Polityka

Miasto to nie firma a rynek to nie chlew!

 Pod między innymi takim hasłem na krakowskim rynku koczuje niewielka grupa osób, a raczej kilka grup reprezentujących różne katalogi roszczeń – zjednoczonych w proteście przeciwko rzeczywistości.

Polscy oburzeni, bo w ten sposób przedstawiają ich media narzekają na otaczającą ich rzeczywistość, wycinanie lasów, odebranie im przydzielonych lokali komunalnych i coś tam jeszcze. W istocie nie ma znaczenia, co liczy się samo prawo do protestu, które mogą realizować bez problemu emeryci, studenci, bezrobotni i bananowa młodzież bardziej ceniąca lasy od cywilizacji, bo do lasu przywozi ich luksusowym i klimatyzowanym suwem tatuś, lub mamusia.

Rynek w Krakowie ma to do siebie, że niezwykle trudno jest na nim protestować niewielką grupą, gdyż protest niknie w skali ogromu jego przestrzeni i mas ludzi, sprzętu, dostawców – przetaczających się przez niego w celu obsługi niezliczonych sklepów, pubów i restauracji. Drugim problemem jest wyzwanie, jakości, otóż coś, co wygląda nieźle przywiązane do drzewa, mała płachta napisana pisakiem lub w inny odręczny sposób – być może robi wrażenie na balkonie wywłaszczanego mieszkania – jednakże w splendorze Rynku Głównego znika niczym mały nieistniejący przedmiot, nie wart uwagi.

W ten sposób każdy protest, który zahacza o Rynek w Krakowie musi spełniać te dwa kryteria – jakościowe i ilościowe, albowiem w przeciwnym wypadku pozostanie w ogóle niezauważony.

Z tym protestem jest inaczej, nie da się go nie zauważyć, albowiem protestują w nim znane z wszelkich protestów grupy aktywistów, domagających się od władz publicznych uznania lub sanacji swoich praw. W zasadzie zabrakło jedynie nauczycieli protestujących przeciwko likwidacji szkół, czyli niżowi demograficznemu. Poza tym, mamy do czynienia z całą lokalną śmietanką postulatów. Co ciekawe, typowo po krakowsku następuje problem z doliczeniem się ilości protestujących – czy jest ich 5 czy kilkunastu w istocie nie ma znaczenia. Myliłby się jednak ten, kto myśli, że to protest nielegalny! Organizatorzy skrupulatnie dopełnili procedur i niewiele w świetle prawa można im zrobić!

Tak oto kwitnie nam slums w centrum najpiękniejszego w Polsce placu publicznego, pod hasłem „Kraków to nie firma. Miasto to my”. Bezczelnie dochodzi do profanowania przestrzeni publicznej stanowiącej wizytówkę Polski w imię uzurpacji do nadreprezentacji mieszkańców Krakowa. W mieście jest przynajmniej kilkanaście innych miejsc, gdzie taki protest byłby równouprawniony – no, ale Rynek broni się sam, to cios w samo serce miasta i polskiej kultury – przecież slums kwitnie obok pomnika Adama Mickiewicza, – jaki tupet trzeba mieć, żeby uzurpować sobie prawo do okupacji akurat tego fragmentu naszego państwa, który należy do wszystkich Polaków!

Same argumenty protestujących to „krakowski standard”, grup znanych z narzekania i blokowania torowisk w godzinach szczytu, czym doprowadzają prawdziwym – pracujących mieszkańców miasta do szału. Tytułem wyjaśnienia dla osób z poza miasta, Kraków ma tak skonstruowany układ torowisk, że blokada lub awaria w jednym z kilku newralgicznych miejsc w ścisłym centrum powoduje paraliż około połowy transportu szynowego w mieście. To zawsze duży problem, powodujący, że kilkadziesiąt tysięcy ludzi ma przymusowy kilku kilometrowy spacer, lub wątpliwą przyjemność korzystania z komunikacji zastępczej. Po prostu w Krakowie kilku rzeczy się nie robi, dlaczego? Bo nie wypada.

Odnosząc się do samego głównego hasła, owszem miasta w świetle ustroju samorządu w Polsce nie są firmami, jednakże obowiązuje je sztywna dyscyplina budżetowa i nadrzędny dogmat rachunku ekonomicznego. Nie można wydawać więcej niż się ma, albowiem po prostu nie ma się pieniędzy. Pod tym względem samorządy w istocie działają jak firmy, albowiem wydają pieniądze na zasadach ściśle komercyjnych. Z tą różnicą, że mają tzw. wydatki sztywne, narzucone ustawą. Przeciętnie około 35-40% budżetów polskich gmin jest przeznaczane na oświatę i wychowanie. Nie, dlatego bo miasta kochają nauczycieli, ale zmusza ich do tego rząd ustawą nakładającą zadania obligatoryjne, nie wykonywanie przepisów stanowi naruszenie prawa. Przy czym, nie wykonywanie przepisów oznacza w świetle orzecznictw naszych organów nadzoru nad samorządem – nie zapewnienie właściwego poziomu finansowania przez samorząd. A to, że rząd przekazuje stale mniej w subwencji niż wynoszą koszty, przekazuje później niż powinien, albo zmienia współczynniki rozliczeniowe w trakcie ich obowiązywania, lub w jeszcze inny sposób czyni sterowanie polityką finansową przez samorządy – ekwilibrystyką – to już nikogo nie interesuje. Gminy musza sobie „jakoś” radzić i sobie „jakoś” radzą. Co oczywiście odbywa się kosztem innych zadań, które nie są obligatoryjne, lub są niemierzalne jak np. komunikacja publiczna. W efekcie, jak nie ma pieniędzy na oświatę, tnie się linie autobusowe, ogranicza ilość kursów – żeby nasi ukochani nauczyciele mogli pracować zgodnie z przywilejami, jakie daje im Karta Nauczyciela – poniżej jakichkolwiek standardów godzinowych! No, ale przecież nasz kraj jest państwem przywilejów i uprzywilejowanych a nie interesu większości.

Podobnie ten protest po prostu razi, co więcej powoduje dyshonor dla osób w nim uczestniczących! No jak można zbezcześcić nasz piękny Rynek jakimiś szmatami i namiotami! Wstyd tak się nie godzi! Zwłaszcza, że postulaty, co wykazano powyżej mają o wiele głębsze zakorzenienie w polskich nonsensach niż to się na pierwszy rzut oka wydaje… albowiem słuszności i prawa do domagania się własnych praw przecież nikt protestującym nie odbiera! Aczkolwiek wypisanie hasła po Angielsku, wskazuje na to, że ktoś chce zepsuć opinię naszemu miastu – a na to już nie może być przyzwolenia. Miasto to nie firma, a krakowski Rynek to nie chlew, gdzie każdemu wolno wylewać swoje pomyje!

Co ciekawe, do protestu nie przyłączyły się żadne z sił politycznych! A to jest trochę dziwne, biorąc pod uwagę że okupacja fragmentu Rynku t0 rarytas!

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.