Polityka

Na NATO możemy polegać mniej więcej jak na Unii Europejskiej

 Poszczególne państwa członkowskie dzisiaj bardziej przypominają odległe wobec siebie planety w galaktyce niż wspólnotę polityczną, która ma jeden cel.” – powiedział przed kilkoma dniami premier Donald Tusk. Można te słowa tłumaczyć jedynie naiwnością i wielkim optymizmem pana premiera, który prawdopodobnie do tej pory myślał, że Wspólnota ma jakieś metafizyczne ponadnarodowe znaczenie. Tymczasem okazuje się, jak sądząc po tych słowach przekonał się sam pan premier – zwyciężają partykularyzmy i narodowe interesy, a w szczególności niechęć do dzielenia się bogactwem przez tych, którzy jeszcze je posiadają z tymi, którzy je stracili lub do niego aspirują. Dziwne, że dziwi się temu premier – to przecież takie najzwyklejsze przeniesienie ludzkich cech na zbiorowość.

Można nie cenić jak również nie lubić naszego obecnego premiera, jednakże nie można odmówić mu zmysłu obserwacji, jego powyższy komunikat jest w zasadzie krzykiem rozpaczy, pokazuje, że wielka europejska idea nie była warta więcej niż kilka traktatów pod nią napisanych, przy czym póki, co nie nastąpił jeszcze prawdziwy – realny kryzys powodujący, że np. załamałby się wspólny rynek w wyniku grodzenia na nowo Europy przez poszczególne „-izmy” narodowe. To, co obserwujemy to raczej preludium do właściwego kryzysu, który jeżeli się nie pozbieramy i nie porozumiemy – może dopiero nastąpić.

Polska dążąc do Unii Europejskiej widziała w niej prawie absolutny raj, podobnie jak w NATO – gwarancję bezpieczeństwa. Sam proces dochodzenia do struktur zachodnich był dla nas celem samym w sobie – a przynajmniej tak był przedstawiany – droga do raju, bezpieczeństwa i dostatku, gdzie nasi wspaniali przyjaciele czekają na nas z rozłożonymi rękami, żeby powitać nas „godnych” Polaków na firmamencie narodów świata zachodniego. Tymczasem proszę bardzo – mamy odległe od siebie planety w galaktyce! Zamiast państw mających poczucie wspólnego interesu! Czy mogło być śmieszniej?

Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że dominująca część krajów Unii Europejskiej to członkowie NATO, czego możemy się spodziewać w przypadku nawet hipotetycznego zagrożenia? Informacji, że się nie da, albo, że nie są w stanie? Alternatywnie braku jakiejkolwiek reakcji – no, bo przecież mają własne problemy? Czy na kimkolwiek w ogóle można na serio polegać w razie konfliktu z zewnątrz? Przecież to są sprawy fundamentalne, które w ogóle nie powinny podlegać dyskusji i znakom zapytania bez względu na takie drobiazgi jak jakiś tam kryzys w swojej istocie strukturalny i wynikający z braku zdolności porozumiewania się pomiędzy państwami i koordynowania polityk.

Przestaje się robić już tak śmiesznie, jeżeli uświadomimy sobie, że jedynym krajem, na jakiego bezpośrednią i natychmiastową pomoc możemy liczyć są nasi zachodni sąsiedzi – Niemcy. No, bo kto inny jak nie oni? Słowacy? Litwini? Czesi? Duńczycy? Z pewnością w jakiejś symbolicznej mierze na pewno, jednakże tutaj mówimy bardziej o wsparciu realnie się liczącym na polu bitwy niż o deklaracjach i przysyłaniu pojedynczych batalionów, chociaż w przypadku przynajmniej części z wymienionych państw trudno liczyć na coś więcej. Poza Niemcami i oczywiście wojskami USA w Europie tak naprawdę nie bardzo jest, na kogo liczyć, gdyż nie ma generalnie, kto walczyć, pomijając już dyskretnie skrywany problem, – „czym”.

Żeby uzdrowić sytuację międzynarodową w Europie i przypomnieć wszystkim krajom, o co tak naprawdę toczy się gra przydałby się jakiś szok. Chyba nie ma innego wyjścia niż doktryna szoku zmuszająca wszystkich do współpracy, albowiem nic innego się z zasady nie sprawdza – nie da się racjonalnymi argumentami poprzez wskazywanie korzyści doprowadzić do rozstrzygających rozwiązań podczas kryzysu. Tylko wspólny wróg, czy też wspólne zagrożenie – mogą spowodować, że nagle wszyscy zaczną dostrzegać, że w grze chodzi o coś więcej niż własne partykularyzmy.

Obyśmy nie musieli testować solidarności obronnej europejczyków, tak jak obecnie testujemy solidarność finansową. Do czego to nas dalej doprowadzi zobaczymy, z pewnością już dzisiaj widać, że nie jest to „zachód”, o jakim marzyliśmy.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.