Paradygmat rozwoju

Nie jest dobrze, jeżeli politycy mają ponadnarodowe szanse i aspiracje

 Nie jest dobrym rozwiązaniem dla krajowego systemu politycznego, jeżeli czołowi politycy mają szansę na awans do struktur ponadnarodowych. W zasadzie powinniśmy mówić równolegle o szansach i aspiracjach, ponieważ te szanse wynikają właśnie z aspiracji. Problem powstaje wówczas, gdy okazuje się, że efektywność i skutki działania danego polityka lub nawet samej śmietanki danej klasy politycznej będą przesądzały o możliwościach kwalifikowania danych polityków do funkcji w strukturach ponadnarodowych.

Globalizacja oraz udział naszego państwa w licznych strukturach ponadnarodowych dają naszym politykom wspaniałe szanse rozwoju poza Polską, należymy do ONZ, licznych organizacji międzynarodowych i ponad narodowych oraz struktur szczególnego znaczenia mających dla nas znaczenie strategiczne jak Unia Europejska i Pakt Północno Atlantycki. Jest oczywistym, że najważniejszym polem do występowania jest dla naszych polityków awans w ramach struktur Unii Europejskiej. Jest to organizacja posiadająca realną władzę i rzeczywiste możliwości, od której bardzo dużo zależy w zakresie naszych możliwości państwowych i członkostwo, w której jest dla nas „być albo nie być”. Stąd też naturalnym jest „parcie” naszych polityków na zajęcie stanowisk w tej organizacji, nie można ich za to krytykować ani się tym dążeniom dziwić, ponieważ pośrednio od ilości przedstawicieli narodowych w strukturach unijnych zależy miejsce danego kraju w poczcie teoretycznie i formalnie równych członków Wspólnoty.

Być może będzie to stwierdzenie dość ryzykowne, ale trzeba uznać, że w przypadku państw takich jak Polska, dla których Wspólnota stanowi cel sam w sobie a nie środek do celu, jakim powinna być realizacja państwowej racji stanu – awans na funkcje wspólnotowe to dla polityka szczebla krajowego o wiele więcej niż cokolwiek z funkcji narodowych. Wynika to z aspiracji oraz przełożenia wagi spraw krajowych, jako podległych pod sprawy wspólnotowe. Gradacja funkcji i ich ważności jest w tym zakresie oczywista. Oznacza to, że Polska nawet nie będąc w federacji lub konfederacji – generalnie sprowadza się sama do roli prowincji państwa federalnego, w którym politycy realizują prawdziwe możliwości działania dopiero ponad szczeblem krajowym.

Szczególne niebezpieczeństwo zachodzi wówczas, jeżeli jakiś kraj tak jak nasz jest a przynajmniej stara się być „prymusem” i za wszelką cenę udowadnia swoją przynależność poprzez wychodzenie przed szereg. Wówczas w ocenie realnych decydentów, – czyli elit państw najsilniejszych w danym układzie, w naszym przypadku Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch – tacy politycy po prostu „pajacują” to znaczy są w stanie wykonać dowolną figurę, żeby tylko i wyłącznie udowodnić swoje oddanie dla spraw i zagadnień wspólnotowych „europejskich”. Pod pewnymi względami zachodzi tutaj ryzyko podporządkowania polityki narodowej i interesu państwowego – interesowi osobistemu danego polityka, który nie ukrywa swoich aspiracji ponadnarodowych. Jest wówczas, bowiem wiadomym, że polityk eurosceptyczny raczej nie ma szans, ponieważ i tak nie dokonuje się tutaj wyboru na funkcję realnie decyzyjne, ponieważ nikt nie powierzy politykom polskim urzędu Kanclerza Federalnego lub Prezydenta Republiki Francuskiej, a jedynie mniej lub bardziej fasadowe popłuczyny, gdzie ze swoją kaleczoną znajomością angielskiego nie uczynią szkód a mogą sobie „pociesznie pajacować” ogrzewając się brukselskim ciepełkiem.

