Ekonomia

Nie dla podwyżki podatków pośrednich, tak dla likwidacji ulg i przywilejów!

 Zaczęło się, rząd sięga do płytkich i coraz płytszych kieszeni obywateli w celu zapewnienia sobie poduszki finansowej na wypadek kryzysu. Rząd rozpoczął misterną grę cięcia wszystkiego po trochu, ile się da i gdzie się da – pod warunkiem, że nie naruszy się cienkiej równowagi społecznej, mówiąc prostym językiem, że ludzie tego nie zauważą, podobnie jak mieli nie zauważyć np. podwyżki VAT w wyniku nominalnego zwiększenia stawki lub obniżki dopłat do leków refundowanych, (czyli podwyżki ich cen) na skutek wprowadzenia zamieszania przy listach leków refundowanych. Jest to taktyka jedynie częściowo skuteczna, ponieważ nie da się wiele uszczknąć, przykładowo ograniczenie uprawnień twórców z tzw. uzysku (50%) to około 150 mln zł rocznie no, ale to zawsze jakieś pieniądze dla potrzebującego zabezpieczenia budżetu.

Pomysł rządu, żeby stworzyć z różnych skrawków większą poduszkę gotówkową jest bardzo dobry, albowiem likwidacja ulg i przywilejów może spowodować, że w przypadku nasilenia się zjawisk kryzysowych przychody rządu z tytułu “normalnych”, tzn. dotychczas ordynowanych społeczeństwu i gospodarce podatków spadną znacznie o kilka-kilkanaście procent. Takie ryzyko występuje najbardziej w przypadku podatków pośrednich, którymi karmi się nasz fiskus. Prawdopodobnie, dlatego, do mediów wypuszczono niewinne kaczki dziennikarskie, jakoby to czekał nas dramat podatku ad valorem, czyli płaconego od wartości nieruchomości. Oczywiście władza sprostowała “komunikaty”, jednakże pierwsze rozpoznanie bojem się dokonało, ludzie nie chcą takiego podatku płacić nawet, jeżeli w wyniku wrednej manipulacji elit wmawia się im, że byłby to podatek niesprawiedliwy. Zastępczo, tak na doczepkę wprowadzono także koncepcję podatku “strefowego”, który polegałby na tym, że stawka podatku od nieruchomości zależałaby od strefy danej gminy, w której jest nieruchomość zlokalizowana. Te wszystkie próby mają tylko jeden cel, ataku medialnego na nieświadomych niczego Polaków, żeby im wmówić konieczność przyjęcia kolejnego podatku, skonstruowanego w ten sposób, że masy jak zwykle będą płacić krocie a bogaci posiadacze kapitału i licznych dóbr, w tym nieruchomości będą mieli luki, ulgi i okresy przejściowe, a w ostateczności jakąś część haraczu wrzucą w koszty.

