Społeczeństwo

Nie ma miejsc, czyli recepta na zdrowe społeczeństwo

 Historia ta przydarzyła się kilkanaście dni temu, mogła się przydarzyć pewnie w innym miejscu czasie, ale pewne jest, że nie powinna mieć miejsca w żadnym cywilizowanym kraju. Z założenia opowieść ma być humorystyczna, ale mechanizm, który miał miejsce w śmiesznej opowiastce spowodował w ostatnim czasie kilka dramatów z pacjentami w roli głównej. Historia ta została zasłyszana od zirytowanego ojca pewnej nastoletniej kobiety, która chwyciła prozaiczne przeziębienie.

Dzień pierwszy zwany piątkiem:

Popołudniowa gorączka, katar ból głowy – fatalnie trafiła się „grypa” na koniec sezonu. Dobrze, że idzie weekend wykuruje się dziecko pomyślał Ojciec i popełzł do apteki po środki farmakologiczne…

Dzień drugi i trzeci:

Stopniowe faszerowanie lekami przynosi efekt, gorączka spada. Sugestia matki dotycząca wizyty u lekarza jest solidarnie wyśmiana przez chorą jak i ojca.

Dzień czwarty powszechnie znany, jako poniedziałek:

Jednak warto posłuchać matki, temperatura skoczyła dziewczę zbiera się do lekarza i odbija się od rejestracji wszak już 9 rano a to poniedziałek. „Duża kolejka” – życzliwie informuje rejestratorka, „dzisiaj już Pani nikt nie przyjmie. Jutro Pani lekarz jest od 14 proszę przyjść i się zarejestrować”, albo: „Nie proszę pani rejestrujemy tylko na dzień bieżący” – pada kolejna informacja od mniej życzliwej rejestratorki.

Dzień piąty: przezorne dziewczę udaje się do rejestracji wcześniej, już przed 13 udaje się jej trafić przed oblicze pani rejestratorki, niestety kolejny raz uprzejma rejestratorka informuje, że miejsc brak… Pan doktor ma pełna listę ewentualnie nagłe przypadki, ale to należy czekać czy przyjmie…

Dziewczę jest uparte i czeka już o 14.40 lekarz się zjawia i ze zamartwieniem w głosie informuje wszystkich czekających acz niezarejestrowanych, że niestety dzisiaj bez rejestracji nikogo nie przyjmie… Uśmiecha się czarownie i znika za drzwiami. Niedoszłej pacjentce wydaje się, że dostrzega kątem oka triumf malujący się na twarzy starszego Pana, który nie chciał pozwolić, aby niezarejestrowani pacjenci „zapytali” o możliwość przyjęcia przed znamienitym obliczem lekarza rodzinnego zanim ON nie będzie przyjęty bo ON jest pierwszy w kolejce. Dzień piaty ma jeszcze jeden skutek, szanowny rodziciel deklaruje, że przed pracą wpadnie do przychodni i zarejestruje chore dziecko do lekarza.

Dzień szósty: a należało słuchać starego przysłowia? Dobrymi chęciami piekło wybrukowane. W kolejce do rejestracji wprawdzie troskliwy rodziciel spędził ponad godzinę, ale wykazał się potężna nieroztropnością. O 7 rano, kiedy pokornie ustawił się w kolejce już stał na straconej pozycji wszak miejsc jest kilkanaście i skończyły się dokładnie kwadrans przed jego przybyciem. „Rejestracja pracuje od 6.15!” – usłyszał od oburzonej jego zdziwieniem i irytacją pani rejestratorki. Słowa, jakie zmielił w ustach, gdy wychodził z osiedlowej przychodni raczej średnio nadają się do cytowania….

Dzień siódmy: wyposażony w książkę o 5.45 znajduje się pod drzwiami i jest zdumiony tym, że przed nim w kolejce stoi 11 bardziej przezornych osób. Ale o cudzie udało się!! 6.45 a ON głowa rodziny zdobył dla chorego dziecka karteczkę, poczuł się niemal tak dobrze jak człowiek pierwotny, kiedy wraz z kumplami ubijał mamuta, aby wygłodniałe stadło miało co jeść… Córka pełna radości wysłała smsa: „dziękuje tatusiu…” „Kiedy tak ostatnio do mnie powiedziała rozmyślał wzruszony Ojciec…” niestety happy endu nie było. Córka wprawdzie się zarejestrowała, stawiła w kolejce godzinę przed czasem… Niestety choroba nie wybiera, szanownego lekarza zmogła choroba i niestety dzisiaj go nie będzie…

Dzień ósmy: rodzina zgodnie stwierdziła ze nawet do zwykłego przeziębienia potrzebne jest końskie zdrowie i zdecydowała, że skorzystają z prywatnego gabinetu lekarskiego 2 bloki dalej. Lekarz stwierdził że dużą nieroztropnością było czekać z wizyta lekarska tak długo, zapisał leki i powiedział, że w zasadzie jeszcze 2-3 dni i powinno być ok. Na koniec zasugerował, że zamiast stać w kolejce łatwiej wpaść tutaj wszak 60 zł nie majątek.

Jaka jest konkluzja? Dość prosta. Lepiej być pięknym, zdrowym i bogatym niż… no, ale ta konkluzja jest nieco oklepana. To może lepszym podsumowaniem będzie finał, jaki napisało życie, Ojciec po kilku wizytach w przychodni chwycił jakiegoś wirusa… i dzień dziewiąty choroby dziecka, które w zasadzie czuło się już świetnie stał się dniem pierwszym choroby Ojca. Na szczęście lekarz zachował się przytomnie i marketingowo dał wizytówkę na „wszelki wypadek”, który zdarzył się szybciej niż myślano i oczekiwano, wykonano szybka rozmowę telefoniczną wizyta domowa to „jedyne 130zł” wszak to weekend. Ale jakoś nikomu nie było żal wydanych pieniędzy, bo bezpłatna służbę zdrowia uznano za coś w rodzaju potwora z Loch Ness – prawie wszyscy o nim słyszeli, ale zobaczyć udało się nielicznym a i to niepewne czy nie mijali się z prawdą…

3 komentarze

  1. Wierny_czytelnik

    Ludzie czy wy jesteście jacyś oderwani od rzeczywiścości? Czego się spodziewaliście w państwowej przychodni? Proszę się cieszyć, że nie zawołali na was policji jako na awanturujących się pacjentów – unikać jak się da i nienawidzić lekarzy !!!

  2. Popieram poprzedni wpis.
    Szczególnie należy unikać Klinik Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.
    Żadne leczenie, a chamstwa i upokorzeń wobec pacjentów – co nie miara.

  3. Oto służba zdrowia właśnie, ponieważ ma być zabawnie zacytuję przeczytany dowcip.
    -Pielęgniarka zgłasza lekarzowi “Panie doktorze ten symulant z pod trójki zmarł”
    – w tle słychać westchnienie ulgi

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.