Paradygmat rozwoju

Mitologia zielonej wyspy a kryzys

 Europa zmierza pochyłą ścieżką prosto nad granice przepaści. Niemcy nie zapłacą więcej ani grosza za kredyty niemieckich i francuskich banków, udzielone rządowi Grecji. Ten nieszczęsny kraj czeka kolejna kampania wyborcza, co musi oznaczać, albo zamach stanu dla ratowania kraju, albo wydanie go na żer populistycznej lewicy – w rzeczywistości wzdragającej się od odpowiedzialności za kraj. Francja się budzi z długiego snu nieograniczonego dobrobytu, Wielka Brytania stopniowo się islamizuje, – czego oczywiście nie można oceniać negatywnie, bo lepsza jakakolwiek wiara niż śmiertelny grzech ateizmu. Reszta Europy? Głównie liczą się Niemcy, gdzie żelazna pani Kanclerz już widzi, że będzie miała problem podczas wyborów krajowych, Niemcy mają dosyć płacenia na nieudolne rządy zbankrutowanych krajów, co więcej nie chcą już słuchać o odpowiedzialności za holocaust, konieczności wspierania Europy w zamian za zatarcie pamięci niemieckich przewin itp. To się już nie liczy, po ostatniej deklaracji Prezydenta Baracka Obamy, każde małe niemieckie dziecko słyszało o „polskich obozach zagłady”. Norwegowie są przerażeni faktem, że najbardziej znanym Norwegiem stał się największy masowy zabójca w nowożytnej historii tego kraju. Węgrzy zorientowali się, że nie można być w Europie, nie uznając wspólnych reguł, Czesi śmieją się ze Słowaków duszonych przez Euro itd. Nie ma łatwo w Europie, aczkolwiek waga poruszonych problemów jest różna, nie mamy świadomości, że żyjemy w bezpiecznych czasach – coś się zmieniło.

Znajomy Francuz nie wyobraża sobie, że mógłby pracować więcej niż do 60-tki! Wiadomo, na kogo głosował w II-giej turze, o pierwszą lepiej nie pytać. Znajomi z Rzeszy są silnie zdziwieni, że gdziekolwiek jest jakiś kryzys, albowiem w firmie kolegi (gigantyczny i globalny producent urządzeń elektrycznych i energetycznych) wymuszają na nim nadgodziny, a coś takiego jak wolna sobota to w zasadzie przeszłość dawnego państwa dobrobytu. Żona kolegi pracuje, jako pomoc stomatologiczna, nie narzeka – aczkolwiek nie jest to jakaś praca będąca sensem jej życia – jeździ 2 letnim przeciętnym wytworem lokalnego producenta (Bawaria), o którym nawet dobrze zarabiający mieszkaniec „zielonej wyspy” pomiędzy Odrą a Bugiem może jedynie pomarzyć. A to, że nie mają dzieci, pomimo prawie 40-tki na karku, nie przeszkadza im narzekać na chusty na głowach dzieci ich tureckich sąsiadów (z drugiej strony ulicy). Znajomy Hiszpan pakuje walizki w drodze do Chile, albowiem poznał pewną Manuelę…, ale to już historia na inną opowieść… Ludzie jakoś żyją, starając się dostosować do rzeczywistości i nie ograniczać negatywnym myśleniem. Na zachodzie praktycznie nikt nie wyobraża sobie znaleźć się w sytuacji, że nie będzie miał, co jeść i za co zrobić opłat, a pewnego dnia przyjdzie pan komornik, z niezrozumiałym wyrokiem sądu, wydanym oczywiście zaocznie, w imieniu Rzeczpospolitej, – w którym będzie napisane niezrozumiałym językiem, że nasze mieszkanie z takim trudem wyszarpane za późnej komuny już do nas nie należy, ale do banku, lub kogoś innego, komu pieniądze służą, jako miernik stanu posiadania a nie, jako środki do przetrwania.

