Paradygmat rozwoju

Niebezpieczeństwo wpadnięcia w pułapkę innowacyjności na siłę

 Zagranica podniosła głos w sprawie naszej krajowej innowacyjności, a raczej jej niedostatecznego poziomu, który uniemożliwi nam rozwój, a w zasadzie już nam uniemożliwia, gdyż szklany sufit mamy w wielu dziedzinach gospodarowania i nic z nim nie możemy zrobić. Często problemem nie jest brak innowacji, ale brak struktur je wymuszających – zamawiających i finansujących, właśnie na tym polega nasz dramat, że w wielu kwestiach my, jako państwo, społeczeństwo i gospodarka po prostu nie potrzebujemy innowacji, ponieważ żyjemy na niższym poziomie rozwoju ogólnocywilizacyjnego. Przykłady można mnożyć w nieskończoność, powtarzać ile się chce i przywoływać najczęściej ze sfery publicznej, brak wiedzy i rozeznania powoduje często sztuczne zapotrzebowanie na innowacje fałszywie rozumiane, jako np. zakup komputera z popularnym oprogramowaniem znanej globalnej firmy. Taki sposób podejścia do problemu pokutuje w całej naszej administracji publicznej. Jeżeli nie wiadomo, co zrobić – kupuje się komputery, które czasami łączy się w sieci, a z rzadka wie, po co się je kupuje i do czego mają służyć, ważne jest, żeby nie zmarnowało się nic z budżetu.

Rzeczywiście jesteśmy krajem zacofanym i opóźnionym w rozwoju – równocześnie. Uwaga to są kategorie rozłączne wzajemnie się dopełniające, zacofanie wynika z naszej smutnej historii, która potraktowała nas tak jak wiadomo, a opóźnienie w rozwoju to efekt skutków nie efektywnych decyzji, które wybraliśmy kierując naszym rozwojem. Mści się wykasowanie dziedzictwa po PRL-u, rabunkowo-złodziejska prywatyzacja, skoki na kasę, uśmiercenie wszystkiego, co miało w kraju jakąkolwiek sensowną zdolność wytwórczą. Przerwaliśmy naturalne wieloletnie łańcuchy generowania wartości, rozpuściliśmy kadrę inżynierską, operowanie wielkimi przedsięwzięciami stało się dla Polaków czymś nieznanym i wiedzą unikalną. Nie potrafimy sami wybudować nawet głupich dróg! Do tego doszło – absolutny upadek myśli organizatorskiej i niezdolność kraju do wygenerowania z siebie struktur większych niż sieć sklepów osiedlowych lub wypożyczalni wideo. Wszystko, co mamy, co działa, co decyduje o liczących się w skali kraju procesach – to efekt importu zagranicznej myśli racjonalizatorskiej, kopia obcych rozwiązań logistycznych, klonowanie i przenoszenie na nasz obszar rozwiązań niekoniecznie najefektywniejszych, czy też uwzględniających lokalną specyfikę. Wszystko to razem składa się na obraz kraju zacofanego i opóźnionego w rozwoju, w znacznej mierze nie z własnej winy, ale co jest już znakiem naszej nieporadności – pozbawionego wysp wzrostu opartego na innowacjach, albowiem rodzima administracja i jej niezdolność do myślenia kreatywnego – przewidywania skutków i czegokolwiek, co oznacza progresję – hamuje wszystko, uwstecznia i sprowadza do parteru. Sami jesteśmy sobie winni i nie możemy mieć o to do nikogo pretensji.

Innowacje stały się modne, to słowo klucz, a właściwie wytrych do zaistnienia, jako mędrzec w sferze publicznej o nadzwyczajnych kompetencjach i możliwościach – albowiem posiadający władzę nad magią stwierdzeń unikalnych, często niezrozumiałych dla przeciętnych ludzi. Niestety to nie na słowach się buduje innowacyjność, ale na sprzężeniu – potrzeby – finansowania i wynalazczości. Na nic się nie zda czcze gadanie i opowiadanie niestworzonych historii o tym, czego potrzebujemy i ile tracimy nie będąc innowacyjni, a co moglibyśmy zyskać. Do póki nie zaistnieje potrzeba, nie znajdą się środki – nie pojawi się żaden pomysłowy wynalazca zdolny do przedstawienia rozwiązań rozwiązujących funkcjonowanie zagadnienia.

Prawdopodobnie wielkim błędem naszej polityki gospodarczej po 1989 roku było to, że wygasiliśmy przemysł – nie wygaszając (ograniczając) nauki. Pieniądze zaoszczędzone w ten sposób na wymyślaniu czy też nie wymyślaniu niczego pożytecznego, można było przeznaczyć na zakup licencji i technologii za granicą. Może nie najnowocześniejszych, ale sprawdzonych i działających. Przecież dokładnie tą drogą poszły wszystkie obecnie święcące triumfy kraje Azji dalekowschodniej. My w Polsce wybraliśmy schemat „ciepełka” i „jakoś tam będzie”, no to mamy to, co mamy, wyższe uczelnie, dla których celem samym w sobie jest proces kształcenia, brak stymulowania innowacji, brak patentów, brak czegokolwiek, co by się liczyła na świecie – jesteśmy krajem mizerii i mizernych osiągnięć, które się nie liczą w skali międzynarodowej. Jeżeli cokolwiek się pojawi to jest „upupiane” przez środowisko lub zamrażane przez administrację. Dlatego nie można mieć pretensji do innowacyjnych ludzi, że jak tylko mogą to natychmiast uciekają z Polski – drenaż mózgów kosztował nas miliardy złotych i kilka ładnych składowych PKB. Niestety takie są koszty transformacji i braku myślenia strategicznego.

