Mowa nienawiści – przyczynek do teorii ewolucji retoryki w sferze publicznej

Mowa nienawiści zrobiła swego czasu zawrotną karierę jako „bat” na wszelkich przeciwników nowego kultu poprawności obyczajowej i politycznej, nakazujących afirmację przez tolerancję dla nowych trendów w życiu publicznym, kulturze i wzorcach moralnych.

Wystarczyło tylko uznać, że interlokutor lub publicysta używa mowy nienawiści w swojej wypowiedzi i od razu taki człowiek był w wiodącym mainstreamie skreślony. Stawał się przeźroczysty i nie istniejący publicznie, a łatka „-foba” z dowolnym przedrostkiem, dopasowanym wedle potrzeb i skali zakłamania kapłanów nowej poprawności zostawała przy człowieku na trwałe.

Co ciekawe dotyczyło to praktycznie wszystkich sfer życia, lansowanie poprawności, oczywiście nie mające niczego wspólnego z pluralizmem, stało się wzorcem jakości i funkcjonalności kanonu, wręcz wstępem do mainstreamowego przekazu. Jeżeli tylko coś nie pasowało, zawsze można było błyskawicznie zrobić z kogokolwiek osobę używającą mowy nienawiści, poniżającą, wykazującą brak szacunku, nietolerancyjną (w znaczeniu sprzeciwiającą się afirmacji!) itd.

W okresie szczytowym, kiedy to media masowo proliferowały nowy sposób tolerancjo-afirmacji wobec różnego rodzaju indywidualnych postaw obyczajowych, zwłaszcza dotyczących sfery seksualności człowieka, problem mowy nienawiści sięgał apogeum. To wówczas wykreowano w praktyce zakres „jedynej słuszności”, w wielu dziedzinach życia publicznego, przy tym niezwykle finezyjnie eliminując z życia publicznego różne osoby, które poległy pod murem mowy nienawiści. Naprawdę strzelało się z tej armaty bardzo łatwo, używanie jej było wręcz wskazane, stanowiła najsilniejszą broń mainstreamu od lat, zwłaszcza poprzez wymuszanie oznajmiania stosunku indagowanych ludzi do szeroko rozumianej sfery seksualno-obyczajowej. Kto nie akceptował pewnych postaw, co więcej nie uznawał ich potrzeby afirmowania w naszym życiu publicznym i kulturze ten przepadał. Wiele osób sobie stępiło na tym etapie autorytet publiczny.

Można nawet uznać, że to mowa nienawiści spełniła swoją rolę jako narzędzie podziału społeczeństwa wedle generalnego kryterium podziału wynikającego z polaryzacji sceny politycznej przez dwa wielkie ugrupowania prawicowe, po podstępnym i mającym charakter zbrodni stanu wyeliminowaniu lewicy z życia publicznego. To właśnie mowa nienawiści posłużyła wówczas do nazywania całych kategorii zdarzeń, faktów, nawet osób – których czynnikiem wywoławczym miało być słowo klucz odnoszące się do negowanej rzeczywistości jak np. „beret moherowy” czy też odnosiła się do całego środowiska medialnego zbudowanego przez ludzi o określonej opcji politycznego ujmowania spraw polskich.

Szczytem szczytów były pamiętne wydarzenia na Krakowskim Przedmieściu związane z przemieszczeniem pewnego drewnianego Krzyża, stanowiącego symbol religijny z chodnika do jednej ze świątyń. Wydarzenia jakie przy okazji miały wówczas miejsce na długo jeszcze będą mogły być analizowane przez specjalistów od wpływu publicznego, analityków wszelkiej maści i politologów. Jednakże wszystko co zostało wówczas skonsumowane działo się w warstwie retorycznej, która oddziaływała na percepcję odbiorców. Jedna z partii nawet wykorzystała „mowę nienawiści”, jednego z uczestników tamtych wydarzeń, który wedle niektórych opinii okazał się prowokatorem pewnej opcji politycznej i być może nie tylko. Wszyscy chyba pamiętają spot wyborczy jednej z prawicowych partii, w której wykorzystano klasyczną próbę mowy nienawiści, w wykonaniu osoby stylizowanej na tzw. zwykłego Polaka, któremu emocje nie wytrzymały w świetle dramatu, który obserwował (a nawet był jednym z jego „męczenników”). Był to piękny triumf specjalistów od moderowania wpływu publicznego i psychologii tłumu nad społeczeństwem. Oczywiście to było, minęło. Jednakże te same metody zostały chwilę potem wykorzystane na Ukrainie w ramach rewolucji na Majdanie, zwanej przez nowe władze tego kraju „rewolucją godności”, czy jakoś w ten sposób.

