Polityka

Na czym polega problem naszych partii politycznych?

 Słuchamy polityków jak przemawiają do nas z ekranów naszych telewizorów, ich pełne beznamiętności popisy nie trafiają już chyba do nikogo, z wyjątkiem kilku setek rozpalonych politycznie głów. Naprawdę nikt rozsądny, nie słucha głupot polityków, których popisów chyba najlepszym przykładem były wyczyny w Sejmie podczas próby ukrzyżowania premiera Tuska za Amber Gold.

Sondaże popularności poszczególnych partii w naszym kraju mają swoją specyfikę, sporządza je do czterech ogólnokrajowych ośrodków badania opinii, cieszących się poważaniem publicznym. Co jest szczególnie ciekawe, nawet, jeżeli są one sporządzane okresowo, – co ustalone periody czasowe, to poza okresem wyborczym wynikom pokazywanym w tych badaniach niezwykle trudno jest przebić się do mainstreamu. W zasadzie nawet nie jest to mile widziane przez władców, albowiem, po co pokazywać opinii publicznej to jak widzi sprawy publiczne, a w zasadzie, po co jest w ogóle o czymkolwiek mówić. O wiele łatwiej jest karmić ludzi dywagacjami na tematy w rodzaju koloru lub nawet obecności majtek u najbardziej znanych celebrytek w kraju. To jest przyjemniejsze, banalniejsze i nie wymaga ryzykowania posiadaną pozycją polityczną. Stąd też, wszelkie nasze dyskursy polityczne pomiędzy wyborami są sztuczne, albowiem politycy unikają rozliczania ze wszelkich możliwych sił, przy czym robią to solidarnie, gdyż nikt nie ma zamiaru spierać się o meritum, o wiele łatwiej jest dyskutować o majtkach lub o czymś tak abstrakcyjnym jak wartości. To nic nie kosztuje, a można w zupełności się z nikim innym nie zgadzać w zakresie pełnej gamy własnych poglądów.

W wyniku takiego wyjałowienia jakiegokolwiek sporu politycznego w kraju, układ polityczny nie bilansuje się. To znaczy, że jeżeli partia rządząca traci w sondażach, to wcale nie oznacza skorelowania z poprawą wyniku partii opozycyjnych. Wielu wyborców po prostu ma dosyć fikcji i nie chce niczego nowego słuchać, albowiem ludzie mają po prostu dość głupot i pustosłowia. Politycy cierpią na ukształtowaniu dyskursu politycznego, czego efektem jest niska przeciętna frekwencja w każdych wyborach. Ale nie można się temu dziwić, albowiem nic nie jest za darmo, a ludzie nie są idiotami, tak jak by chciała tego część polityków i zawsze – nawet pomimo prymitywizmu, który niewątpliwie jest skazą części naszego społeczeństwa „swój rozum mają” i patrzą na sprawy poprzez pryzmat pustego portfela i pogarszających się spraw.

Ponieważ wyniki partii nie są skorelowane, słupki się nie domykają – partie wypełniają znaczną część przestrzeni w dyskursie politycznym przy pomocy różnego rodzaju papki i tematów zastępczych. Przykładowo In vitro – przy całym szacunku dla osób mających kłopoty z zapłodnieniem, nie jest i nie powinno być problemem rangi państwowej. Po prostu. Jeżeli ktoś tego nie rozumie to znaczy, że jest za totalitarnym państwem socjalistycznym. Już wystarczy wojowniczych mniejszości, które skubią budżet na swoje rzekome niezbywalne interesy. Niestety, chcesz mieć dziecko obywatelu – obywatelko, to sobie zapłać… Przykro mi! Ale sami to wybraliśmy burząc znienawidzoną „komunę”. Tego typu tematów zastępczych nie brakuje, bo albo tablety dla uczniów, albo emocjonowanie się banałami niemającymi systemowego znaczenia. Albo wieloryb się ocielił, jak już nie ma, co pokazać. Politycy się wypowiedzą na każdy temat, byle tylko pokazywała ich kamera.

W efekcie powoli zbliżamy się do ideałów idiokracji (znany film), w której ludzie nie będą zdolni do podejmowania jakichkolwiek dyskusji, a samodzielne wnioskowanie nie przekroczy mechanizmów idiotele.

Nasze partie polityczne zamykając się przed społeczeństwem w sejmowej twierdzy, obwarowane prawdopodobnie najbardziej państwo-psującą ordynacją od czasów liberum veto, stają się niewrażliwe nawet na sondaże, które mają znaczenie tylko w okresie przedwyborczym, no, bo się ich ukryć nie da. W efekcie scena polityczna się polaryzuje, ale nie wokoło programów opartych na odrębnych paradygmatach, wizjach ekonomistów podpartych tomami wyliczeń całych zespołów ekspertów. Tego nie ma. Każdy polityk ma jakąś opinie, czasami dostaje instrukcje od partii lub z odpowiedniego resortu i się tego trzyma. Nie tak dawno, w mainstreamowej telewizji w wypowiedzi na żywo, jedna z kluczowych w Sejmie osób z punktu widzenia obronności, wypowiedziała się, że przestaje się już produkować pancerniki. Nie ma znaczenia kontekst, brak autoryzacji i swoboda wypowiedzi, ale produkowanie lub utrzymywanie w linii pancerników (okrętów liniowych) to nie ta epoka! W zasadzie mógłby mówić o galeonach! Ale to i tak nie ma znaczenia, ponieważ nikt tych ludzi nie słucha! Oczywiście poza ekspertami zagranicznych ośrodków analitycznych, którzy trzymają się za brzuchy, żeby nie umrzeć na rechot pospolity, niestety ze spraw Rzeczpospolitej.

Musi istnieć jakiś związek pomiędzy stratą opcji rządzącej a zyskiem opozycji. Jeżeli jest inaczej, to znaczy, że demokracja nie działa pozytywnie. W zasadzie nie działa w ogóle, gdyż tego typu układanie się sondaży można uznać za pełną dezaprobatę dla układu politycznego, który swoją ofertę i swoje możliwości działania już po prostu wyczerpał. Jednakże, jaką mamy alternatywę?

2 komentarze

  1. “periody czasowe” ? Polska mowa być trudna i skomplikowana ? Nie prościej odstępy czasowe ?
    Albo zamiast “przebić się do mainstreamu” przebić się w głównych mediach.
    Ech…

    • 🙂
      Dziękujemy za pouczenie – ale te koślawe frazy mają o wiele wyższą pozycję w wyszukiwarkach 🙂
      Pozdrawiam
      Magda

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.