Paradygmat rozwoju

Może źle wybraliśmy? O ile mieliśmy wybór w ogóle?

 Fatum nad naszą ojczyzną wisi, wisi nad Wisłą niczym miecz Damoklesa! Od początku naszych problemów historycznych, kiedy to kraje ościenne się skomasowały i urosły w potęgę – stale jesteśmy skazani na mniej więcej ten sam scenariusz, w którym jesteśmy, co najwyżej przedmiotem rozgrywek obcych potęg, sami pozbawieni prawa do rzeczowej oceny sytuacji ze względu – głównie na słabość elit i ich szkodnictwo – świadome lub wynikające z naiwności czy też głupoty. Tak było przed wojną, w trakcie wojny i bezpośrednio po niej. Okres PRL-u to jakaś stabilizacja, ale bez należytego rozliczenia się z przeszłością i własnymi słabościami. Nie mieliśmy wówczas wyboru – zaproszenia do Układu Warszawskiego i RWPG nie dało się odrzucić, z tych samych powodów, z jakich nie dało się wyprosić Armii Czerwonej z Legnicy i okolic.

Wielcy gracze dokonali za nas wyboru, nie mieliśmy szans decydować sami o kierunku strategicznym, chociaż nawet, jeżeli byśmy mogli to i tak wybór przeprowadzony przez tzw. rząd londyński byłby dziwny i dwuznaczny, albowiem czy w stalinowskiej Europie mogła istnieć Polska myśląca o integracji z państwami zachodu? To było niemożliwe, okrutny czas, okrutne realia, brutalność i przemoc. Nikt po 1944 roku nie zastanawiał się nad różnicami pomiędzy Polską ludową a Polską sanacyjną, ponieważ sanacyjna była uznawana za zło wcielone przez ludową a ludowa siłą rzeczy nieakceptowana przez znaczną część społeczeństwa, w tym emigrantów różnej proweniencji – żyjących w Londynie i Paryżu, szczególnie ten drugi ośrodek związany z pewnym czasopismem kulturalnym zasłynął w negowaniu krajowej rzeczywistości, przy jednoczesnej afirmacji nieokreślonej alternatywnej rzeczywistości.

W momencie jak Polska, jako podmiot się odrodziła, w tym znaczeniu, że różni apologeci i narzekacze potępiający totalnie PRL mogli na nowo zdefiniować polską rację stanu i nasz paradygmat rozwoju – nagle okazało się, że celem jest dla nas środek. To znaczy za cel obraliśmy integrację ze strukturami śnionego po nocach kolorowego zachodu, zupełnie zapominając o tym, że te struktury to jedynie środek do celu, jakim ma być dobrobyt i potęga ojczyzny. W zasadzie nic się nie okazało, albowiem było to wiadome od dawna, w tym znaczeniu, że program dla Polski napisano na długo przed tym zanim pewien elektryk przeskoczył przez płot. Potem już wszystko było realizowane zgodnie z możliwymi scenariuszami, przy czym efekty zaskoczyły nawet demiurgów z ośrodków myślenia zza wielkiej wody.

W efekcie wyszło jak wyszło, tak jak to dzisiaj, na co dzień widzimy. Kraj bezkrytycznie dołączyliśmy do struktur zachodnich, które właśnie istotnie się przetasowują – wskazując nam ponownie miejsce w przedsionku. Ponownie jak po wojnie nie mieliśmy większego wyboru, albowiem coś takiego jak neutralność w naszej nieszczęsnej lokalizacji geograficznej nie jest niemożliwa, ale niesłychanie trudna i droga. Jednakże brak własnej koncepcji na państwo zasmuca, gdyż polegając cały czas na strukturach nie jesteśmy silniejsi niż one same. Jeżeli ktoś nie rozumie tych abstrakcyjnych odniesień niech sobie przypomni wynik splotu interesów ekonomicznych, ekologicznych i dyplomatycznych a ich efekt w postaci rury bałtyckiej. Niby nie wiadomo, o co chodzi, a tutaj proszę mamy nagle nowe uwarunkowania strategiczne i to bez jednego wystrzału, a nawet jakiegokolwiek straszenia no, bo i po co? Żeby wejść sojusznikowi w szkodę? Przecież nikt, kto szanuje swojego przeciwnika – partnera, nie będzie kopał i niszczył jego własności. Dokładnie w takiej sytuacji jesteśmy i w wyniku dokonanego wyboru, o ile to był wybór – osadziliśmy się po 1989 roku właśnie w takiej pozycji strategicznej.