Sama idea płacenia podatku od wartości posiadanego majątku jest stara jak świat, zawsze w każdej formacji historyczno-ustrojowej były to podatki ekstremalnie znienawidzone przez posiadaczy. Dochodziło do buntów arystokratów, rokoszów szlachty, nieporozumień wśród mieszczan. Nikt nie był zadowolony i nigdy nie będzie, jeżeli musi od posiadanej własności, tylko, dlatego że ją posiada, jako potencjał – zapłacić władcy podatek! Nasycenie tej niechęci odpowiednią propagandą, o rzekomej bezduszności i niesprawiedliwości takiego podatku powoduje w ludziach opór dla zmian i niezadowolenie, co daje legitymację dla rządzących do zwiększenia obciążeń w ramach dotychczasowych systemów zbierania pieniądza z rynku. Otóż, dobrze zaprojektowany, co do zasad i skali podatkowej podatek katastralny może w znacznej mierze ożywić rynek nieruchomości i przyczynić się do znacznego wzrostu uprawnionych z tytułu tego podatku – samorządów i fiskusa. Mechanizm jest banalny, jeżeli jesteś bogaty i masz stan posiadania to w twoim interesie jest płacić państwu (samorządowi) procent od twojego majątku, albowiem to państwo (samorząd) zapewnia ci bezpieczeństwo, ład, pewność obrotu, zachowanie wartości itd. Oczywiście, problemem są stawki podatku i katalog zwolnień lub wyłączeń. W przypadku Polski, bez zbędnego wdawania się w szczegóły należy zaproponować dwie stawki – pierwszą powszechną dla wszystkich nieruchomości w wysokości np. tysięcznej dotychczasowej wartości, czyli dziesiętnej części procentu – na rok. Co by oznaczało w przypadku mieszkania wartego 400 tys. zł konieczność zapłacenia 400 zł rocznie, czyli około 34 zł miesięcznie. Byłaby to stawka podstawowa dla wszystkich nieruchomości, ustalana ryczałtowo, tzn. rząd uznałby, że każda nieruchomość, jeżeli nie ma określonej wartości to kosztuje dokładnie tyle, może mniej lub może więcej. Taką stawkę płaciłyby, zatem kościoły, emeryci posiadający mieszkania w tym przedziale cenowym itd. Jeżeli natomiast, ktoś posiadałby dom, a jego wartość była by wyższa, od wartości zryczałtowanej za pierwszy lokal stanowiący centrum interesów życiowych podatnika lub siedzibę instytucji, to płaciłby np. dwa promile rocznie, czyli około 68 zł miesięcznie. W skali samorządów byłyby to znaczne pieniądze, stały i pewny dochód, a z perspektywy podatnika, nie byłaby to uciążliwość ekstremalna. Natomiast posiadacze więcej niż jednej nieruchomości, czyli np. kilku mieszkań lub kilku domów, od każdego kolejnego obiektu płaciliby już nie jeden promil rocznie, ale np. 3 promile. Zmuszałoby to ludzi do rozważenia ekonomicznej zasadności posiadania nieruchomości niepracujących. Każdemu zaczęłoby zależeć, żeby ziemia, budynki i budowle zaczęły zarabiać. Jeżeli komuś się to spodobało, to proszę się nie łudzić lobby wszechpotężnych “banków ziemi”, czyli właścicieli polskich suburbiów prędzej zdecyduje się na otwartą wojnę z rządem Polskim niż na przełknięcie takiego pasztetu. Nikt, kto z trudem skupował działki wkoło miast, żeby nimi spekulować nie pozwoli, żeby jakiś rząd mu je opodatkował “no, bo jakim prawem”?

Jak widzimy na powyższym przykładzie, podatek od wartości nie jest personifikacją diabła w systemie podatkowym. Wszystko zależy od przyjętego modelu, jego jasności i przejrzystości. Przykładowo emeryci i renciści, mogliby mieć dodatkowe upusty w przypadku pierwszej nieruchomości stanowiącej ich centrum interesów życiowych o 50-90% w zależności od np. dobrego serca lokalnych radnych, niech samorząd decyduje. Z punktu widzenia państwa, wprowadzenie tego systemu oznaczałoby, że pojawiłby się bardzo silny strumień finansowania, umożliwiający np. obniżenie podatków pośrednich w celu wzmocnienia konsumpcji. A to byłaby prawdziwa rewolucja, bo nagle by się okazało, że państwo może być utrzymywane równo przez wszystkich, a “równiej” przez posiadaczy olbrzymich majątków korzystających z jego ochrony zamiast przez matki kupujące swoim dzieciom abstrakcyjnie opodatkowane ubranka dla małych dzieci, czy konsumentów jogurtów. I właśnie, dlatego się to nie uda, albowiem elita nie pozwoli na to zbyt szybko, gdyż mogłoby się okazać, że przez ostatnie 22 lata ktoś się nadmiernie wzbogacił kosztem społeczeństwa, korzystając bardziej niż partycypując. Polacy bardzo by się zdziwili, że państwo bardziej dba o wzrost zamożności bogaczy niż o przeciętnego szarego obywatela. Ale tak niestety jest, ten system funkcjonuje i ma się dobrze, żeby się o nim przekonać wystarczy wejść do dowolnego sklepu i zabrać ze sobą paragon – dowód ohydnej pazerności tego państwa, które chroni bogatych za ogranicza o 23% konsumpcję biednym!