Oczywiście nie można porównywać dobrze zarabiającego niemieckiego inżyniera z francuskim nierobem-tłustym-urzędnikiem, już o hiszpańskim lekkoduchu nie wspominając, ale niestety wszyscy oni, – jako przeciętniacy w swoich systemach – mają się lepiej od przeciętnego Polaka. Nie chodzi tylko o różnice w zamożności, ale przede wszystkim o oszczędności i możliwości! To, jakie nasz kraj stwarza nam możliwości najlepiej widać na masowym eksodusie Polaków do Wielkiej Brytanii. Niestety jesteśmy poniżej skali porównywania się, a dlaczego? Ponieważ sami sobie stworzyliśmy takie warunki, w jakich żyjemy, starając się przetrwać w ekstremalnie nieefektywnej i zbiurokratyzowanej gospodarce.

Teoretycznie, jesteśmy lepiej przygotowani do kryzysu, albowiem Polak umie sobie radzić w każdych warunkach, gdyby zachód przeżył coś takiego jak to, co nam zafundował pan Balcerowicz od 1990 roku, to byłby koniec zachodniej cywilizacji, albowiem tamtejsze społeczeństwa nie wyobrażają sobie realiów, w których nie ma np. papieru toaletowego w sklepach, w których w zasadzie nie ma niczego, a na wszystko, co się czasami pojawia są kartki i to wszystko przy galopującej inflacji. Pomijając już wspomnienie tego, co było potem, masowe zwolnienia, brak pracy, nędza, bieda i dramaty ludzkie. Nasz problem polega na tym, że obecnie to niestety oni są lepiej przygotowani do kryzysu, albowiem mają rezerwy. My swoje już przez 22 lata klepania biedy spożyliśmy, resztki majątku wypracowane przez trzy pokolenia urodzonych w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, jeżeli nie zostały rozkradzione (przepraszam sprywatyzowane), to niszczeją lub po prostu znikły. Trzeba o tym pamiętać, albowiem nie wszyscy otrzymali mieszkania w prezencie od państwa! Uzyskiwane świadczenia socjalne powodują, że emeryci i renciści mogą zacząć umierać z głodu w momencie, gdy złotówka przebije kwotę 7 zł za Euro, a paliwa jeszcze bardziej podrożeją. I tak coraz mniej ludzi stać na zakup paliwa – w takich ilościach, w jakich by chcieli, a nawet, jakie są uzasadnione ich potrzebami.

Niestety to nie wszystkie niespodzianki, jeżeli chodzi o poziom cen, albowiem czeka nas znaczna skala – stopniowych podwyżek wszystkiego, co jest niezbędne do życia i z czego nie można zrezygnować. Po pierwsze podatki i opłaty komunalne – wszystko w górę, po drugie energia, czyli gaz i prąd – sam otrzymałem taki rachunek, oparty oczywiście na prognozie, że lepiej o tych sprawach nie myśleć. Żywność? To wielka niewiadoma, jej cena jest wypadkową cen paliw i wyniku z efektywności polskiego rolnictwa. Jedno jest pewne, taniej nie będzie. Byłoby super, jeżeli by to jakoś strasznie nie podrożało, albowiem podwyżki cen żywności mogą zmieść każdy rząd, zwłaszcza konfrontowany z taką opozycją jak nasza.

