Musimy wygospodarować własne fundusze na rozwój

Dramat nieotrzymania funduszy unijnych jawi się nad horyzontem niczym widmo ostatecznego zniszczenia „fajnej-polski”. Myślenie grantowe czyli, na co wydać ile funduszy unijnych to prawdopodobnie najgorsza rzecz jaka mogła spotkać nasze nieprzywykłe do myślenia na zapas post-sarmackie umysły. Liczy się, co prawda „tu i teraz”, ale pasowałoby, żeby na „tu i jutro-pojutrze”, coś zostało, bo bez ciepłego kaloryfera po prostu nie da się żyć w tym kraju zimą.

Przez ostatnie 23 lata trwania tego okresu naszego państwa – celem nadrzędnym było dołączenie do struktur zachodnich, bezrefleksyjne i niemające precedensu zawierzenie, że u nas będzie tak samo dobrze jak i u nich na mitycznym zachodzie, – jeżeli tylko przyjmiemy ich wzorce. Po 23 latach transformacji – nadal jesteśmy w jej trakcie. Transformacja trwa i ma się w najlepsze, aczkolwiek podobno już kończymy z prywatyzacją, co powinno być jakimś istotnym sygnałem zmian w rzeczywistości – a niestety nie jest.

Wielkie reformy w kraju, w tym także ta jedynie w miarę udana – samorządowa – rozpoczęta w 1990 roku wprowadzeniem samorządnych gmin i uzupełniona w 1999 roku przez wprowadzenie powiatów i województw samorządowych – ma błąd genetyczny – jest nim brak samodzielności finansowej gwarantującej niezależność wspólnot samorządowych od „widzi mi się” rządu najjaśniejszej. Nie udało się przez te wszystkie lata wypracować takich instrumentów podatkowych – jak np. opodatkowanie własności, żeby gminy, powiaty i województwa miały możliwość samodzielnego zyskania jakichkolwiek dochodów ze źródeł, których zasobność będzie wraz z bogaceniem się społeczeństwa rosnąć. To prawdopodobnie największe zaniedbanie w zasadzie wszystkich rządów, ale przede wszystkim politycznego autora drugiego etapu reformy – premiera Jerzego Buzka. To wówczas stracono szansę zmiany systemu w momencie jego naturalnej zmiany.

Obecnie mamy do czynienia z systemem skrajnie grantowym – samorząd województwa otrzymuje od ministra granty, które rozdziela zgodnie z przyjętym kluczem – nie ma, co ukrywać, osadzonym na silnym filtrze politycznym. W efekcie mamy do czynienia z jedynie częściową samorządnością, której smyczą jest minister finansów – dający finansowanie na poziomie i tak niewystarczającym na pokrycie wydatków obligatoryjnych przez samorządy.

Wszyscy korzystający z funduszy pomocowych – stale się zadłużają, żeby móc mieć wystarczającą ilość środków na wkład własny do inwestycji unijnych – wymagany przez przepisy. W efekcie finansowanie budżetów samorządowych długiem to standard jak Polska długa i szeroka, jedynym uprzywilejowanym miastem jest Warszawa, która dostaje środki z puli centralnej (bez względu na to jakby jej nie nazywano) i może troszkę lepiej doinwestowany przez centralne inwestycje infrastrukturalne Gdańsk. Wiadomo, że „pańskie oko tuczy…”, więc nie można gdańszczanom zazdrościć – niech mają przynajmniej tam będzie lepiej. Natomiast chyba nigdzie – poza szczególnymi gminami korzystającymi np. z odszkodowań od kopalni itp., – modelu finansującego inwestycje z oszczędności. To w naszych realiach nie istnieje, albowiem oszczędzanie pieniędzy publicznych w warunkach pełzającej inflacji już po pięciu latach daje stratę rzędu kilkunastu procent, – jeżeli nie udałoby się odpowiednio zainwestować pieniędzy. Dlatego też jest tak jak jest obecnie – rządzi kredyt, zarabiają głównie banki, albowiem rynek obligacji komunalnych w zasadzie nie istnieje, a nawet jak coś się „wykluje” to i tak przeważnie korzystają na tym banki.

Nasze państwo i nasze samorządy muszą – pomimo kryzysu i pomimo ogólnej nędzy nauczyć się wygospodarowywać nadwyżkę budżetową, oraz umiejętnie ją tezauryzować, tak żeby po siedmiu latach – dysponować znaczną nadwyżką finansową, umożliwiającą samodzielne inwestowanie środków już bez funduszy unijnych. Powinniśmy oszczędzać około 12-13% naszych dochodów, żeby osiągnąć za siedem lat środki umożliwiające rozpoczęcie cyklicznych zastrzyków inwestycyjnych w oparciu o środki własne.

Jednakże czy opłaca się oszczędzać cokolwiek, a przede wszystkim czy jest to racjonalne, – jeżeli musimy płacić wyższe odsetki od niespłaconych w tym czasie kredytów? Przecież wcześniejsze spłacenie należności to czysta oszczędność na odsetkach? To są proszę państwa prawdziwe rozwojowe dylematy, jakich tylko możemy sobie życzyć. Póki, co jesteśmy w zupełnie innej sytuacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.