Ekonomia

Musimy zmniejszyć deficyt do zera potrzebujemy stabilności długookresowej

 Nasze elity rządowe cieszą się z faktu, że zagranica ochoczo kupuje nasze obligacje. Zyskujemy kolejne rekordowo niskie stopy oprocentowania, a popyt na nasze obligacje kilkakrotnie przewyższa podaż, czyli moglibyśmy zadłużać się na znacznie większe kwoty niż to robimy. Oznacza to, zatem, że nasze zadłużenie jest stosunkowo bezpieczne, albowiem możemy ściągnąć z rynku jeszcze znaczne rezerwy umożliwiające nam sfinansowanie wszelkich potrzeb budżetu państwa.

Nasze potrzeby pożyczkowe służą w znacznej mierze na finansowanie dziury w systemie należności socjalnych i innego rodzaju rozdawnictwa lub marnotrawstwa. Jedynymi podmiotami, które długiem finansują rozwój są samorządy, jednakże tym akurat nasz rząd to zdecydowanie utrudnia poprzez słynne reguły ministra finansów. W efekcie mamy taką oto sytuację, w której długiem, w tym zagranicznym finansujemy emerytury obecnych beneficjentów zamiast opłacać inwestycje we własną przyszłość. Nie ma dla tego żadnego wytłumaczenia, zrozumienia i nie można tego tolerować. Należy najszybciej jak to jest możliwe zmienić Konstytucję w ten sposób, żeby zadłużanie się było ograniczone do przypadków szczególnych jak np. zbrojenia, likwidowanie skutków klęsk rozwojowych i inwestycje prorozwojowe. Wydawanie pieniędzy z kredytu na przejedzenie powinno być zakazane, w międzyczasie należy dążyć do równowagi budżetowej – jedynie wspieranej rolowaniem długu, w ten sposób żebyśmy nie udusili się pod ciężarem kosztów obsługi prawie 900 mld długu. Należy wyznaczyć jakiś horyzont całkowitej spłaty długu – najpierw zagranicznego, a następnie krajowego. Spłata tego pierwszego powinna nam zająć 20-25 lat a tego drugiego, który może się okresowo powiększać 25-35 lat, przy czym w nieprzekraczalnym terminie 40 lat nie powinniśmy mieć w ogóle długu. Brzmi to jak scenariusz filmu Sci-Fi, ale to podstawa dla naszej niezależności i wiarygodności, jeżeli o nią nie zadbamy zawsze będziemy biednymi klientami bogatszych. Biorąc pod uwagę wysokie prawdopodobieństwo stałego wzbogacania się naszego państwa i społeczeństwa powinno to być możliwe.

W naszym interesie strategicznym jest powielenie niemieckiej drogi, którą to państwo przeszło w budowie potęgi swojej waluty po II Wojnie Światowej. Marka niemiecka była niezwykle stabilnym pieniądzem rozwijanym bez inflacyjnie, nawet w najczarniejszych latach kryzysu paliwowego. Niemcy byli przyzwyczajeni, że na Marce można polegać, co powodowało wzrost naturalnych skłonności do oszczędzania. U nas oszczędzanie, jeżeli weźmiemy pod uwagę koszty podatkowe i zyski z lokat (przeciętne), jest nieracjonalne. Od denominacji złotówka kilka razy znacznie straciła na wartości, a społeczeństwo wie, że dzisiaj 100 zł to już nawet nie jest pełny koszyk w supermarkecie – jak jeszcze 10 lat temu. Wywołuje to niechęć do oszczędzania, bez którego nie jest możliwa oddolna akumulacja kapitału. Bez akumulacji kapitału nie jest możliwe rozwinięcie się rynków finansowych, – bo nie będą one miały źródeł zasilania. W efekcie nie jest możliwy cud gospodarczy, jakiego doświadczyła oparta o Markę gospodarka zachodnich Niemiec. Oczywiście bez przemysłu na ich skalę nie mamy nawet, co myśleć o powtórzeniu tamtego sukcesu, no, ale zróbmy go, chociaż w połowie! Porównując się do Niemców, dopiero teraz jesteśmy na poziomie zamożności i zachłyśnięcia się motoryzacją, jaka tam była w latach 70 tych!

Dodruk pustego pieniądza to terroryzm gospodarczy i wątpliwe moralnie okradanie osób uzależnionych od danej waluty, gdyż ulega zmniejszeniu siła nabywcza zarabianych przez nich pieniędzy, a te już zgromadzone topnieją. To można nazwać używając słów pana premiera na określenie złotego biznesu gdańskiego – legalną kradzieżą, która po prostu się dzieje.

Oszustwo gospodarcze obecnych elit polega na tym, że zjadanie własnego ogona nazywamy rozwojem gospodarczym, podczas gdy w istocie to żaden rozwój nie jest. Do zrozumienia tego mechanizmu wystarczy porównanie prostych liczb. Z jednej strony przyłóżmy wzrost PKB w wielkościach procentowych przeliczony na złotówki, – czyli ile w danym roku wyprodukowaliśmy i kupiliśmy więcej. Z drugiej strony wykażmy wydatki, którymi finansujemy te zakupy, – przy czym pochodzą one z długu, albowiem zadłużenie netto – nawet po uwzględnieniu inflacji stale rośnie. W efekcie zobaczymy, że nasza piękna ojczyzna zjada się sama finansując wydatki na wzrost PKB z kredytów i importu kapitału inwestycyjnego, wspieranych przejadaniem majątku po PRL zwanego prywatyzacją. Nie można tego nazwać rozwojem, jeżeli wyznaczona w ten sposób linia będzie przewyższać ilością złotówek po stronie kapitału pożyczanego – kapitał wypracowany i skonsumowany, co odzwierciedlono w PKB. Jeżeli powyższe potraktujemy, jako dwie osie, a do tego dodamy trzecią – przedstawiającą realną wielkość oszczędności, to ujawnione w ten sposób różnice pokażą nam prawdę na temat stanu naszej gospodarki. Prawdopodobnie punkt przecięcia się wykresów będzie momentem upadku naszej gospodarki, czyli bankructwa – wówczas stracimy możliwość finansowania „rozwoju” wzrostem długu.

Warto pamiętać, że Niemcy i Japonia przez większą część okresu powojennej prosperity odnotowywały nadwyżkę oszczędności, którymi finansowały dalszy rozwój. Na dużą skalę to się naprawdę opłaca. Utrzymanie stabilności makroekonomicznej na długą skalę, bez zapewnienia własnego finansowania jest niemożliwe.

Nasz problem polega na tym, że nim się zorientujemy – spłata długów a nie rozwój – będzie dla nas celem samym w sobie, bo po drugiej stronie będzie oczekiwało widmo głodu i bankructwa.

2 komentarze

  1. Chyba nie ma innej alternatywy jak podwyższać podatki?

  2. Pomijając sensowność spłacania obecnych długów to dlaczego ja mam spłacać długi przejedzone przez darmozjadów ?

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.