Ekonomia

Mit innowacyjności polskiej gospodarki

 Polska gospodarka opiera swój model na średniej wielkości produkcji przemysłowej i przetwórstwie, usługi mają charakter głównie wewnątrz krajowy, poza niewielkimi wyspami outsourcingu. W praktyce o wartości dodanej polskiej gospodarki decyduje produktywność pracowników z prac prostych i średnio złożonych. Nie posiadamy narodowej specjalności eksportowej, nie posiadamy know-how w jakiejś wiodącej dziedzinie powodującej, że zabraknie na rynku jakichś specyficznych produktów, jeżeli nie będą ich wytwarzać Polacy.

Siła naszej gospodarki, zwłaszcza jej komponentu eksportowego opiera się na zdolnościach wytwórczych pracowników, zwłaszcza z zakresów prac prostych jak spawacze, monterzy, pracownicy produkcyjni, szwaczki itp. Eksport myśli technicznej jest ograniczony do niewielu unikalnych przypadków, projektowanie jest w opłakanym skale, przemysły oparte na kulturze jak design, – co najwyżej raczkują. Polacy nie liczą się na światowej mapie artystycznej, nie wyróżniamy się niczym nadzwyczajnym.

Rząd skutecznie próbuje przekonać opinię publiczną, że nasz kraj znajduje się na ścieżce rozwoju Gospodarki Opartej na Wiedzy. Przejawia się to w praktyce, wydawaniem masy pieniędzy z unijnego wsparcia na przeróżne przedsięwzięcia internetowe w rodzaju produkcji kubków z nadrukiem, pisanie prac zaliczeniowych dla uczniów lub inne równie przetwórcze idee, umożliwiające użytkownikom dokładnie „nic”.

W efekcie nie rozwija się ludzka kreatywność, nie tworzy się przestrzeń nowego rodzaju, nie ma sprzężenia zwrotnego pomiędzy nauką a przemysłem, głównie, dlatego ponieważ ta pierwsza nastawiona jest na produkowanie magistrów a drugi w praktyce nie istnieje. Naprawdę niewiele mamy do zaoferowania. Szansą są inwestycje zagraniczne, lokowane przez światowych potentatów. Jednakże rządzą się one pewną technologiczną prawidłowością, o ile, bowiem w Chinach lokowanie inwestycji spowodowało stopniowe przejmowanie technologii i umiejętności przez wykształconą tamże inteligencję techniczną – o tyle w Polsce taki proces nie następuje, o ile nawet nie jest odwrotny, albowiem mamy do czynienia z silnym trendem drenażu mózgów. Wszyscy zdolni projektanci, umiejący coś osiągnąć, albo pracują na pasku zachodnich koncernów – zastrzegających ich osiągnięcia własnymi patentami, albo wyjeżdżają do krajów, gdzie ich korporacje posiadają szersza bazę badawczo-rozwojową.

W tym kontekście jesteśmy w klinczu technologicznym, albowiem bycie montownią Europy uniemożliwiają nam koszty pracy, i stosunkowo niska wydajność pracowników. Dlatego, także w tym znaczeniu nie jesteśmy wstanie osiągnąć przewag komparatywnych i spowodować przyrostu umożliwiającego akumulację kapitału i rozwój własnych technologii – konkurencyjnych na światowym rynku.

Rząd powinien umiejętnie skanalizować pieniądze na pobudzanie innowacyjności gospodarki, nie powinno się marnować pieniędzy na „piekarnie” lub „sklepy internetowe”, pieniądze powinny otrzymywać jedynie podmioty oferujące wartość dodaną, pojmowaną w kategoriach technologicznych tzn. nowa technologia obsługi obrazu i dźwięku w sieci Internet – tak, ale nowa telewizja regionalna – prezentująca podcasty z buziami polityków przecinających wstęgi – nie.

Postulat ten, nabiera szczególnego znaczenia w kontekście ograniczenia środków unijnych w kolejnej perspektywie budżetowej Unii europejskiej. Pieniędzy na fundusze strukturalne dostaniemy mniej, płatnicy netto muszą czymś zapłacić za Grecję i przygotować się na inny kraj. Polska zmarnowała swoją szansę na rozwój, nie zrealizowała szeregu projektów infrastrukturalnych, na które finansowania miała zapewnione, najlepszym przykładem tych strat jest kolej. Dlatego rządowi, prawdopodobnie ciężej będzie wykładać pieniądze na innowacyjność, przy stałym niedomaganiu sfery infrastrukturalnej.

2 komentarze

  1. To jest przecież stara prawda. Polak znajduje się w kategorii robotnika fabrycznego lub folwarcznego. Na nic tu groźne miny i obłudne przekonywania ludzi, że jesteśmy “motorem” postepu. Jesteśmy oazą wyrobników i tyle!

  2. Zeby mozna bylo mowic o innowacyjnosci gospodarki trzeba sobie zadac pytanie, czy kulturowo (w rozumieniu kultury przedsiebiorstw, jako sposobu zarzadzania) jestesmy do tego na obecnym etapie zdolni. Moim zdaniem nie jestesmy.
    Brak jest po pierwsze zaufania spolecznego do tego, aby otwarcie dyskutowac o problemach i pozwolenia na popelnianie bledow i uczenie sie na nich.
    Zarzadzacze w korporacjach stricte polskich boja sie pracownikow, ktorzy w inny sposob patrza na pewne problemy, preferujac miernych, biernych i wiernych, najlepiej takich ktorzy realizuja bez pytania cele sprzedazowe lub cost cutting. Odbywa sie to bez “podmiotowego” traktowania pracownikow w zwiazku z czym pracownicy wiedzac iz sa “kolkiem w maszynie” maja w powazaniu dzielenie sie swoimi spostrzezeniami. Dopoki przeplyw informacji od dolu (czyli pracownikow, ktorzy najlepiej wiedza co im nie dziala) nie bedzie doceniony przez gore, dopoty bedziemy mogli tylko uzywac tego co zostalo opracowane gdzie indziej (czyli montownie albo call center).
    Czyli tak naprawde mowimy o zmianie kultury pracy, ktora wciaz opiera sie na poprzednim systemie, gdzie szef to Pan i Wladca i wie wszystko najlepiej. To sie nazywa zaufanie spoleczne i caly Zachod jest pod tym wzgledem lata przed Polska, Chiny zaczynaja mocno gonic. I marne to pocieszenie, ze w Rosji pod tym wzgledem jest chyba gorzej.

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.