Przy czym i wcześniej i potem mieliśmy w Polsce już czystą propagandę sukcesu – zazieleniło się nam od nadmiaru ciepłej wody, jak kraj długi i szeroki. Lansowanie „jedynosłuszności” jest zatem niczym innym jak kontrapunktem logicznym dla „mowy nienawiści”. W zależności od potrzeb i kierunku emocji publicznych oraz działania opozycji, dobiera się poszczególne instrumenty z arsenału soft power. Wszystko, dla urobienia rzeczywistości i podporządkowania sposobu myślenia ludzi wedle ustalonych wzorców, Orwell mógłby się uczyć od naszych planistów i psychologów! Ten kto zna historię starożytnej Grecji i Rzymu, jest w stanie wychwycić pewien model, jaki zawsze był rysowany w tamtych systemach, będących protoplastami jakiejkolwiek formuły demokracji współczesnej. Można ze spokojem zaryzykować stwierdzenie, że nic się nie zmieniło, nadal się ludzi straszy, pobudza, karmi plotkami, rozdaje chleb jak się musi, albo urządza igrzyska. Mieliśmy nawet igrzyska, ale mniej chleba. No cóż, taki model! Warto znać historię antyczną, bo można wówczas czytać postępowanie naszych geniuszy wpływu społecznego jak się czyta nuty. Może głośniej, może ciszej, może nowe instrumenty, ale schemat jest ten sam, niezmienny – bo niezmienna jest natura ludzka w naszym kręgu kulturowym. W państwach islamskich robi się to nieco inaczej, nawet w Rosji jest ciut subtelniej. U nas wystarczą proste, klasyczne i doskonale sprawdzone mechanizmy. Nawet doszliśmy już do takiego stanu, że retorzy nie liczą się, jak również umiejętność retoryki, ponieważ naszym unowocześnieniem wzorców starożytnych jest oderwanie retoryki od jakiejkolwiek wartości. Dzisiaj społeczeństwo jest zalewane zwykłym szlamem, wartości – przeważnie – nie potrafi lub co jeszcze ciekawsze nie chce odróżnić, nie umie, nie jest w stanie, wybiera postawy wygodnictwa. Zresztą po co się przejmować?

Niestety jednak jest się czym przejmować, ponieważ mechanizmy użycia i sterowania mową nienawiści użyto na nas ponownie masowo w przypadku uzasadnienia dla polityki zagranicznej podejmowanej na kierunku wschodnim przez rząd w Polsce. Konkretnie posłużyła do budowy wielkiej rusofobicznej bańki, która zaczyna się na sceptycyzmie wobec Rosji, Rosjan i ich przywódcy osobiście, a kończy na nienawiści napędzanej strachem. Genialny cel, zwłaszcza sam pan Władimir Putin, z którym monolog „uprawia” tysiące szczekaczek, kundelków, łapserdaków, pospolitych kłamców, pożytecznych idiotów i najpodlejszych medialnych kanalii, którzy tak bardzo zafałszowali rzeczywistość, że kłamstwo stało się dla nich samych – ich nową, jedynie słuszną i najprawdziwszą prawdą, bez jakichkolwiek opcji alternatywnej.

Niestety jeżeli cel ma charakter tak szczególny, jak sąsiedni kraj, z którym przeciętnego Polaka nie łączą ciepłe wspomnienia z wakacji, tylko co najwyżej listy ofiar lub literatura narodowa, nacechowana cierpieniem i żalem, to bardzo łatwo jest przerobić archetyp w nowego wroga. Można tym wrogiem karmić społeczeństwo, posługując się wyjątkowo prymitywną mową nienawiści – poczynając od satyry, a na straszeniu kończąc, spektrum możliwości jest pełne. Dodatkowym bonusem jest możliwość nazwania zdrajcą każdego, kto chociaż tylko nie dołącza się do mowy nienawiści pod adresem atakowanego pojęcia. Fakty nie mają znaczenia, tak jak nie miały znaczenia na Krakowskim Przedmieściu, fakty się tworzy jako fakty medialne. Obecność w mediach decyduje o rzeczywistości.

W tej chwili jako społeczeństwo w dominującej większości jesteśmy już bezbronni wobec mowy nienawiści, czy też jej jedynie słusznej odmiany dotyczącej akceptowalnej poprawności politycznej. Widać to na próbach zawładnięcia interpretacją racji stanu przez jedną z opcji politycznych, która cynicznie dopasowuje retorykę słuszności do własnych błędów, które są po prostu nieskończenie kolosalne i pod pewnymi względami tak naiwnie głupie, że pachną wykonywaniem poleceń zewnętrznych mocodawców.

Jednakże taki jest nasz los, kraju od ponad 300 lat bez własnych elit, który w najlepszym wypadku jest skazany na władanie przez – w znacznej mierze – mieszaninę bękartów z popłuczyn tego, co aktualnie rezyduje na stołkach lub może do nich z racji pozycji zajmowanej w naszym społeczeństwie aspirować o wiele łatwiej niż inni.

Proszę nauczyć się rozpoznawać mowę nienawiści, nie zawsze się da, ale przy odrobinie rezerwy i wyczucia – można. Jeżeli ktoś nie wie od czego zacząć, niech ogląda dużo niektórych ze stacji mainstreamowej telewizji w Polsce, czyta niektóre z dostępnych gazet, jak również przejrzy programy polityczne niektórych z partii politycznych, co może uzupełnić wypowiedziami niektórych liderów na konwencjach wyborczych wszelkiej maści. Których, to domyślcie się państwo sami. Nas interesuje model politologiczny, wnioski należą do czytelników. Równie dobrze możecie uznać, że autor jest np. nasłanym przez obce mocarstwo specjalistą od wpływu społecznego, który lansuje posiadanie przez Polskę broni masowego rażenia wraz z pakietem środków jej przenoszenia i jest komunistą! Czy też pospolitym, albo pożytecznym idiotą. Orwell tu, Marx tam, a Jezus? No właśnie, co z Jezusem? Proszę zwrócić uwagę na cechę charakterystyczną Jego słów w kanonicznych Ewangeliach – nigdzie nie ma nawet śladu pozytywnej, negatywnej jak również i neutralnej mowy nienawiści. Po tym się poznaje prawdę. Wybór należy do państwa…

2 thoughts on “Mowa nienawiści – przyczynek do teorii ewolucji retoryki w sferze publicznej

  • 13 marca 2015 o 14:13
    Permalink

    Dziwny to kraj, w ktorym jest tak wielu katolikow, a tak malo chrzescijan.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.