Obecnie na skutek nagonki pojawi się presja na innowacje i innowacyjność w rodzaju – produkcji kubków z napisem „Dla Zosi” lub „Kubek Szefa”, grawer laserowy albo tampon druk to będzie coś wspaniałego, co zdecydowanie poprawi ofertę krajowych punktów ksero i wszelkiego rodzaju małych firm reklamowych. Może gdzie niegdzie pojawią się drukarki 3D z prawdziwego zdarzenia, może jeszcze gdzieś indziej ktoś połączy to z możliwością odlewania metodą na wosk tracony. Wspaniale – rozwinie się nam kolejna metoda budowy pięknych pomników, oczywiście wiadomo, kogo. Jednakże to nie na tym polega, to nie tak powinny wyglądać innowacje, zwłaszcza te stymulowane z pieniędzy publicznych. Celem prawidłowego procesu zawsze powinno być – generowanie wartości dodanej, zdolnej do sfinansowania kosztów wszystkich poprzednich elementów łańcucha tworzenia tej wartości.

Jeżeli już przygotowano skok na kasę pod hasłem innowacje, to można jedynie postulować ukierunkowanie wysiłków, w taki sposób żeby unowocześnić jakąś dziedzinę gospodarki. Dobrym pomysłem, byłoby oparcie się na wzmacnianiu potencjałów mających największe prawdopodobieństwo powodzenia, to znaczy, że nie ma, co konkurować ze światowymi gigantami tam, gdzie oni są wiodący, a my w ogóle nie istniejemy. No chyba, że ktoś w garażu skonstruuje komputer kwantowy, albo dokona fuzji! Inwestując na siłę w zagadnienia niemające u nas potencjału do generowania i absorpcji innowacji – nie osiągniemy zupełnie niczego, narazimy się tylko na jakąś kolejną efektowną „katedrę na pustyni” lub po prostu wyrzucenie pieniędzy w błoto. Należy się skoncentrować na jednej lub dwóch specjalizacjach ogólno gospodarczych, które doinwestowane pociągną za sobą za pomocą czynników mnożnikowych – resztę gospodarki. Dodatkowo agresywnie poszukiwać nisz, w tym przez aktywne poszukiwanie imigrantów, którzy chcieliby u nas pracować i u nas realizować swoje pomysły. W wielu dziedzinach możemy mieć bardzo wiele do powiedzenia, trzeba jednakże odpowiednio i w sposób umiejętny przeprowadzić audyt i doprowadzić do obrania priorytetów.

Podstawową specjalizacją ogólnogospodarczą, w którą moglibyśmy inwestować powinno stać się rolnictwo i skojarzone z nim przetwórstwo płodów rolnych i wszystkiego tego, co można z resztek pozostających z produkcji wyprodukować – np. biopaliwo, biogaz, itp. Polska ma duży potencjał rolny, po zainwestowaniu odpowiednich środków chociażby w produkcję szklarniową – moglibyśmy zalać światowy rynek – adresując globalnie swoją produkcję. Najlepiej, jeżeli byłyby to produkty wysoko przetworzone, nadające się do konsumpcji we wszystkich zakątkach świata, ze szczególnym uwzględnieniem krajów azjatyckich i arabskich. Deficyt żywności na świecie jest faktem, żywność to towar strategiczny, produkcja jej będzie zawsze opłacalna o ile będzie realizowana w odpowiedniej skali i przy zapewnieniu pewnej stałej, jakości. Jeżeli udałoby się masową produkcję i eksport wesprzeć własnymi sieciami dystrybucyjnymi – w kluczowych rynkach globu, to można by wróżyć naszemu krajowi sukces na miarę XVI wiecznej Rzeczpospolitej! Co więcej, pieniądze z sukcesu eksportowego masowej produkcji wysoko przetworzonych płodów rolnych napędzałyby inne niszowe dziedziny innowacji, gwarantując nam rozwój innych dziedzin gospodarki, na których innowacyjność byłby naturalny popyt.

Jeżeli zdecydujemy się na chaotyczne pompowanie innowacji pod hasłem – „są pieniądze do wydania”, to nie unikniemy pułapki związanej z ryzykiem wpadnięcia w innowacyjną dziurę, ponieważ na siłę nie da się niczego implementować. Po prostu – nawet, jeżeli przenieślibyśmy tutaj całe fabryki z Tajwanu – to i tak nie zadziała, ponieważ nie ma ludzi, nie ma zwyczajów, nie ma popytu, nie ma powiązań gospodarczych. Musimy sami wypracować swoją drogę w kierunku efektywności, nie ma innej alternatywy.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.