Polityka

Możliwy skandal dyplomatyczny i upokorzenie naszego kraju

 Jesteśmy w dziwnej sytuacji międzynarodowej, nadal musimy wszem i wobec udowadniać swoją przynależność do zachodu. Pokazywać, że dojrzeliśmy, jesteśmy już dorośli, demokratyczni, przewidywalni, odpowiedzialni, pokojowi i co najważniejsze uznajemy osiąganie konsensusu za najważniejszą wartość w sprawach międzynarodowych. Jest to niezwykle trudne w realiach, kiedy znaczna część krajowej sceny politycznej myśli o państwie w kategoriach zwycięstw husarii, „od morza do morza” i „od Sasa do lasa”. Całość do tego jest podlewana mesjanistyczno-męczeńskim sosem, wzmocnionym przez nieszczęsną katastrofę samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem. Udowadnianie, że jesteśmy miejscem liczącym się z ogółem i ceniącym porządek regionalny, a nie podpalaczami tegoż porządku jak np. pewien kraj za Kaukazem – stało się dla nas bardzo trudne. Dlaczego? Proszę wskazać inny zachodni kraj, którego prezydent i połowa najwyższych dostojników w państwie ginie w – nie bójmy się tego powiedzieć – zupełnie abstrakcyjnej katastrofie, która w kraju cywilizowanym, przestrzegającym procedur, ludzi odpowiedzialnych – znających swoje miejsce i obowiązki – nie miałaby prawa się wydarzyć. Naprawdę katastrofa wystawiła nam złą cezurę, ekstremalnie negatywną, – jako systemowi. To, co się po niej działo z jednej strony wywoływało śmieszność a z drugiej wskazywało na to, że coś z tymi Polakami nie jest tak jak powinno być, albowiem nikt przeciętny na zachodzie nie mógł i nie może zrozumieć, na czym polega i czym się karmi nasz narodowy spór. Wniosek – chaos, bałagan, albo „polski porządek”.

Jeżeli dalej będziemy brnąć w miraże Smoleńska, to tym bardziej będziemy jawić się na zachodzie, jako kraj nieprzewidywalny. Byłoby to najgorsze, co mogłoby nas spotkać, wiarygodność i przewidywalność to najistotniejsze cechy warunkujące zdolność osiągania konsensusu – czytaj – nie stanowienia problemu, w znaczeniu nie wywoływania problemów, jeżeli nie trzeba ich wywoływać. Nasz pech polega na tym, że pewna wiodąca siła na wschodzie może obecną sytuację polegającą na perturbacjach spowodowanych przez „trotyl” spróbować brutalnie wykorzystać, żeby odpowiednio rozgrywając naszymi gorącymi i nieprzemyślanymi emocjami – udowodnić partnerom na zachodzie, że Polska to dalej bliska zagranica, a Warszawa to dalej ostatnia stacja na zachodzie pewnego imperium.

W momencie, gdy pojawią się publicznie jeszcze jakieś inne fakty, to nasza scena polityczna zacznie gwałtownie reagować, wymuszając na czynnikach decyzyjnych reakcję. Ośmieszając państwo, niepotrzebnie atakując obce władze. Zewnętrzna siła może ją brutalnie sprowokować, co więcej może jawnie iść na konfrontację dyplomatyczną, albowiem sam fakt nawet dorozumianego oskarżania termonuklearnego imperium o spowodowanie zamachu na samolot głowy państwa NATO i UE – musi być podparty niedającymi się podważyć dowodami. Tymczasem my nie mamy żadnych dowodów, albowiem w zasadzie wszystkie leżą sobie i gniją na bocznej płycie byłego wojskowego lotniska pod Smoleńskiem, zdaje się przykryte plandeką. W związku z tym, nie powinniśmy nawet niczego sugerować pod adresem drugiej strony, albowiem daliśmy się wmanewrować w sytuację, w której możemy wyjść już nie tylko na niewdzięczników, – bo na tych już wyszliśmy, ale co gorsze – na awanturników, którzy miotają bezpodstawne oskarżenia gdzie popadnie, zachowując się niczym małpa z brzytwą na linii dobrze układających się stosunków wzajemnych wschodniego imperium z zachodem. Jednakże, co by było, gdyby nasz lider opozycji był premierem i bez czekania na oficjalne potwierdzenie faktów – na podstawie doniesień gazety – palnął coś o mordowaniu do głowy sąsiedniego mocarstwa? Poszlibyście państwo umierać za jego wizję rzeczywistości?

