Historia

Nie wspominajmy już o 17 września

 Wystarczy katowania się dramatyczną przeszłością, albowiem nie ulega wątpliwości, że wydarzenia zainicjowane 17 września do przyjemnych, a nawet do nadających się do podejmowania bez emocji się nie nadają. Nie jest to brak szacunku dla jednej z największych narodowych traum, ale po prostu przejście do codzienności nad bardzo istotną porażką, z której nie wyciągnęliśmy praktycznie żadnej lekcji.

17 września nie byłby możliwy, gdyby nie było Monachium, gdyby nie było ślepej wiary w „gwarancje” zachodnich aliantów, gdyby nie dramatycznie jałowa polityka polska względem ZSRR, który przed wojną był traktowany, jako imperium zła jeszcze mocniej niż w najsilniejszych latach prezydentury Ronalda Reagana.

Polityka równej odległości pomiędzy Rosją a Niemcami nakreślona przez Piłsudskiego i realizowana przez Becka była niczym innym jak próbą zaciskania nóg przez dziewicę siedzącą na brzytwie, czy też szabli. Takie podejście nie rozwiązywało żadnych problemów, po pewnym czasie musiała pojawić się krew. Co więcej, trzymając równą odległość nie blokowaliśmy ewentualnego sojuszu tych państw, który był przecież faktem od Rapallo w 1922 roku. Jeżeli komukolwiek przed wojną się wydawało, że Polska w sojuszu z Francją może zrównoważyć sojusz wykluczonego imperium wschodu i upokorzonego centralnego imperium to sam był sobie winny następstw takiego podejścia. Jak niesłychanie krótkowzrocznym trzeba było wówczas być, żeby nie dostrzegać oczywistych faktów i pełnej niemocy, jaką okazało się balansowanie na szabli z okresowym mizdrzeniem się do Kanclerza Hitlera. Warto pamiętać, że przecież elegancko posililiśmy się na trupie Czechosłowacji, co było bardzo atawistycznym aktem zemsty za postawę naszych sąsiadów z 1920 roku, kiedy to Armia Czerwona była na przedpolach Warszawy.

Polska skonfrontowana z dwoma wielkimi sąsiadami po prostu musiała upaść, nie było innej opcji. Kraj był zbyt słaby, żeby mieć możliwość obronienia się przed jednoczesnym zagrożeniem z dwóch strategicznych kierunków, „Cud nad Wisłą” miał silne oparcie w logistyce aliantów uzbrojonych po zęby w praktyce niewyczerpane zasoby uzbrojenia pozostałego po Wielkiej Wojnie. Co więcej można powiedzieć z pewnością, że w stanie ówczesnej techniki – bez broni atomowej, obrona równinnego kraju była niemożliwa.

W przeważającej większości jesteśmy sami sobie winni 17 września, który był naturalnym zachowaniem się drapieżnika. Upadliśmy, ponieważ nie starczyło nam wyobraźni i sił, żeby zdecydować się na wybór inny niż jak się wówczas wydawało jedynie słuszny, bo honorowy. Dlatego po lekcji II Wojny Światowej, a zwłaszcza Powstaniu Warszawskim zupełnie poważnie możemy o nim zapomnieć, no chyba, że chcemy ponownie honorowo odbudowywać Warszawę, chociaż to być może wyszłoby jej na dobre, bo ta odbudowa nie do końca się udała.

Ciągłe rozpamiętywanie narodowych klęsk i porażek, w tym tej świeżej tak bolesnej – musi rodzić pytania o prawo do zadośćuczynienia, zemsty, usłyszenia słowa „przepraszam”, które w swojej istocie nie zmieni nic poza przyznaniem moralnej racji nam potomkom ofiar zbrodni dwóch sąsiadów. I co nam to da? Nawet, jeżeli Prezydent Rosji przyjechałby i ukorzył się przed katyńskim pomnikiem w Warszawie? W jaki realny sposób zmieniłoby to naszą sytuację? Rosjanie doskonale, a prawdopodobnie lepiej od nas (prawdopodobnie oni mają nadal także nasze archiwa) wiedzą, co nam zrobili i jakie straty zadali – jednakże nie widzą siebie, jako katów, albowiem sami byli równoległymi ofiarami chorej ideologii i systemu, który rządził się w tamtym okresie swoimi prawami.

Poza tym, ciągłe przypominanie o tej klęsce bez możliwości wyciągnięcia z niej wniosków i spowodowania realnej zmiany w świadomości powszechnej na temat polskiej krzywdy jest w istocie pokazywaniem słabości. Czymże, bowiem jest ofiara, która ciągle przypomina, że ją zgwałcono – a gwałciciel mieszka w domu obok i się śmieje od ucha do ucha zajęty własnymi sprawami? Zupełnie mając w niepoważaniu ofiarę, czasami nawet twierdząc, że to, co się stało – owszem było smutne, ale było koniecznością, albowiem panna sąsiadka źle się prowadziła.

Naprawdę historię piszą zwycięzcy. Jesteśmy krajem z przetrąconym kręgosłupem historycznym, nie mamy ciągłości. Dlatego bez względu na to jakby to nie było bolesne – zamiast płakać hardo na grobach niepotrzebnych ofiar, powinniśmy być elastyczni do granic ludzkiej wydolności. Naszą granicą nie może być honor, przynajmniej do momentu aż nie będziemy posiadali własnego arsenału jądrowego. Wręcz przeciwnie, powinniśmy naginać się ile się da, albowiem współcześnie liczy się gaz, ropa, rynek zbytu, repatriacja naszych rodaków do dzisiaj przebywających w miejscach zesłania.

Na wszystko trzeba patrzeć realnie, wyciągać wnioski. O 17 września nie da się zapomnieć, ale jeżeli nie potrafimy z niego wyciągać wniosków i wdrażać ich do rzeczywistości to bezpieczniej jest milczeć. Milczenie nic nie kosztuje.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.