Łatwo można sobie wyobrazić skutki takiego przemodelowania systemu. Opodatkowanie każdej nieruchomości, skłoniłby właścicieli do poszukiwania zarobku na nich. Wywołany w ten sposób ruch na rynku nieruchomości wymusiłby spadek złodziejskich i bandyckich cen, które powodują, że kupujący mieszkanie Polak, staje się niewolnikiem systemu na 40 lat. Po prostu tam gdzie jest rynek spadają ceny! Mieszkania stałyby się bardziej dostępne, nie tylko dla elity, ale przy rozsądnym systemie kredytowania dla mas! Równolegle w gospodarce po obniżeniu podatków pośrednich i wywołaniu przez to ogólnego spadku cen wszystkich dóbr – ludzie zaczęliby więcej konsumować, żeby więcej kupować – zaczęliby pożyczać i więcej pracować na pokrycie swoich zobowiązań. A przy mądrej polityce gospodarczej, wzrost ogólnego popytu spowodowałby wzrost produkcji (krajowej) i wzrost zapotrzebowania na pracę. W efekcie mielibyśmy coś niesamowitego jak na ten kraj, albowiem podniósłby się ogólny poziom zamożności całej przestrzeni społeczno-gospodarczej, wszystkich stać byłoby na więcej, w tym także początkowo niezadowolonych właścicieli nieruchomości, albowiem ogólna koniunktura spowodowałaby wzrost ich przychodów. Potrzebny jest jedynie impuls, żeby uruchomić kapitał zamrożony przez chciwą i pazerną na swoje przywileje elitę.  To w ich interesie straszy się ludzi, że musieliby płacić około 800-1200 zł miesięcznie za posiadanie domu!

Dlatego też, jeżeli rząd poważnie myśli o zabezpieczeniu się przed kryzysem, powinien podjąć tego typu działania stymulujące – ale poprzez przemodelowanie zasad funkcjonowania całego systemu. Można to zrobić mądrą skalą podatkową, której najważniejszym elementem powinno być przesunięcie części obciążeń podatkowych z konsumpcji na zakumulowaną własność.

2 komentarze

  1. Jeszcze raz sprawdza się moja definicja polityki: że jest to sposób funkcjonowania grup społecznych zjednoczonych pod wspólnym szyldem (partie)w celu przemieszczania środków finansowych od jednych grup do innych, najczęściej od tych najliczniejszych – niekoniecznie bogatych do liczebnie mniejszych, mające na celu finansowanie ich różnych przedsięwzięć z cudzych kieszeni. O ile rozsądek podpowiada, że należy finansować działania z których później wspólnie korzystamy (bezpieczeństwo, drogi i wiele innych sfer życia) to gdy przychodzi do płacenia pojawiaja się głosy sprzeciwu co jest zdrowym odruchem każdego skubanego obywatela z jego własności. Przechodząc do szczegółów w nielicznych informacjach jakie usłyszałem mowa była o podatku w granicach 1% wartości mienia. Tak więc podatek na poziomie 1 promila jest dla mnie zaskoczeniem. Generalnie rząd jak skąpiec nie udziela informacji, a my obywatele wiemy bardzo niewiele na ten temat. I jak dotychczas będzie tak, że płacić będą liczni i miezbyt majetni właściciele a bogaci wykorzystają błędy, zamierzone luki i niezamierzone dziury w przepisach podatkowych. POzdrawiam Autora artykułu i Czytelników

  2. Marceliński

    … kapitalna pointa:
    “…można to zrobić mądrą skalą podatkową, której najważniejszym elementem powinno być przesunięcie części obciążeń podatkowych z konsumpcji na zakumulowaną własność”.

    Albowiem w wielu, zbyt wielu, wypadkach to “nienależna” “zakumulowana własność”, będąca efektem bezwzględnego żerowania na niedoskanałym prawie, pisanym pod dyktando “interesariuszy” i lobbystów przez tępych en masse parlamentarzystów oraz będąca efektem kantów pospolitych niewykrytym przez liczne, ale marne instytucje państwa…

    Oczywiście, bywa, “zakumulowana własność” zdobyta ciężką pracą…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.