Paradygmat rozwoju

Mały półwysep na zachodzie

 Nie ma przyjaźni pomiędzy państwami, z tej prostej przyczyny, że państwa od wieków a w zasadzie od swoich początków konkurują ze sobą o zasoby warunkujące możliwość bogacenia się. W istocie to elity z różnych państw, ściśle konkurują ze sobą. Czasami, jak np.. w Europie po II Wojnie Światowej lub w Stanach Zjednoczonych po Wojnie Secesyjnej, elity różnych państw (stanów) koegzystują ze sobą, licząc w pierwszej kolejności na ograniczenie strat i kosztów konkurencji, a po drugie na korzyści wynikające z efektu synergii. To pierwsze można osiągnąć stosunkowo prosto i czego doskonałym przykładem jest Unia Europejska, natomiast to drugie jest naprawdę trudne, albowiem wymaga szeregu skomplikowanych zabiegów i poświęcenia pewnych prerogatyw przynależnych rządzącej w danym państwie elicie. Właśnie to drugie udało się w pełni w USA (nie licząc wspomnianej wojny – lub uznając ją za koszt), ale niestety nie w Europie (pomimo kilku straszniejszych wojen, – czyli kosztów). Naszym udziałem stały się ograniczone korzyści wynikające z dobrze skoordynowanych rozwiązań gospodarczych, niestety nic więcej. Unia Europejska nadal jest politycznie niestabilna, niezdolna do militarnej obrony i samostanowienia na gruncie imperialnym – jak jej wielki i dotychczas niedościgniony poprzednik Imperium Rzymskie.

Działanie, mające na celu stworzenie globalnej potęgi się Europejczykom nie udało, głównie dlatego, ponieważ nie było dotychczas naszym celem. Jednakże zmieniająca się rzeczywistość i presja globalizacji wymuszą w końcu konieczność zmiany paradygmatu myślenia o wspólnym interesie, albowiem pomiędzy państwami nie ma przyjaźni – są interesy.

Europejczycy przez dwa tysiące lat ciągle mieli problemy wynikające z różnic etnicznych, religijnych i klasycznego konfliktu ekonomicznego. Obecnie, po milionach ofiar i utracie globalnego znaczenia, jako mocarstwa polityczno-militarne, państwa europejskie są zgodne, co do konieczności współpracy, jednakże nie mogą się porozumieć, co do sposobu jej finansowania, dyskusja o stworzeniu mechanizmu władzy jest w tym kontekście w ogóle nie możliwa i prawdopodobnie to jest najważniejszym problemem Europy. Problem ten wynika z niedojrzałości elit, a właściwie ich strachu przed spowodowaniem zmiany status quo.

Tymczasem era niezależnych rządów narodowych już się skończyła! Nie ma niezależności w Europie i jej nie może być, jeżeli o polityce poszczególnych państw decydują na przemian kalendarze wyborcze i szachrajstwa tzw. rynków, próbujących wymusić na politykach kolejne odsetki. W taki sposób jak dotychczas nie da się zarządzać kontynentem liczącym prawie pół miliarda ludzi. Nasze wartości, nasza historia, wspólnota interesów, którą pomimo dramatycznej często przeszłości udało się stworzyć, to coś o wiele więcej niż nawet kolory flag, jakie powiewają nad siedzibami władz konstytucyjnych poszczególnych państw. Europa potrzebuje nowej wizji, wykraczającej poza bajania i sny o potędze technokratów. Czas funkcjonowania wspólnie jedynie w aspekcie gospodarczym już minął i to dawno temu, bo w erze Kohla, Mitterranda i Thatcher!