W interesie państwowym, zatem powinno być jasne rozgraniczenie możliwości politycznych na konkretnych stanowiskach decyzyjnych najwyższego szczebla jak również kluczowych dla funkcjonowania państwa i gospodarki. Ponieważ nie mamy narodowych korporacji (ugrupowań gospodarczych) umożliwiających dywersyfikację ścieżek kariery zawodowej, to nie można nikomu niczego ograniczać, ale generalnie śmiesznym jest przypadek jak premier „pacynka” zostaje doradcą – lobbystą w globalnym banku odpowiedzialnym za globalny kryzys i ma się zajmować sprawami polskimi. Taki przypadek przecież niedawno był, być może żałosny i nikt tak naprawdę nie traktował tej osoby w pełni na serio, jednakże sam fakt takiego a nie innego ustawienia personalnego determinuje naszą pozycję wśród innych narodów.

Trzeba, zatem rozważyć wprowadzenie do konstytucji mechanizmów w jakiś sposób blokujących automatyzm szczebli kariery, tak żeby nie okazało się, że marzeniem, czy też sposobem na ucieczkę polityków polskich od odpowiedzialności za popełnione decyzje – będą struktury unijne. Taki stan rzeczy, w którym np. urzędujący premier i kilku jego ministrów na serio, jako alternatywę polityczną dla przegranych wyborów w kraju rozpatrywałby „czmychnięcie” na jakieś administracyjno-polityczne stołki w Brukseli jest nie do zaakceptowania. Potrzebujemy bezpieczników izolujących zapędy naszych polityków, ale równolegle nieograniczających nikogo, ponieważ w ten sposób możemy stracić wielu życzliwych rzeczników spraw narodowych.

Być może elementem do rozważenia byłoby wprowadzenie zasady okresu karencji? O czasie trwania np. połowy kadencji poprzednio pełnionej najważniejszej funkcji w strukturach państwowych? Co by znaczyło, że np. ktoś, kto był premierem przez dwie pełne kadencje polskiego parlamentu – mógłby zostać szefem np. Komisji Europejskiej lub kandydować na jakąś inną unijną funkcję dopiero po minięciu kolejnej kadencji, albo przynajmniej jej połowy – za zgodą kolejnej administracji (rządu). Powierzenie władztwa w tym zakresie aktualnemu rządowi jest bardzo ważne, ponieważ wykluczałoby to ryzyko spowodowania rozdźwięku pomiędzy strukturami ponadnarodowymi, w tym przypadku wspólnotowymi a naszym aktualnym rządem. Oczywiście oznacza to także szereg ograniczeń, na temat, których nie ma powodu się rozpisywać, ważne jest jednakże, żeby rozważyć wprowadzenie przynajmniej opcji – zapytania aktualnie urzędującego Prezesa Rady Ministrów – przynajmniej o opinię. Niech to ma, chociaż znaczenie honorowe i towarzyskie, jeżeli nie udałoby się tego wprowadzić, aczkolwiek prawdopodobnie ze względu na bieg aktualnych spraw i możliwość wykorzystania tego pomysłu w aktualnej walce politycznej – wprowadzenie takich obostrzeń mogłoby znaleźć wielu zwolenników.

W naszym interesie jest, żeby realnym centrum spraw państwowych był zawsze rząd narodowy, wszystkie podmioty i osoby, którym miła jest ojczyzna i nie jest to tylko puste słowo – powinny mu się w sensie administracyjnym zawsze podporządkowywać, co oczywiście nie oznacza prawa do prowadzenie równolegle nawet totalnej krytyki. Musimy się nauczyć rozgraniczać te dwie sprawy.

One Comment

  1. Nieistotna kwestia, bo nasi politycy nigdzie się nie nadają, bo nie znają języków.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.