Rząd obiecywał reformy, ale albo nie umie, albo nie chce, albo w ogóle nie ma koncepcji, w jaki sposób je wprowadzać. Społeczeństwo przeważnie wie, że reformy – w tym głównie oszczędności są konieczne, żebyśmy się, jako system domykali. Jednakże chętnych do poświęceń nie ma. Liczne święte krowy, które rozkraczyły się na systemie emerytalnym czy też innych ulgach i systemowych haraczach – nawet nie chcą słyszeć o jakichkolwiek zmianach. Ekstremalnym przypadkiem są oczywiście nasi czcigodni rolnicy no, ale coś za coś – w końcu to ich poparcie ratuje Polskę przed rządami… ich partii z opozycją… Pewnych rzeczy w naszym kraju w zasadzie nie da się zmienić, bez krachu, upadku, rewolucji. Ludzie nie dadzą się przekonać „pokojowo”, albowiem widzą liczne wyrwy i luki w systemie, a nic bardziej nie razi Polaków jak cudze cwaniactwo no, bo własne to wiadomo – trzeba brać jak dają, a uciekać jak biją.

W zasadzie nikogo nie dziwi nawet fakt, że nie ma żadnego scenariusza awaryjnego, na wypadek rozpadu strefy Euro, albo radykalnej zmiany zasad jej funkcjonowania. To, co do nas dociera, jakaś Grecja, problemy z długiem – to do naszej świadomości nie dociera, a o możliwych konsekwencjach kryzysu lepiej w ogóle nie myśleć, albowiem i tak mało, kto potrafi je zrozumieć nawet, jeżeli diagnozy były trafne. Jednakże ludzie czują pismo nosem, albowiem rosną stopy odsetkowe w bankach. Bardzo trudno jest pożyczyć cokolwiek. Praca dzisiaj to ponownie problem, zwłaszcza na prowincji i w mniejszych miastach. Najgorzej mają ci, którym już udało się coś zarobić, albo uciułać. Dorobek życia, kilkunastu lat oszczędzania może wyparować nagle, albowiem ktoś pozwolił sobie na ryzyko, źle zainwestował, albo w ostateczności wybrał zły bank, chociaż z tym w Polsce wcale nie jest najgorzej.

W momencie, gdy kryzys realnie przyjdzie, – bo na zachodzie zacznie się recesja. Można spodziewać się, co najmniej 0 % wzrostu PKB, a to i tak należałoby uznać za dobry wynik, gdyż bardzo łatwo może być gorzej. Większość krajowych ekonomistów, ma pełną świadomość, że brak wzrostu w naszych realiach oznacza stagnację. Przy inflacji, byłby to szok, albowiem nagle sztywne wskaźniki zwiększające świadczenia zaczęłyby dusić finanse publiczne w ostatecznym uścisku, tak silnym, że nawet reguła wydatkowa, będąca w tym przypadku rewelacyjnym rozwiązaniem nie pomoże. To, co nam grozi, zaobserwujemy za około miesiąc w Grecji. Nie będzie to przyjemny widok. Rząd powinien się bardziej zabezpieczyć, np. zwiększając obowiązkowe rezerwy środków własnych w bankach, likwidując zbyteczne składowe kosztów pracy (jak Fundusz pracy), oszczędzając na zbędnej administracji (niektóre ministerstwa, administracja rządowa w terenie, łączenie powiatów, likwidacja bzdurnych przywilejów – jak np. karta nauczyciela itp.). Poza tym, trzeba gromadzić gotówkę za wszelką cenę, żeby móc wytrzymać pierwsze 3 – 5 dni zmasowanego ataku spekulantów na złotówkę, bez znaczącego uszczuplenia poziomu rezerw. Nie chodzi tu o sztuczną obronę kursu, ale przynajmniej o podjęcie gry. Przecież na spadku złotówki, który niewątpliwie nastąpi w momencie zamknięcia pozycji na złotym – może zarobić także nasz rząd!

Reasumując, jeżeli uda się nam i rząd zachowa spokój a Euro 2012 poprawi ogólne nastroje, być może uda nam się nie stracić płynności na tym kryzysie. Byłby to wielki sukces Polski – rzeczywisty sprawdzian dla zielonej wyspy. Czeka nas ciekawy rok, rząd i elita muszą pamiętać, że społeczeństwo w szerokiej masie nie ma żadnej ekonomicznej poduszki bezpieczeństwa.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.