W tym miejscu zaczynają się problemy na serio i kończy się zabawa. Możliwy skandal dyplomatyczny z powodu zidentyfikowania substancji określonej, jako „trotyl” lub dowolnej innej, nawet jeżeli w ogóle nie będzie w miejscu, w którym nie powinno jej być – jest prawie pewny, albowiem, jeżeli ktoś myśli, że nasza opozycja osobiście zaangażowana w walkę z „kłamstwem smoleńskim” nie zacznie od najbliższego 11 listopada tryumfalnego pochodu po władze ten się jeszcze zdziwi. Nie ma przy tym znaczenia, czy są to prawdziwe ślady, czy ktoś je przypadkiem czy też celowo podsunął. Ważne jest, że jakimkolwiek nawet piśnięciem w tej sprawie – natychmiast sprowokujemy incydent, który skończy się dla nas utratą zaufania zachodu i łatką awanturnika. Aczkolwiek trzeba przyznać, że nawet mając żelazne dowody, niezwykle trudno byłoby sformułować jakiekolwiek oskarżenia, albowiem ich możliwe konsekwencje oznaczałyby, co najmniej upokorzenie naszego kraju.

Trudno jest, bowiem zrozumieć kraj, który otwarcie prowadzi dyskusję wewnętrzną o możliwości zamachu na jego władze przez sąsiednie mocarstwo a niewyciągający z tego wniosków i niedążący do załatwienia sprawy, którą można załatwić tylko w jeden sposób po stwierdzeniu ponad wszelką wątpliwość odpowiedzialności i celowości działania innego państwa – poprzez wojnę. Nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć, że nikt na zachodzie na to nie pozwoli i prędzej nasza gospodarka zostanie doprowadzona do załamania a społeczeństwo na skraj głodu niż udzieli się nam wsparcia i gwarancji, umożliwiających odpowiednią odpowiedź – bądź, co bądź na akt wrogi, wręcz akt rozpoczęcia wojny. Każdy, kto ma, chociaż odrobinę rozsądku zrozumie, że nawet, jeżeli w wyniku wszelkich dochodzeń wina wiadomo, kogo była jednoznaczna, to i tak nie wolno jest nam nic z tym zrobić w sferze realnej, albowiem ewentualne skutki byłyby dla nas opłakane. Scenariusz izolacji od zachodu i wrogości – z możliwym konfliktem ze wschodem wcale nie jest czymś niemożliwym, już naprawdę nie takie rzeczy widziała nasza ziemia.

Dlatego też musimy wyplątać się z sytuacji, w którą bardzo sprytnie daliśmy się wmanewrować. Niestety tam gdzie stawką jest wiarygodność władz i prestiż kraju – nie może być kompromisów i załatwiania sprawy „na gębę”, między innymi, dlatego pan premier Tusk, pomimo najszczerszych intencji i z pewnością olbrzymiego wysiłku, który włożył w należyte wyjaśnienie tej sprawy powinien bić się mimo wszystko w piersi. Niestety, jako polityk wykazał się nadzwyczajnym brakiem zdolności przewidywania i nieumiejętnością podejmowania węzłowych decyzji w decydujących momentach. Za to się płaci polityczną głową. Jednakże, zmiana rządu lub co gorsze skrócenie kadencji i wybory – mogłyby dla nas oznaczać pójście po spirali w stronę zacieśniania się jej okręgów, a w samym jej środku czeka konflikt międzynarodowy. Nawet, jeżeli tylko dyplomatyczny, to i tak na długi okres czasu wykluczy nas z poważnego brania pod uwagę przez zachód. Tak się niestety składa, że właśnie w naszych wyśnionych strukturach zachodnich dzieją się właśnie epokowe zmiany, w których po prostu możemy nie móc wziąć udziału.

Grajmy, póki jeszcze jesteśmy na szachownicy, ale grajmy mądrze, gdyż już widać, że gramy o utrzymanie wątłej pozycji, jeżeli jeden artykuł oparty na dezinformacji i nadinterpretacji jest w stanie zatrząść politycznie krajem! Już nie jesteśmy wiarygodni!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.