Polityka

Musimy nauczyć się Unii Europejskiej zdominowanej przez Berlin i Paryż

 Nie ulega żadnej wątpliwości, że w Unii Europejskiej nie jesteśmy państwem pierwszej kategorii – państwem podejmującym decyzje kierunkowe, ustalającym priorytety i przydzielającym środki. Nie można dalej się łudzić, że prawo do zawetowania decyzji nam coś daje, bo w praktyce pragmatycznej sceny politycznej Europy – weto to broń atomowa, broń desperacji i broń, której użycie wywołuje natychmiastowe retorsje. O ile, bowiem jeszcze kraj tak potężny jak Wielka Brytania może sobie na mówienie o wecie pozwolić, to mała i biedna Polska – popełniłaby polityczne samobójstwo decydując się nawet na samo grożenie zawetowaniem jakiejś ważnej decyzji. Decyzje, bowiem zanim formalnie położy się je na stole przed szefami państw – są wypracowywane w ciągu szeregu spotkań najważniejszych wysłanników rządów, kluczowych komisarzy i najbardziej liczących się urzędników. Decyduje tam siła, prestiż i potęga państwa lobbującego. Nikt i nic na dzień dzisiejszy nie jest i nie będzie w stanie przeciwstawić się duetowi Paryż-Berlin. Niemcy doskonale zdają sobie z tego sprawę i na rękę jest im dogadywanie się – jak najbardziej po myśli Francuzów, a tymże jest jak najbardziej po drodze z Niemcami, albowiem nie muszą się z nikim innym liczyć – mają pewne jak w Biblii, że ich interesy Berlin zawsze poprze, albowiem sam potrzebuje Paryża jak woda deszczu a deszcz pary wodnej! To doskonały tandem, wspaniale uzupełniający się i w istocie swoich relacji nie rozerwalny.

Właśnie skończony szczyt szefów państw Unii Europejskiej dowodzi, że rządzi ten, kto ma pieniądze i ma jakąkolwiek sensowną inicjatywę. W tej chwili w Unii Europejskiej jedynym krajem, który ma pieniądze i jest skłonny wyrażać inicjatywę proeuropejską są Niemcy. Prawdopodobnie przez długi okres czasu tak pozostanie, będziemy mieli wówczas do czynienia z procesem, stopniowego dostosowywania się Unii Europejskiej do modelu stworzonego na szkielecie sprawdzonych i działających rozwiązań niemieckich. Mamy to szczęście, że w większości spraw jesteśmy z Niemcami jak najbardziej kompatybilni i nie będzie to dla nas terapia szokowa. W o wiele gorszej sytuacji są ciągle Grecy lub Włosi. Ich gospodarki nie tylko ledwo przędą, ale przede wszystkim muszą dokonać przełomowych zmian – albowiem nie tylko nie są konkurencyjni, ale jak np. Włosi – zdobywają się na sztuczny protekcjonizm motywowany politycznie – jak poprzez działania koncernu Fiat.

W sensie politycznym dominacja duetu Berlin-Paryż, nie jest i nie będzie niczym złym o ile Francja nie będzie wykorzystywać Unii Europejskiej do realizacji swojej polityki kolonialnej a Niemcy nie będą traktować państw Europy Środkowej i Wschodniej jedynie, jako fabryki komponentów i wszelkiego rodzaju montowni oraz rynku zbytu dla własnych sieci logistycznych. Musimy zdobyć się na pewne minimum samodzielności w tym znaczeniu, żeby przynajmniej w zakresie interesującej nas polityki wschodniej osiągnąć jakieś minimum własnych celów. Co przy pełnym braku zainteresowania Paryża i nieco innej optyce niemieckiej w kierunku wschodnim będzie niestety szokująco trudne. Smutna lekcja prawdziwej polityki, jaką odebrał polski rząd podczas tzw. prezydencji dowodzi, że sami nie jesteśmy w stanie niczego zrobić, a opieranie się na jakiejś egzotycznej Szwecji nie ma absolutnie żadnego znaczenia w wymiarze decyzji realnych. O wszystkim, co na wschód od Paryża decyduje Berlin – trzeba się z tym pogodzić i umiejętnie się dostosować, żeby nie tylko przypadkiem nie stanąć na drodze interesów naszego partnera, ale przede wszystkim na nich zyskiwać – tyle ile się da, jako mizerny pośrednik i solidny podwykonawca.

Jeżeli powyższa propozycja miałaby oznaczać odpuszczenie w ogóle prowadzenia polityki zagranicznej w kierunku wschodnim – na poważnie – to trzeba ją rozważyć, pod warunkiem, że Berlin zgodzi się na korzyści gospodarcze dla nas. Pod tym i tylko pod tym warunkiem możemy milczeć w kierunku wschodnim – ograniczając się do realizacji polityki Unii Europejskiej, czyli uzgodnionej polityki Berlina. Jednakże musimy coś z tego mieć w sensie finansowym, jakiś udział w niemieckich zyskach. Negocjowanie takiego układu będzie bardzo trudne, albowiem Niemcy wcale nie muszą się z Polakami dzielić swoim sukcesem. Nie potrzebują też w kontaktach ze wschodem pośrednika. Potrzebują jedynie Unijnej jednoznaczności, która zagwarantuje powodzenie podejmowanych decyzji gospodarczych. W tym kontekście potrzebne jest nasze współdziałanie, nie możemy przede wszystkim przeszkadzać. Nawet niechcący nie możemy niczego zniweczyć lub zepsuć. Ponieważ to się nam najzwyczajniej w świecie nie opłaci.

Natomiast, jeżeli uda się nam umiejętnie dopasować do metod działania tego tandemu, to możemy być pewni nie tylko przetrwania, ale także do wzrostu znaczenia naszego państwa – może, chociaż raz historycznie wybierzemy mądrze – popierając silniejszych zarazem będąc w gronie państw dominujących i zwycięskich?

2 komentarze

  1. Wierny_czytelnik

    Berlin jest silniejszy, uczmy się niemieckiego!

  2. Ależ to oczywisty ELEMENTARZ, żeby tak robić jak zaleca @Krakauer.
    Tej wiedzy nie ma w społeczeństwie.
    Z kolei ŻĄDANIE od Niemców jakiegoś większego włączenia Polski do ICH gospodarki za danie im w zamian SWOBODY na Wschodzie …
    No to trzeba by namówić niemieckich przedsiębiorców, żeby tego chcieli i żeby im się to opłacało.
    Przecież Pani Angela Merkel nie jest jeszcze właścicielką całego przemysłu w Niemczech.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.