Do komponentu wspólnego rynku powinniśmy już dawno dodać wspólny rząd polityczny składający się z jednolitej egzekutywy mającej konkretne prawa i uprawnienia decyzyjne wiążące wszystkich członków wspólnoty, każde państwo, każde miasto, każdego Europejczyka! Ze względu na własną inercję i globalną konkurencję, (czyli zagrożenia) potrzebujemy jednolitego i suwerennego rządu europejskiego tak, jak starożytny Rzym potrzebował Cesarza! A współczesny Watykan potrzebuje Papieża. W naszym wydaniu ta suwerenność musi wynikać z mandatu demokratycznego od obywateli, wybierających euro-polityków w wolnych, demokratycznych, tajnych i proporcjonalnych głosowaniach. Mandat dla władzy musi dać lud! Wówczas taka władza poradzi sobie z każdym kryzysem! I będzie to władza posiadająca twarz! Nie ma miejsca i czasu na dyskusję o roli państw w takiej strukturze. Pewne jest tylko jedno – lepszy jest prawdziwy parlament z ludźmi z krwi i kości drżącymi przed siłą karty wyborczej mieszkańców najbardziej zapadłej części Unii Europejskiej niż armia technokratów, którzy żyją we własnym świecie, wedle własnych zasad i w zasadzie już głównie dla siebie, jedynie objawiając otoczeniu swoje czasami ultra kosmologiczne decyzje, w rodzaju kształtu owoców lub przymusu stosowania parytetów opartych na wyróżniku płci w życiu publicznym. A jedyną wyrocznią ich postępowań są armie lobbystów wypełniających korytarze unijnych budynków! Zawsze mechanizm polityczny jest lepszy, ponieważ daje jedyną powszechnie akceptowaną legitymację do ograniczania wolności ludzi, a czymże innym niż nie ograniczaniem wolności jest każda władza? W tym władza ekonomiczna, którą Unii Europejskiej do tej pory udało się zbudować.

Jeżeli na poważnie chcemy myśleć o przyszłości Europy, jako czymś więcej niż wspólnym rynku objawiającym się możliwością legalnej pracy za granicą i sieciami popularnych sklepów na każdym rogu europejskich miast – musimy zdecydować się na ograniczenie własnej wolności, to znaczy ograniczenie własnego apetytu, a co za tym idzie przekazania prawa decydowania o naszej racji stanu, o naszych interesach narodowych w ręce władzy ponadnarodowej. Tylko przez ograniczenie poszczególnych składowych można znaleźć kompromis. W zamian otrzymując realnie określony procedurami demokratycznymi udział w sprawowaniu tejże władzy, a nie to, co jest dzisiaj, – czyli rolę żebraka u pańskiego stołu, który wczoraj skamlał, że nie boi się bata Pana, że Pan powinien go skłonić do wydajniejszej pracy, a jutro poprosi o kolejną jałmużnę! Inaczej, jeżeli zwycięży samolubność i ostrożność, trudno będzie oczekiwać korzyści skali. Na coś więcej niż „brukselskie popierdówki” lub możliwość płaszczenia się na berlińskich salonach! Naprawdę, teraz albo prawdopodobnie nigdy – nie będzie drugiej szansy. Zbyt wielu z zewnątrz zależy na tym, żeby Europa była tylko i wyłącznie rezerwuarem doskonałych niemieckich wyrobów przemysłowych, francuskich win, hiszpańskiej oliwy, kursów języka angielskiego w Londyńskim ZOO dla wszystkich zainteresowanych no i oczywiście b……m pełnym wyzutych z wartości prywiślańskich d…..k uznających za życiową alternatywę numer jeden wariant poszukiwania męża za granicą – żeby tylko polepszyć sobie los! Jeżeli ktoś nie rozumie, o czym mowa, niech przeanalizuje działania makroekonomiczne USA i Chin oraz w pewnych zakresach Rosji w kontekście jawnej europejskiej dyskusji i sztucznych presji jak daty zapadalności kolejnych transz obligacji najbogatszych krajów. Takie kwestie jak wywoływanie wojny, w celu zawładnięcia globalnymi cenami ropy można sobie darować, tutaj nikt nie dopatrzy się celowości działania. Ale właśnie w taki sposób imperia zapewniają sobie nie tylko przetrwanie, – ale supremację, albowiem imperium albo jest, albo jest faktycznie – albo jest wykopaliskiem archeologicznym.