Nie mamy już dzisiaj innej alternatywy, możemy tylko tkwić nawet, jako ten biedniejszy – w strukturach zachodu, które nas po prostu przygarnęły z własnego dobrze rozumianego interesu. Co więcej nawet w realiach silniejszego przetasowania – znajdziemy się ponownie w czystej postaci naszego fatalistycznego położenia, które po 1944 roku uniemożliwiało jakiekolwiek rozwiązanie poza tym ukierunkowanym na wschód! Teraz jest dokładnie to samo, ale orientacja jest na zachód. Nie chodzi o to, czy ona jest lepsza – czy gorsza od alternatywnej (wschodniej), ale właśnie o to, że nie ma innej alternatywy – innej drogi. No chyba, że chcemy przyśpieszyć procesy historyczne, skracając dystans do tego, co jak zawsze jest dla nas nieuchronne.

Nie oszukujmy się, tak jak w 1939-tym jedynymi żołnierzami, którym chciało się umierać za Gdańsk byli dziadkowie naszych dzisiejszych sojuszników z Bundeswehry, tak obecnie niczym nikomu nie uzasadnilibyśmy potrzeby umierania za jakikolwiek fragment nie tylko naszej ziemi, ale nawet samodzielnie zdefiniowanej racji stanu. Po prostu naszą rolą we wspólnocie zachodniej nie jest być i mieć a jedynie pracować i płacić „rentę” od zainwestowanego tutaj kapitału.

3 komentarze

  1. Dark Dwarven Dwellings

    “Fatum nad naszą ojczyzną wisi nad Wisłą niczym miecz Damoklesa” – Aaaaa! Gdzie jest korekta? Trochę umiaru poproszę, barok przeminął już dawno.

    “Od początku naszych problemów historycznych, kiedy to kraje ościenne się skomasowały i urosły w potęgę – stale jesteśmy skazani na mniej więcej ten sam scenariusz, w którym jesteśmy, co najwyżej przedmiotem rozgrywek obcych potęg, sami pozbawieni prawa do rzeczowej oceny sytuacji ze względu – głównie na słabość elit i ich szkodnictwo – świadome lub wynikające z naiwności czy też głupoty.”

    Wielce szanowny Autorze!
    Stanowczo protestuję przeciwko tak brutalnemu tratowaniu interpunkcji. Boli nawet patrzenie na to. Proszę coś zmienić, proszę usilnie.
    Przy okazji pragnę zauważyć, że nikt nas nie pozbawia prawa do rzeczowej oceny sytuacji.
    W naturze państwowości leży jej “komasowanie się” i nie powinniśmy jej mieć tego za złe – nie wypada obrażać się na rzeczywistość. Polska (wraz z Litwą) też “się skomasowała” i też rosła w potęgę.
    A rozgrywki obcych potęg? – Cóż, nikt nie jest samotną wyspą, zawsze dochodzi do jakichś interakcji. Zawsze są działania militarne oraz polityczne. Ja tu nie widzę problemu.
    Problem widzę natomiast w użyciu liczby mnogiej i podmiotu “my”. Kto to jest “my”? Czy rzeczywiście istnieje ciągłość tego “my” od tysiąca lat? Albo chociaż od trzystu lat? Jak sie tu ma polonizacja ukraińców i białorusinów w 1934 roku?

    “brak własnej koncepcji na państwo zasmuca” – no tak, rzeczywiście chciałoby się żeby polska racja stanu była bardziej brana pod uwagę przez sojuszników. Tu się zgadzam.

  2. Czyżby @autor żałował naszego wysiłku w 1939 roku?
    Czesi w 1938 roku podkulili ogony i wcale na tym źle nie wyszli.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.