Ekonomia

Nauka i nauczka

 Czy ekonomia jest mądra? Wiecie Państwo, jakie odkrycie uczyniło sławnym ekonomistę i filozofa Marksa i dlaczego tak go, w konsekwencji, prawica znienawidziła? To otóż, że biznes tym ma się lepiej, im mniej pracodawca płaci pracobiorcy, zagarniając lwią część wartości nazwanej dodaną. To między innymi dlatego prezes gromadzi miliony, a bezpośredni twórca wartości dodanej zarabia grosze, a i tak wylatuje z roboty, jeśli znajdzie się ktoś tańszy, w czym trochę jeszcze przeszkadza prawo pracy, ale ma się to zmienić. Marks nie dostał za to wprawdzie żadnej międzynarodowej nagrody, być może jeszcze ich wtedy nie było – dziś pewnie odebrałby Nobla z ekonomii, ale zastanówmy się… Jego konstatacja to codzienna refleksja wszystkich pracodawców, szczególnie dzisiaj, w erze nadprodukcji dóbr i usług, gdy jedyna droga do zysku to cięcie kosztów.

Pan Miecio, bez studiów w zakresie ekonomii i filozofii, produkujący kapcie przy pomocy choćby jednego pracownika, wie, że jeśli nie chce, by mu ten robol uciekł, musi mu zapłacić. Natychmiast jednak, niczym jakiś Marks, dostrzega prostą zależność: oto im więcej płaci za robotę, tym mniej zostaje dla niego samego i jego żony Mańki. Co więc robi? Dokonuje segmentacji rynku może? Nie, tnie koszty. Czyli testuje na swym pracowniku, za ile ktoś skłonny jest jeszcze dla niego pracować a przy tym nie umrze. Podobnie zresztą testuje ludzką zdolność przeżycia za coraz mniej Wysoki Komisarz do spraw Bezrobotnych, czy jak tam się ta pani w okienku nazywa. W każdym razie, gdy już się człowiek nauczy żyć za 800 złotych, to potem dostaje 500 a na koniec 200. Jeśli taki nierób mimo to nadal żyje, proponuje mu się eutanazję, jak słyszałem. Też na koszt podatnika.

A teraz weźmy się za marketing, którego aż tak rozbuchanego jak dziś szczęśliwie w epoce Marksa nie było, dlatego gospodarka była bardziej ludzka. Wiecie Państwo, jak ta wyrafinowana nauka definiuje rynek? Jako <em>osoby lub firmy odczuwające lub mogące odczuwać potrzebę, którą zamierzamy zaspokajać przy pomocy sprzedawanego przez nas produktu</em>. Do takiej konstatacji doszły najświatlejsze umysły z najwyższych szkół wszelakiego biznesu, z MBI włącznie. Kochani, nasz pan Miecio do podobnej konstatacji dochodzi codziennie, goląc się przed lustrem. Nawet jej sobie nie uświadamiając. Rynek to dla niego frajerzy, którzy odczuwają potrzebę chodzenia w kapciach, a on ją zaspokaja. To dlatego właśnie najwnikliwsze studia ekonomiczne nie zrobią z nikogo milionera, za to z wielu panów Mieciów milionerów zrobiła najzwyklejsza intuicja.

Co powinno być nauczką dla wszystkich wybierających różne studia, często bardzo kosztowne. Przyszli studenci też tworzą rynek, wmawiając sobie potrzebę studiowania marketingu albo innej ekonomii, którą kilku cwaniaków z tytułami zaspokaja, oczywiście za wynagrodzeniem. Wystarczyłoby jednak, by jeden z drugim przyszły student pomyślał samodzielnie, przy goleniu, jeśli się już goli, a doszedłby do wszystkich konstatacji, które owi cwaniacy zamierzają sączyć mu do głowy przez cztery lata studiów za kredyt, który wziął by opłacić wygórowane czesne. Jednak szef marketingu lub nawet jego dyrektor, z dyplomem, to postać obowiązkowa w korporacji. Warto zastanowić się w tym miejscu, dlaczego nie u pana Miecia?