Przecież Europa na naszych oczach w ciągu kilku lat doszła do szklanej ściany, której dalszym rozwijaniem handlu nie da się przekroczyć. Jeżeli przy tym zdejmiemy prywiślańską, zapewne magiczną zasłonę z oczu, z łatwością dostrzeżemy, że nie jesteśmy już od dawna państwem suwerennym, zdolnym do samodzielnego istnienia. Bez Unii Europejskiej czekałby nas dramatyczny los państwa na pograniczu, owszem funkcjonującego, ale tylko i wyłącznie na pograniczu dwóch rosnących w siłę imperiów, a ten scenariusz zdaje się mamy historycznie przerobiony na każdą możliwą stronę, nawet filmy o tym robią! Niestety zabójczo smutne! No i jakaś rocznica niedawno była – skutków bycia pomiędzy frontami dwóch wrogich, ale mających pewne ponad czasowe interesy armii.

Trzeba sobie uświadomić, że bez ryzyka nie ma korzyści. Polska powinna stać się inicjatorem prawdziwej europejskiej jedności, wykraczającej poza ograniczenia 27 snobistycznych państw narodowych – zapatrzonych we własne budżety i ich deficyty, a przede wszystkim złodziejskich elit kupujących za państwowe pieniądze luksusowe limuzyny z bagażnikami otwieranymi elektrycznie i nawigacją satelitarną w opcji! Bo niestety można mieć wrażenie, że nasze państwo głównie po to istnieje, żeby różnej maści ludzkie śmieci i zwykli złodzieje mogli się wozić luksusowymi limuzynami na koszt społeczeństwa – zamiast pracować.

Powtórzmy – trzeba sobie uświadomić, że w zasadzie nie mamy nic do stracenia, albowiem załamanie się istniejącego porządku (poprzez np. ograniczenie wspólnego rynku), może spowodować dla nas skutki ekonomiczne a w konsekwencji społeczne i w ostateczności polityczne – niewspółmierne do ryzyka.

Decydując się przekazać władzę zwierzchnią nad kompetencjami narodowymi na rzecz wspólnego podmiotu ponadnarodowego w istocie i tak nie ryzykujemy niczego, albowiem każdy, kto zacznie nami rządzić – będzie dla nas lepszym władcą niż namiastki zarządu, który od 22 lat, lub przez poprzednie kilkadziesiąt (to też był zarząd, ale miał szefów z drugiej strony) – mniej lub bardziej wydolnie mówić nam jak mamy żyć.

Jako Polacy prawdopodobnie ryzykujemy najmniej, jeżeli zdecydowalibyśmy, że np. pan Barroso wydawałby polecenia panom Komorowskiemu, Sikorskiemu i Tuskowi. Nazwijmy rzeczy po imieniu. Zawsze rządzą bogatsi i silniejsi, dlatego w imię własnego i wspólnego dobra, nie bądźmy zawalidrogą ani snobami. Wskażmy naszym przyjaciołom, póki jeszcze nas słuchają – jak daleko możemy zajść! Co możemy osiągnąć! Dlaczego warto zaryzykować – w imię wspólnego dobra! Jeżeli tego nie zrobimy – to wcześniej, czy później i tak będzie nami rządzić jakiś kanclerz, naprawdę warianty skrajne mamy przećwiczone, historycznie sprawdzone wiemy, co oznaczają – ktoś jest gotów udźwignąć to ryzyko?

Być może, ale warto wcześniej mieć milionową armię i dużo, naprawdę dużo broni termojądrowej – inaczej w tym położeniu geograficznym, z takimi sąsiadami – nie przetrwamy. Nie ma innej drogi niż ucieczka do przodu Europa musi wziąć byka za rogi! Inaczej jej nie będzie! Przecież Europa to tylko „mały półwysep na zachodzie” (Mao Zedong)…

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany.