Soft Power

Na marginesie hejterstwa i hejterów (nienawistników)

 Spotkanie i tylko spotkanie jest źródłem najgłębszych pytań metafizycznych

– Józef Tischner (1931-2000)

Hejter (od ang. hate – nienawiść) – specjalista od nienawiści; „niebezpieczny gatunek internetowego zaśmiecacza”.

Hejterzy – napędzani frustracją i wybujałym ego – nienawidzą wszystkich i wszystkiego.

Hejterstwem/hejtingiem – bywa, chyba z ignorancji lub uprzedzenia czyli defektu ‘wąskiego myślenia’ – nazywa się przyzwoitą, alergiczną reakcję na kurewstwo intelektualne uprawiane w realu i virtualu, a w szczególności reakcję na wszelkie próby wciskania kitu i swojej głupoty przez funkcjonariuszy i innych „aktorów” życia publicznego, zdezorientowanej i w większości leniwej umysłowo, publice…

A więc obserwujemy w cyberprzestrzeni społecznej przejawy hejterstwa „właściwego” czy „rzeczywistego” – lepiej lub gorzej konceptualizowanego i dekonstruowanego przez socjokulturoznawców sieci – obok zjawiska, nazywanego przez wielu „hejterstwem”, aby go zdezawuować, soczystej i bezpardonowej krytyki mizerii życia umysłowego, jego bylejakości i minimalizmu, demaskacji, mniej lub bardziej skrywanych, „oszustw” funkcjonariuszy administracji publicznej różnych szczebli i innych instytucji życia publicznego, utrzymywanych przy życiu z danin narzucanych na społeczność podatników. Oczywiście, że w tym prześmiewczym, acz uzasadnionym krytykowaniu innych – ich niekompetencji, postaw, zachowań i decyzji – pożądane są: inteligencja, zmysł obserwacji, swobodne operowanie „cięta ripostą”, ironia, dystans do sytuacji i samego siebie oraz poczucie humoru, no i bagatela choćby minimalne znawstwo problemu i kontekstu. Spełnienie tego ostatniego warunku wymaga jednak pewnego wysiłku i czasu – sumienności i odpowiedzialności, a to dzisiaj, wydaje się, rzadki przymiot osobowości.

Dla wszelkiej „władzy”, korporacyjnych gildii i celebryckich mafii wszyscy, wobec nich „krytyczni”, są hejterami. Trzeba robić swoje albowiem „kiedy widzisz przekręt i nie krzyczysz „przekręt”, sam jesteś oszustem” (Taleb).

Ale kiedy nie masz umiejętności rozróżniania: pozoru od fałszu, dobra od zła, opinii od faktu, faktu historycznego od faktu medialnego, przesłanek od wniosków oraz nie rozwinąłeś w sobie umiejętności warsztatowych: konceptualizacji problemów, sytuacji…, argumentacji i interpretacji … to nie masz zadatków na filozofa – ciekawego świata i miłującego wiedzę – krytycznie usposobionego do rzeczywistości.

Tak jak nie każdy piszący wiersze jest poetą, tak nie każdy „filozofujący” jest filozofem, a publikujący – wypowiadający się w sferze publicznej – godnym uwagi faktografem, opiniotwórcą czy krytykiem. Jest jeszcze kwestia talentu – błysku geniuszu oraz „orgii myśli” i przekonań.

Kluczową kwestią wydaje się przy tym rozróżnianie problemów, kwestii, sytuacji, zjawisk czy procesów kulturowych (społecznych, ekonomicznych, politycznych), istotnych od nieistotnych lub mało istotnych, w kontekście celów spotkania i wymiany myśli. A skąd mamy wiedzieć, co jest a co nie jest istotne? Musimy w tym celu dysponować jakąś wiedzą. I w tym, najczęściej, cały ambaras. Wielu, zbyt wielu, wydaje się, że już „wiedzą”, niektórzy nawet, że „wiedzą najlepiej”, nie mają żadnych wątpliwości, przekonani, że ich racje są jedynie prawdziwe i słuszne w przyjętych skalach odniesień i systemach wartości. Tam najczęściej rodzi się pokusa arbitralnego dogmatyzmu – miast zdrowego sceptycyzmu, która w połączeniu z nietolerancją na inne, lepiej lub gorzej uzasadnione, racje wyradza się w szantaż intelektualny, a w swych skrajnych przejawach w dyskryminację Innego.

Ale jak w tych okolicznościach, przy niskim stanie kultury obywatelskiej, skutecznie „walczyć” z intelektualną miernotą, bezsensem, kultem przeciętności, komunałem, banalnością, grafomanią czy obskurantyzmem… panoszącymi się w dyskursie publicznym?

Jak przepędzać z agory, zadowolonego z siebie, filistra?

Jak pogodzić demaskację tandety intelektualnej ze skądinąd godnym uwagi postulatem absolutnej swobody wypowiedzi w przestrzeni publicznej – wolności dla języka ekspresji indywidualnej – nikt nikogo nie zmusza by słuchać czy czytać ludzi używających języka – zarówno języka miłości, jak też nienawiści czy głupoty?

Nie należy gardzić tabloidową retoryką… choćby ze względów poznawczych – dla badaczy kultury i stanu świadomości społecznej – oraz poszanowania prawa do autokompromitacji i samoośmieszania autorów i ich komentatorów.

… Bo internet, z założenia, to jednak ma być Hyde Park. Nie można kneblować ludzi. To po pierwsze. A po drugie, powtórzę: podstawą powinien być mało spektakularny proces edukacji i pokazywania dobrych przykładów, pozytywnych norm. Większość ludzi nie chce być agresywna. Nie chce być uważana za tych, którzy łamią normy społeczne. Większość chce zachowywać się „normalnie”.”

[Źródło:] http://natemat.pl/27129,dr-krzysztof-krejtz-hejter-jest-w-kazdym-z-nas-jak-nie-dopuscic-go-do-glosu-zaczynamy-debate-nad-kultura-w-sieci

11/3/2013 Marcel Flanerski

3 komentarze

  1. Stach Głąbiński

    Mnie bardziej odpowiednim określeniem zjawiska wydaje się nie hajterstwo, lecz histeria. Nie mniej – jak go zwał, problem istnieje i trzeba o nim mówić. I to glośno!

  2. Wierny_czytelnik

    Ciekawą sprawę pan zauważył, czyżby należało się spodziewać jakiejś formy cenzury? Tak jak na pewnym “mainstreamowym” portalu – gdzie można publikować komentarze tylko poprzez zalogowanie się w twarzo-książce? Totalna pełna inwigilacja? Orwell wiecznie żywy?

  3. Tu nie ma cenzury. Nie należy tylko nikogo SZUFLADKOWAĆ.
    To bardzo łatwe. Upraszcza widzenie świata.
    Tylko może skończyć się PROSTACTWEM.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.