Każdy z nas zna z autopsji lub z opowiadań jakąś firmę, która działa na rynku zaspokajając mniej lub bardziej wydumane potrzeby. Najczęściej firma ta ma – często wielokrotnie większy od działu produkcji – dział marketingu, bo taka jest moda. Odpowiedzialny za sprzedaż badziewia, które firma rzuca na rynek, łudząc się, że ktoś jej produktu potrzebuje. Marketing ten otóż, stosując różne wyrafinowane metody badawcze, dochodzi do oczywistego wniosku, że zapotrzebowanie na produkt firmy jest nikłe bądź żadne. Z sytuacją taką spotykamy się choćby podczas produkcji gazet, który to segment rynku znam najlepiej, jako niezaspokajający niczyich potrzeb, prócz… marketingu. Ludzie bowiem, odkąd pojawił się internet, wszystko i tak wiedzą lepiej, co widać w komentarzach, nawet pod tekstami utytułowanych fachowców, po co więc mają czytać gazety, na domiar złego za nie płacąc, a nie mogąc natychmiast celnie odpyskować autorowi?

Czy marketing, pełen świetnie wykształconych, także na różnych embiejach, i dobrze opłacanych pracowników, zatrudnionych przez wydawcę w liczbie trzykrotnie przekraczającej liczbę dziennikarzy, sprzedał choćby jedną gazetę? Jeśli ktoś mi to udowodni, wejdę pod stół i wszystko odszczekam. Czy może więc zbadał rynek (ów zbiór potencjalnych czytelników, łaknących wiedzy) i powiedział dziennikarzom o czym mają pisać? Jeśli tak, wydepiluję sobie klatę. Może więc chociaż załatwił tyle reklam, by przychód z ich sprzedaży sfinansował kolejne wydanie periodyku? Temu zawsze przeszkadzają trudności obiektywne, czyli zwyczajnie marna praca dziennikarzy, oczywiście. Prawda jest bowiem okrutna – tak liczni pracownicy marketingu, mimo wieloletnich studiów, a może właśnie z powodu straconego na nie czasu, nie potrafiliby sprzedać kości głodnemu psu na ulicy. Jeśli nie posiadają intuicji pana Miecia. Ale zawsze potrafią doradzić zwolnienie pracowników, oczywiście nie ze swojego działu, zalecić obniżenie wypłat lub zmianę umów o pracę na umowy o współpracę.

Tak więc niech mój tekst będzie nauczką dla wszystkich właścicieli firm, którzy bezmyślnie starając się nadążyć za modą zatrudniają tak zwanych wysokiej klasy specjalistów od tak zwanego marketingu, płacąc im horrendalne pieniądze i nadając tytuły – w zależności od struktury – bądź to dyrektorów, bądź prezesów. Kochani, pomyślcie sami, przy goleniu, czy najprostszą drogą do redukcji kosztów w waszym przedsiębiorstwie nie jest przypadkiem likwidacja działu (departamentu, komórki) marketingu, a już na pewno pozbycie się jego dyrektora… Przy czym dobrze byłoby go dla pewności spalić lub – by się nie odrodził jak Feniks z popiołów – utopić, obciążonego zlewem, którego nie potrafił wypromować i sprzedać. Pamiętajmy bowiem, że marketing nie dość, że zasypuje nam reklamami skrzynki pocztowe i przerywa filmy w telewizji w najciekawszym momencie, to jest w dodatku niezniszczalny i wyrzucony drzwiami zawsze gotów  wrócić oknem.

Nemo

2 komentarze

  1. Do Polski zaczyna docierac normalnosc w postrzeganiu swiata wnioskuje po ciekawym przedstawieniu tematu przez autora. Ciezko bedzie mlodym, zdolny z wielkich miast, ze zacytuje klasyka.
    Na marginesie Nobel z ekonomii Noblem nie jest, a tylko sprytnie sie pod niego podszywa, jak nic mieli kogos po embijeju, co poprawnie odczytal potrzebe akceptacji u ekonomistow. Pelna nazwa to Nagroda Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii, a pieniadze nie pochodza z funduszu Nobla, tylko ze szwedzkiego Riksbanku.

  2. Ekonomia nie jest żadną nauką ścisłą, tylko WIEDZĄ POLITYCZNĄ.
    To tylko zbiór dywagacji.
    Co innego EKONOMETRIA.

    A marketing – to sztuka wciskania wszelkiego kitu.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.