

Islam jest religią pokoju – wyznawaną przez wierzących w jedynego Boga ludzi, ten kto podnosi na nich rękę – dlatego ponieważ są Muzułmanami może następnego dnia podnieść tą rękę także na Chrześcijan i na wszystkich ludzi pragnących żyć w spokoju. Natomiast wojna z terrorem motywowanym religijnie to już zupełnie, co innego, przy czym mało kto zauważył, że jak dotychczas jedynymi, którzy wygrywają z bojownikami islamskimi są sami Muzułmanie.

One Comment

  1. Jako jedyny z publicystów w Polsce @krakauer zauważa niewłaściwość nazwy ISLAMIŚCI. A to są po prostu TUAREGOWIE.
    To tak jakby zwolenników TV Trwam nazwano KATOLICYŚCI …
    Po prostu Francuzi nie wiedzieli jak nazwać dawnych PSÓW WOJNY Kadafiego. A Francuzom chodzi o URAN, który zapewnia im 80% zapotrzebowania w energię.
    Chronią swoje kopalnie uranu w Nigrze, gdzie też Tauregowie wznowili przed laty rebelię, bo niby uran jest u nich, a oni nic z tego nie mają.
    Zwykła kolonialna awantura.
    Tylko po co Polska zgłasza gotowość w niej udziału?

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.